Świdowiec i Połonina Czarna 2003
     (wszystkie zdjęcia dostępne są w Galerii - część jest autorstwa  Macieja-Maciej dzięki:)

   

        Niejednokrotnie zastanawiałem się, jakie Góry podobają mi się najbardziej, celowo piszę „jakie”, a nie „które”, bo chodzi mi o ich charakter, krajobraz.. nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że chyba przede wszystkim takie, w których jest mało ludzi.. takie, z których rozciągają się niebotyczne widoki na inne Góry.. ciągnące się podniebnymi szczytami, hen po widnokrąg.. zachwycające najróżniejszymi kolorami.. falujące połoninami traw, szumiące potokami.. z zielonością lasów, odblaskiem słońca w, ukrytych w kotlinkach, stawach.. zmieniające się zgodnie z porami roku.. czy są takie Góry? tak! takimi są na pewno Góry na Ukrainie. Jednym z najpiękniejszych, wg mnie, jest pasmo Świdowca. Z tego, co wiem, to najdłuższa połonina w Europie.. Jest tam takie jedno miejsce, tak przecudne, tak wzruszające wręcz, że można byłoby zostać tam na zawsze.. mieć tam schronisko i móc chłonąć codziennie rozpościerające się wokół widoki, muzykę Gór.. taak.. jest tam takie, może nawet nie jedno, miejsce..

            Zgodnie z daną sobie obietnicą przed rokiem, nasza grupa – no może nie cała, ale 9 osób się zebrało – znów obrała sobie za cel Góry na Ukrainie, a konkretnie mamy w planie przejść w końcu Świdowiec, przejść przez Połoninę Czarną, a także Doboszankę

   

14/15 lipca 2003 (pon.-wtorek)

            Spotykamy się prawie wszyscy w pociągu relacji: Szczecin – Przemyśl. Jedni jadą już z Poznania, inni dosiadają się stopniowo, żeby w końcu wylądować w komplecie rano w Przemyślu. Wymieniamy pieniądze w kantorze, uzupełniamy prowiant i wsiadamy do busa, który dowozi nas na granicę w Medyce. Ku naszemu zaskoczeniu, przed przejściem kłębi się tłum ludzi, czekających na odprawę celną. Są to głównie handlarze, którzy zaraz za granicą obkleją się pakietami tanich papierosów, tanią wódką i wrócą licząc, że zdołają tę trasę pokonać wielokrotnie – im częściej, tym więcej kasy z przemytu.. jeszcze nie byłoby to tak denerwujące, gdyby chcieli normalnie czekać w kolejce, ale uważają się za lepszych, przecież nie będą stać za „plecakowcami”. Po chamsku wciskają się przed nami, zaczyna krew pulsować w żyłach! wybucha awantura, pchamy się już nie na żarty, bo po 2 godzinach prawie nie posunęliśmy się do przodu! a musimy dojechać do Lwowa i zdążyć na pociąg do Rachowa. W końcu przechodzimy na Ukraińską stronę, tu tradycyjne nie chcą nas wpuścić bez ichniejszego ubezpieczenia, ale nie dajemy się! Udowadniam, że mamy polskie polisy, wymachuję listą z moimi pieczątkami :), i jak wielokrotnie, zadziałało! dali nam spokój. Szukamy transportu do Lwowa. Kierowca busa proponuje swój pojazd, ale wg nas chce za dużo za kurs. Targujemy się zaciekle, ale niewiele udaje się nam zbić cenę, mimo wszystko decydujemy się na jego propozycję – jedziemy.
             Ok. południa wysiadamy koło dworca kolejowego. Trzeba pamiętać o przesunięciu czasu na zegarkach o godzinę do przodu! Nasz pociąg ma odjazd o 15. Kupujemy bilety na najtańszy wagon, tzw. „obszczeny”, płacimy po kilka hrywien. Pozostało nam prawie 3 godziny czasu – idziemy do centrum Lwowa. Upał. Każdy, kto w upale chodzi, w pełnym rynsztunku, po mieście wie, jak daje to w kość! Na rynku lwowskim pijemy jakieś piwo, coś zjadamy i szybko wracamy na dworzec. Wioletta miała trochę zabawną historię z tym posiłkiem. Zamówiła pizzę, niby nie była droga – 5 hrywien, ale przy płaceniu okazało się, że wykasowali ją na 20 hrywien! okazało się, że 5 hrywien kosztuje tylko „goła” pizza – czyli sam drożdżowy placek, pozostałe dodatki to właśnie pozostałe 15!
            W pociągu, jak zwykle duchota okrutna, ale na szczęście otwierają się nawet dwa okna! Spory tłum, z trudem znajdujemy miejsca siedzące na zadziwiająco niewygodnych ławkach. Luźniej robi się dopiero w Stanisławowie (Iwano-Frankowsku). Możemy nawet położyć się na ławkach i zdrzemnąć nieco. Pod wieczór nareszcie widzimy pierwsze oznaki zbliżania się do Gór, teren zaczyna się fałdować, jakoś tak radośniej na duszy, trochę śpiewamy przy akompaniamencie Maćkowej gitary.
         Krótko po północy wysiadamy, w znanych nam już, Kwasach. Ciemno, że w mordę dać, kombinujemy, żeby gdzieś rozbić namioty. Jakiś tubylec wskazuje nam polankę, na której wg niego możemy bez kłopotów przenocować. Szybko rozstawiamy namioty i zmęczeni zasypiamy.

