NORWEGIA 2005r
(więcej zdjęć dostępnych jest w Galerii, tekst opracował głównie Darek - dzięki:)

   

       

        Tym razem za namową naszych przyjaciół z Wrocławia organizujemy wyprawę na północ Europy w Góry Skandynawskie. Norwegia jawiła się nam jako drogi i odległy kraj, takie też opinie można wyczytać w Internecie. Malowniczość krajobrazów i wytrwałe namowy w końcu jednak nas przekonały i tym sposobem jedziemy w Góry do Norwegii!
            Nasza grupa uszczupliła się i to bardzo od ostatniego roku. Większość studiujących w zeszłym roku rozpoczęła pracę i z tego powodu nie ma z nami np. Macieja, Piotrka, Rudego… Szkoda. Tym razem ekipa składa się tylko z ośmiu osób: rodzinka z Wrocławia (Bożena, Andrzej, Krzysiek), część mojej rodziny (Darek, Malika i ja) oraz Igor (brat