16 lipca 2003 (środa)

Rano okazuje się, że znalazł się właściciel łąki i żąda od nas pieniędzy, trochę dla przyzwoitości się targujemy i płacimy po 1 hrywnie od osoby. Pakujemy plecaki i ruszamy w drogę, chcemy zdobyć dziś Bliźnicę  (1881) – najwyższy szczyt Świdowca. Od dwóch „strażników” parku – dowiadujemy się, że zdobycie szczytu to raptem 3 godziny marszu. Trochę mnie to dziwi, ale cieszymy się, że to tak niedługa trasa. Niestety, okazuje się również, że musimy wykupić bilety wstępu w Góry :(, znów targujemy się zaciekle, bo nie chcą potraktować nas jako grupy studentów, żądają wyższych stawek. Płacić trzeba za każdą osobę, każdy namiot, no i razy każdy dzień pobytu. Trochę zaniżamy ilość dni i namiotów.. i tak myślę, że nas niesłusznie wykasowali, wiem, że trzeba płacić za wstęp w Czarnohorę – bo to park, ale na Świdowiec? trochę zamąciliśmy, już sam nawet nie wiem ile w końcu zapłaciliśmy, ale chyba po ok. 4 hrywny na osobę.
         Słysząc, że na szczyt tylko 3 godziny, postanawiamy nawiedzić miejscowy sklep, kupujemy świeże pieczywo, jakiś słodycze, lody. Uzupełniamy też butelki fantastyczną wodą mineralną, wypływającą z źródła niedaleko sklepu. Robi się południe, gdy wychodzimy w Góry. Początkowo idziemy wyraźną drogą wzdłuż potoku Trostjaniec, droga przechodzi w ścieżkę, później znika w wysokich trawach i krzakach. Trzymamy się koryta strumienia, ale po jakimś czasie okazuje się, że robi się bardzo stromo i skaliście, musimy odbić w prawo od strumienia na północ. Ścieżka, na którą trafiamy robi nam psikusa, odbija za bardzo na północ, wiemy, że trzeba skorygować kierunek. Również pogoda płata nam figla, lunęło nagle i niespodziewanie. Chowamy się pod koronami drzew, leje jak z cebra! Zakładamy pałatki i płaszcze i siedzimy skuleni licząc, że ulewa szybko minie. Po kilkunastu minutach ruszamy w deszczu, na szczęście pada coraz słabiej, a w końcu przestaje. Pniemy się coraz bardziej w górę, przed nami otwiera się stromy stok, właściwie już połonina, odpoczywamy na skraju lasu. Idziemy już prawie 5 godzin, wydaje się nam, że Bliźnica powinna być już blisko, ale szczytu ciągle nie widać. Po odpoczynku drapiemy się dalej w górę po trawach, otwiera się widok na Góry dookoła, pięknie tu, choć widoczność ograniczają włóczące się mgły i niskie chmury . Mijamy po prawej drewniany szałas – przez głowę przebiega mi myśl, żeby się tu zatrzymać na noc, ale jest jeszcze dość wcześnie, no i mieliśmy przecież dziś zdobyć szczyt... idziemy więc dalej. Zasapani przystajemy powyżej szałasu i w tym momencie zaczyna znów padać deszcz. Chmury zebrały się bardzo szybko i wygląda na to, że będzie „powtórka z rozrywki”, czyli porządna ulewa. Nie ma co się zastanawiać, zbiegamy szybko do chaty! Lunęło ostro! ale my byliśmy już w suchym miejscu. Co prawda, nie łatwo było pomieścić się w 9 osób, ale każdy znalazł trochę miejsca dla siebie. Chatka spodobała się nam, postanowiliśmy zostać tam na noc. Po dobrej godzinie przestało padać. W pobliskim lesie znaleźliśmy strumyk i opał na ognisko. Wieczór minął na długim siedzeniu przy ogniu i śpiewaniu.


Wędrówka strumieniem



Wychodzimy na połoninę



Nocleg w chacie

17 lipca 2003 (czwartek)

            Ranek powitał nas słońcem, ale w dolinach królowały gęste mgły. Podziwialiśmy odległe szczyty i zastanawialiśmy się, czy mgła opadnie, czy też podniesie się... niestety, zanim wyszliśmy dopadła nas. Czasami wiatr trochę pozwalał na zobaczenie okolicy, ale szło się nieciekawie. Ciągle stromo w górę, w chmurach... ale weszliśmy w końcu na grań i idąc dalej, pomimo braku widoczności, wiedzieliśmy, że musimy trafić na szczyt. Zajęło nam to więcej czasu niż się spodziewaliśmy, ale w końcu we mgle zamajaczył trjangul. Jesteśmy na szczycie, jakże żal, że wszystko we mgle... siadamy, szykujemy posiłek, zastanawiając się którędy iść dalej, gdy niespodziewanie pada na nas promień słońca! Słoneczna plama powiększa się, wiatr rozpędza mgłę w nieznanym kierunku i oto, przed nami pyszni się cała, bezkresna połonina Świdowca. Jak okiem sięgnąć, ciągną się pasma górskie, niektóre znane nam już dobrze z wcześniejszych wypraw: Gorgany, Czarnohora, Marmarosze... Góry, Góry... aż hen po kres horyzontu... widok zapiera dech w piersiach! traktujemy to jako nagrodę, cud niemalże. Z rozkoszą wygrzewamy się na słońcu, sycąc się widokami dookoła, ależ wielka ta połonina! Trudno było zdecydować się na dalszą wędrówkę, doskonale za to widać było dalszą drogę. Byczymy się dość długo, jemy, pykamy fajeczki, robimy mnóstwo zdjęć. Czas jednak na dalszą wędrówkę, wiemy, że widoki będą nam ciągle towarzyszyły, bo wędrówka rozległą połoniną daje tę rozkosz dla oczu niesamowitą. Schodzimy ze szczytu i podążamy dalej wyraźną drogą, co okazało się jednak trochę zgubne. Po jakimś czasie stwierdzamy, że kierunek marszu nie zgadza się z kompasem. Nasza mapa ma jakieś błędy. Grupa zostaje w oczekiwaniu na wyniki rekonesansu, na który udaję się z Maciejem. Po dokładnym przyjrzeniu się okolicy, mapie i kierunkom świata, ustalamy w końcu dalszą trasę.. wygląda na to, że czeka nas jeszcze długa droga. Mamy zamiar dojść do jeziorka o nazwie Dodjaska. Przed nami długa wędrówka połoniną. Sporo zdążyliśmy zejść, teraz trzeba znów podchodzić. Idziemy grzbietem Apszyniec, zagubieni w trawach połonin. Za  nami został wyniosły szczyt Bliźnicy, robi niesamowite wrażenie, a przed nami widoczny, też imponujący szczyt, Dodjaska (1761). U jego podnóża, w zacienionym już kotle, leży właśnie cel naszej wędrówki. Jeziora jeszcze nie widzimy, leży za wyraźnie widoczną moreną, z której spływa malowniczy wodospad. Ulegamy jakiemuś dziwnemu złudzeniu, wygląda, że do jeziora jest jeszcze strasznie daleko, i nawet zastanawiamy się nad noclegiem gdzieś wcześniej, a w rzeczywistości dochodzimy do, niezwykle malowniczego kotła, dość szybko i jakby niespodziewanie. Miejsce jest przecudne. Szkoda tylko, że jest trochę późno, i słońce już tu nie dochodzi, robi się więc dość zimno. Rozbijamy namioty blisko jeziorka (1580), gotujemy. Mamy trochę kłopoty z znalezieniem drewna na opał. Wokół tylko trawa, żadnych nawet krzaczków. Coś tam jednak wyszukujemy. Maciej odważył się na kąpiel w jeziorze, ja zostawiam sobie tę przyjemność na jutro, gdy oświetli nas słońce.
            Noc w samym sercu Gór.. słychać szum wodospadu, traw.. nad nami rozgwieżdżone niebo.. płyną w noc magiczną nasze piosenki, pewnie i marzenia, bo jak nie marzyć w takim miejscu?


W drodze na Bliźnicę

Na Bliźnicy

Zejście ze szczytu-za nami Bliźnica

Nad Jeziorem Dodiaska

18 lipca 2003 (piątek)

            Budzimy się zalani słońcem. Wychlam głowę z namiotu i widok powala mnie na kolana! Wybiegam na morenę, istne cudo! nie mogę nasycić się widokami! Bezchmurne niebo, wokół wyniosłe szczyty połonin, bliżej i dalej, same Góry, jak okiem sięgnąć.. naprzeciw stromy i wysoki szczyt Dodjaska opada 200 metrową ścianą skalno-trawiastą bezpośrednio do jeziora. Za moreną olbrzymia dolina, z wijącymi się strumieniami i ścieżkami. Żadna siła mnie dziś stąd nie ruszy! Proponuję, żeby zrobić dziś dzień odpoczynkowy. Wygląda, że wszystkim to bardzo odpowiada. Wyciągamy karimaty, wylegujemy się na prażącym słońcu. Większość decyduje się na kąpiel w jeziorku. Co prawda, trochę zniechęcają nas olbrzymie pijawki, muł i miliony kijanek, ale kąpiel jest boska! Kilkoro z nas wybiera się na spacer granią wokół jeziora. Wspinamy się na przełęcz i szczyt Dodjaska, zataczamy kółeczko wokół naszego obozowiska. Fajnie wygląda jezioro i nasze namioty z wysokości szczytu. Ciągle zachwycamy się rozpościerającą się wokół panoramą. Do naszych uszu dochodzi dźwięk dzwonków, widzimy kilka stad owiec. Niektóre są daleko, i wyglądają jak białe koraliki na zielonym tle, wolno przemierzają bezkres zielonych traw. Inne są blisko i widzimy pilnujących ich Hucułów, słyszymy ich pokrzykiwania, gwizdy, szczekanie psów. Jakaś taka nierealna sielanka. Widok ze szczytu kojarzy mi się ze zdjęciem lotniczym. W dole niższe szczyty, kotlinki, doliny, wijące się strumienie.. przecudne miejsce, jedno z najpiękniejszych jakie widziałem w swoim życiu w Górach.
            Schodzimy do kotła i naszych namiotów. Jakaś kawa, znów kąpiel, dopóki jeszcze oświetla nas słońce. Luz do wieczora, gadamy, gramy w karty, śpiewamy przy ognisku do późna w nocy.


Widok na jeziorko z grani

Widok na Świdowiec od strony jeziorka

Wypas owiec na Świdowcu

19 lipca 2003 (sobota)

            Pogoda w dalszym ciągu wspaniała. Z żalem opuszczamy to czarowne miejsce. Najpierw wspinamy się na przełęcz pomiędzy szczytami Dodjaska i Trojaska, później odbijamy na PN. Wchodzimy na szczyt Tataruka (1707). Przed nami doskonale widoczna Połonina Czarna, na którą zamierzamy się wdrapać następnego dnia. Wbrew nazwie, połonin tam raczej mało, więcej kosówki, skał i lasów. Z żalem opuszczamy rozległą i rozgrzaną słońcem połoninę Świdowca. Zaczynamy zejście w obszerną dolinę, a właściwie na przełęcz. Grań, którą idziemy stanowi łącznik, żebro między Świdowcem, a Połoniną Czarną właśnie.
            Żeby szczęścia nie było za wiele, Wioletta doznaje kontuzji nogi. Boleśnie skręciła nogę w kostce. Nie wygląda to dobrze :(, stopa spuchnięta i nie wiele można jej pomóc. Maciej, jako lekarz wkłada cały swój kunszt i serce w zabiegi medyczne. Ma całą masę maści i leków, bandaży i leków, ale czy można coś zdziałać w tej sytuacji. Rozważamy różne warianty, a końcu jednak Wioletta wykazuje hart ducha i ciała :), zaciska zęby i decyduje się na dalszą wędrówkę! Każdy dopakowuje do swojego plecaka część ekwipunku z plecaka Wioletty, żeby miała lżej i jakoś pomału dochodzimy do Przełęczy Okole. Na przełęczy, na polanie wśród lasu, nagrzanej słońcem, przepięknie pachnącej ziołami stoi budynek czechosłowackiego przedwojennego schroniska. Niestety, okazały niegdyś obiekt, przedstawia dziś posępny obraz. Zamknięty na głucho niszczeje zapomniany w środku lasu – szkoda, wspaniałe miejsce na schronisko. Postanawiamy rozbić namioty. Trochę mamy trudności ze znalezieniem wody, ale znajdujemy mały strumyczek w lesie po Pn-Zach. stronie przełęczy. Okazuje się też, że polana obfituje w wielkie borówki, ale mamy wyżerkę! Mało tego! Mamy bardzo podniosłą uroczystość, zaręczyny Wioletty i Macieja. Malika z Anetą, jakimś cudem, ubijają śmietanę! i mamy borówki z bitą śmietaną! Stanowi to danie główne wieczoru. Wioletta ma na głowie śliczny wianek upleciony z ziół i kwiatów, Maciej muszkę z jakiegoś listowia, ja zakładam krawat. Są życzenia, kwiaty, prezenty.. ognisko i długie nocne jeszcze śpiewy.


Na przeł. Okole


Zaręczynowa uczta..


To dopiero były zaręczyny!

20 lipca 2003 (niedziela)

            Ranek wita nas chmurami i mżawką. Trochę przestaje padać, suszymy z grubsza  namioty i ruszamy w kierunku Połoniny Czarnej. Ścieżka wiedzie przez las i łąki. Humory psuje nam mgła opatulająca wyższe szczyty oraz mokra trawa i krzaki. Na razie idziemy wyraźną ścieżką, wchodzimy do lasu pnąc się coraz wyżej. Zaczyna padać deszcz, trochę idziemy, korzystając z osłony drzew, trochę przystajemy, żmudnie zdobywamy wysokość, ale przy okazji gubimy ścieżkę i idziemy na wyczucie. Postanawiamy wejść na Bratkowską ((1792) od strony wschodniej - intuicja nas myli jednak – na przyszłość odradzam! Napotykamy wysoką kosówkę, przedzieramy się przez nią, paskudnie się idzie! Kosówka jest mokra i coraz bardziej gęsta, teren staje się bardzo stromy. Po pond godzinnej walce, widzimy, że tędy nie przejdziemy! Jesteśmy mokrzy i zmęczeni, wracamy. Postanawiamy zaatakować z drugiej strony. Trzeba było tak od razu! Co prawda znów wchodzimy w kosówkę, ale nie jest taka gęsta i da się jakoś iść. Niewiele widzimy, bo idziemy w chmurach, jesteśmy kompletnie przemoczeni, umiarkowanie stromo w górę, gdzieś tam musimy w końcu dotrzeć na szczyt. W końcu pola kosówki robią się coraz rzadsze i niższe, idziemy po skałach, kamieniach, trochę traw i nareszcie jesteśmy na grani i szczycie! Widzimy słupek graniczny! Znane nam już z Gorganów słupki dawnej granicy Polsko-Czechosłowackiej. Czujemy wielką ulgę i radość nawet, piękne jest to, że słupki mają numery i dokładnie możemy zlokalizować, gdzie jesteśmy. Przy wyniosłej skale na szczycie Bratkowskiej robimy we mgle fotkę i idziemy dalej, bo robi się paskudnie zimno, wieje silny wiatr i kapie z chmur. Staramy się nie zgubić słupków w gęstej mgle. Wiemy, że na grani nie będzie łatwo znaleźć miejsce na rozbicie namiotów. Idziemy w kierunku Gropy (1763). Wiatr, pomimo że zimny, rozwiewa trochę chmury i pokazuje się nawet słońce. Dodaje nam to otuchy, choć jesteśmy wszyscy kompletnie przemoczeni i zmarnowani. Mija 7 godzina marszu, niby to nie dużo, ale trudy trasy każdemu dały się we znaki. Za Gropą grań się obniża, schodzimy na wyraźną przełęcz. Podoba nam się mała kotlinka osłonięta od wiatru – idealne miejsce na biwak. Podejmujemy szybką decyzję – zostajemy tu na noc. Rozbijamy namioty. Za namiotami mamy wysuszone gałęzie kosodrzewiny, a nawet powalone suche drzewa – świetny opał. Rozpalamy ognisko i rozwieszamy nad nim skarpety i inne mokre rzeczy, wokół ognia ustawiamy mokre buty. Drewno okazuje się nie być wcale tak suche jak nam się wydawało i trochę się nadmuchaliśmy zanim zaczęło palić się sensownie. Warto wspomnieć, że na Połoninie Czarnej można zobaczyć wyraźnie zachowane okopy i resztki bunkrów i umocnień z okresu I wojny światowej. Podobnie jest tuż przy naszym obozowisku – niewiarygodne, że komuś przyszło do głowy kopać tu okopy, w tych skałach, kamieniach i na takiej wysokości..
            Nareszcie dopisuje nam szczęście, już myśleliśmy, że nocleg będzie bez wody, a tu nagle dowiadujemy się, że niedaleko jest fantastyczne źródełko! Dwóch tubylców pod wieczór przepędzało konie i po chwili rozmowy z nimi, dowiedzieliśmy się o tej wodzie, teraz to już mamy komfort! Nie żałujemy sobie gorącej herbaty, zupek i innych „mokrych”, ale gorących specjałów. Pomimo zmęczenia, dość długo siedzimy przy ognisku, suszymy buty, skarpety.. jak dobrze, że nie pada.. no i dobrze, że Wiloletta nie spaliła butów - choć cholewki się przypiekły i nie były już tak ładne ;)


Słupek graniczny na Bratkowskiej

Na szczycie Bratkowskiej

Obóz na grani Połoniny Czarnej

21 lipca 2003 (poniedziałek)

            Budzę się dość wcześnie, wyskakuję z namiotu, ciekawy jaka pogoda nas dziś przywita. Jest pięknie! Słoneczko i widoki znów przepiękne na wszystkie świata strony, bezkresne Góry.. nie budzę nikogo, siadam sobie na przełęczy, przed wyniosłą Durnią (1709) i pykam fajeczkę w zadumie nad niezwykłym urokiem krajobrazu. Pomału obóz budzi się ze snu. Nikt się nie spieszy, wygrzewamy z lubością się w gorących promieniach słońca, suszymy namioty, buty i wszystko to, co nie zdołało wyschnąć przy ognisku. Nie możemy jednak przesadzać z tą sielanką, pomimo że buty jeszcze trochę mokre, ruszamy w trasę. Wchodzimy na Durnią i staramy się nie zgubić ścieżki i słupków w kosówce porastającej szczyt i zbocze. Na szczycie znajduje się tablica upamiętniająca śmierć turystki w lawinie w 1989 roku. Za polami kosówki wchodzimy do lasu i, niestety, gubimy właściwy szlak. Niby idziemy ciągle wyraźną ścieżką, ale zginęły gdzieś słupki, z czego zdajemy sobie sprawę trochę za późno. Zdążyliśmy stracić sporo na wysokości i wpakowaliśmy się w jakiś wykroty, wiatrołomy i krzaki. Wracamy szukając właściwej ścieżki. Na domiar złego zaczyna grzmieć i już wiemy, że nie unikniemy znów solidnego deszczu. Zabezpieczamy się przed ulewą, chowamy pod gęste gałęzie drzew i czekamy, aż minie wściekły atak deszczu. Po jakimś czasie przestaje padać, ale znów wszystko jest mokre. Kapie z każdej gałęzi, a mokra trawa znów stara się przemoczyć nam buty. Znajdujemy nareszcie właściwą ścieżkę i dalej już idziemy bez większych kłopotów orientacyjnych. Jest bardzo ciepło, właściwie znów upał, idąc w lesie nie odczuwamy tego może tak bardzo, ale problemy są z wodą. Niestety, to nie Gorgany, gdzie woda była prawie na każdym kroku, tu idąc granią, pomimo poszukiwań, wody nie ma. Postanawiamy rozbić obóz na polance pod Pantyrem, w miejscu w, którym stało kiedyś polskie schronisko. Znajdujemy resztki po fundamentach schroniska, ale znalezienie wody zajmuje nam sporo czasu. W końcu znajdujemy jakiś marny ciek. Polanka jest urokliwa i miło spędzamy noc


W kosówce na Durniej
 

22 lipca 2003 (wtorek)

            Wstajemy w słoneczny ranek. Trasa wydaje się nie być na dzisiaj zbyt trudna. Chcemy dojść do Przełęczy Legionów i Drogą Legionów zejść do Rafajłowej (Bystricy). Pogoda sprzyja, co prawda, niektórzy narzekają, że gorąco, ale wg mnie jest idealnie. Wchodzimy na Pantyr. Wiemy, że jest tutaj bardzo charakterystyczny słupek graniczny – z pięknym orłem w koronie z jednej, i czechosłowackim lwem, z drugiej strony - oznaczony nr 1. Podobny jest na Popadii. Słupek znajdujemy bez trudu, robimy pamiątkowe zdjęcie i dość niewyraźną ścieżką, wiodącą w lesie, idziemy w kierunku Przełęczy Legionów. Po drodze napotykamy od czasu do czasu słupki graniczne z kolejnymi numerami, z mapy wynika, że przełęcz jest za słupkiem nr 6, a tak właściwie na przełęczy jest słupek z nr 6/3 i 6/4. Wczesnym popołudniem docieramy do Przełęczy. Zaskakuje nas widok, jaki ujrzeliśmy. Widzimy wysoki krzyż, a pod nim kamienną tablicę z wyrytym polskim napisem:
„MŁODZIEŻY POLSKA PATRZ NA TEN KRZYŻ!
LEGIONY POLSKIE DŹWIGNĘŁY GO WZWYŻ.
PRZECHODZĄC GÓRY, LASY I WAŁY,
DLA CIEBIE POLSKO DLA TWEJ CHWAŁY”

         Nie spodziewałem się, że taki znak polskości mógł przetrwać tyle lat komunizmu! a jednak! – to wzruszający symbol – pomyśleć, że kiedyś te Góry należały do Polski.. .
Dość długo siedzimy w tym pięknym miejscu, w końcu ruszamy w dół, do Bystricy (Rafajłowej) Drogą Legionów. Droga jest monotonna, wiedzie zakosami, a po jakimś czasie wiedzie wzdłuż strumienia. Słoneczko pięknie grzeje, strumień robi się głębszy i mijamy właśnie małą polankę – piękne miejsce na odpoczynek, gotowanie obiadu, kąpiel! Woda wspaniała! tego nam brakowało. Żeby rozpusta była jeszcze większa, korzystamy z okazji i kupujemy od schodzącej z góry kobiety całą dużą kobiałkę borówek. Każdy robi sobie obfity smakowity deser. Niestety błogość nie trwa długo, tradycja ostatnich dni musi być podtrzymana, najpierw zaczyna kapać, żeby niemalże w jednej chwili lunąć gwałtownym deszczem. Ledwo zdążyliśmy pozbierać nasze rzeczy. Postanawiamy iść w dół do wioski, licząc, że nagły deszcz szybko się skończy. Robi się jednak mroczno od niskich chmur, a deszcz nie zmniejsza się ani trochę. Idziemy opatuleni w jakieś płaszcze i pałatki, ale po godzinie marszu w ulewie i błocie jesteśmy zupełnie przemoczeni. Ciągle w deszczu dochodzimy do Rafajłowej. Marzymy o sklepie, chcemy kupić jakieś pieczywo, słodycze, piwo.. i jest wreszcie sklep! ale widok zupełnie nas załamuje. Brudna nora! Zaopatrzenie fatalne, jakiś stary chleb, tanie wino i kilka butelek piwa, które nagle podrożało dwukrotnie. Humory nam się popsuły zupełnie, ale postanawiamy iść dalej, licząc, że znajdziemy jakiś inny sklep. Na szczęście deszcz zmienia się w delikatną mżawkę, co i tak nie wiele nam pomaga, bo i tak jesteśmy przemoczeni. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy napotykamy na naszej drodze Hotel Górski. Taką ma nazwę ładny i pokaźny budynek, z fantastycznie wręcz zaopatrzonym sklepem. Było tam wszystko! Niejeden sklep w Polsce mógłby mu pozazdrościć! Jest też miła kawiarenka. Jest przytulnie, ciepło.. Siadamy, okupujemy sklep, nie mogąc uwierzyć, że jest wszystko, czego dusza zapragnie: piwo, bułki, słodycze, jakie tylko kto chce, lody.. Od niechcenia pytam właściciela ile kosztowałby nocleg dla całej naszej grupy. Chce po 20 hrywien od osoby. Zastanawiamy się, próbując trochę się targować. Zaczyna nam się robić przyjemnie i ciepło, po kilku piwach. Właściciel serwuje nam jeszcze gorący posiłek – zamawiamy np. pierogi ruskie smażone ze śmietaną – pycha. Jakoś nie chce nam się iść dalej, za oknami jeszcze mży, jak tu rozbijać namioty? no i mokre wszystko.. a tu cieplutko, ciepła woda w kranach, przyzwoite łazienki, natryski, łóżka z białymi poduszkami i czystą pościelą.. zostajemy! Idziemy na górę do pokoi, rozwieszamy mokre ubrania, humory oczywiście dopisują już doskonale. Pluskamy się pod natryskami z gorącą wodą, wylegujemy na miękkich łóżkach. Mamy też, co nieco, na rozgrzewkę i poprawę nastroju, ech! ale komfort!
   Jeśli pogoda poprawi się następnego dnia, planujemy zostawić tu bety, i na lekko iść na Doboszankę (1754).


Przy słupku na Pantyrze


Przełęcz Legionów

Tablica z  napisem o przemarszu Legionów Polskich

Pomnik w Rafajłowej ku czci poległych Polskich Legionistów

23 lipca 2003 (środa)

            Ranek jest słoneczny. Okazuje się jednak, że towarzystwo jest rozleniwione i nie wszystkim chce się wyjść na dość długą jednak trasę. Liczymy, że trasa na Doboszankę i z powrotem zajmie nam ok. 10 godzin. Trzy osoby zostają w hotelu (bardzo podoba nam się sposób liczenia doby hotelowej – otóż liczona jest dokładnie od godziny zajęcia pokoju – równo 24 godziny – czyli jeśli wczoraj weszliśmy do pokoi ok. 18 to możemy zajmować je do 18 dzisiaj), 6 rusza doliną Doużyńca w kierunku Doboszanki. Po kilkunastu minutach wędrówki łapiemy na stopa, ciężarówkę do przewożenia dłużycy. Gość piratuje po błocku i wykrotach, że aż błoto fontannami wzbija się dookoła. Jedziemy uczepieni łańcuchów i żurawika bacząc, żeby nie spaść w czasie tej szaleńczej jazdy. Po dość długiej jeździe wysiadamy, dajemy kierowcy i jego pomocnikowi po kilka hrywien i staramy się znaleźć ścieżkę w kierunku Doboszanki. Musimy trochę wrócić. Wracamy i podchodzimy wzdłuż strumienia, nad nami wyraźnie góruje szczyt, na który chcemy się dostać, widać las i pola kosówki przez które musimy się przeprawić. Strasznie daleko to wygląda... im dalej idziemy tym bardziej maleje w nas zapał na wspinaczkę.. Zatrzymujemy się na krótki posiłek przy małym jeziorku, szkoda że jest tak strasznie zanieczyszczone, wokół mnóstwo śmieci, a nad brzegiem stoi jakiś spalony budynek. Do naszych uszu dociera głuchy pomruk burzy, niebo zaczyna się zasłaniać ciemnymi chmurami, Góry giną nam z oczu zasłonięte mgłą. Zaczyna padać.. wraz z deszczem opada w nas chęć drapania się w górę. Postanawiamy wracać. Idziemy wolnym krokiem w deszczu w kierunku Rafajłowej. Po drodze staramy się kupić w mijanych domostwach, trochę mleka i sera, ale okazuje się, że krowy są wypasane w górach, i mleka nie ma. W końcu udaje nam się jednak kupić trochę twarogu i mleko. Przestaje na szczęście padać i znów pojawia się słońce. Mamy czas żeby zwiedzić wioskę. Tuż obok hotelu znajduje się mały kościół, a przy nim zachował się pomnik poległych legionistów II Brygady. Pomnik jest pamiątką nocnego boju z 23 na 24 I 1915 r., podczas którego początkowo zaskoczeni legioniści zadali duże straty nacierającym Rosjanom.
       Bliżej centrum wsi znajduje się ładnie odnowiona cerkiew.
            Pakujemy plecaki i idziemy na przystanek, żeby busem dojechać do Nadwórnej. Tu łapiemy pociąg do Stanisławowa. Do odjazdu pociągu do Lwowa mamy ok.5 godzin. Zwiedzamy miasto, min. zatrzymujemy się na chwilę przy pomniku Adama Mickiewicza, idziemy na rynek i siadamy w ogródku piwnym w wesołym gwarze. Miasto robi na nas miłe wrażenie, jest zadbane i w miarę czyste. Przy piwie jednym i drugim, gawędząc, miło spędzamy czas do odjazdu pociągu.


Nasz "auto-stop"

W drodze na Doboszankę

W pociągu do Stanisławowa

24 lipca 2003 (czwartek)

             W środku nocy idziemy na dworzec kolejowy, wsiadamy do pociągu i nad ranem wysiadamy już we Lwowie. Prawie zaraz wsiadamy do busa i jedziemy na granicę. Tu sytuacja powtarza się. Znów olbrzymia kolejka, długie stanie, kłótnie, przepychanki, nerwy.. w końcu zostajemy zauważeni przez Polskich celników, każą nam wyjść z kolejki, teraz już zostajemy odprawieni szybko i bezproblemowo – uff – jesteśmy w Polsce. Już myślimy, dokąd pojedziemy w następnym roku..

Materiały, z których korzystałem w czasie wyjazdu: mapa Wschodnie Karpaty (Świdowiec, Czarnohora, Góry Rahowskie) 1:50 000 (wydanie węgierskie);
mapy WIG: Porohy, Mikulczyn, Rafajłowa 1:100 000
mapa Karpaty Wschodnie 1:300 000 wyd. Warszawa 1998
przewodnik: Ukraińskie Beskidy Wschodnie tom 2 Na beskidzkich szlakach (cz.1) Janusz Gudowski

wyprawa na Świdowiec, Świdowiec, Połonina Czarna, relacja z wyprawy na Świdowiec, relacja z wyprawy na Połoninę Czarną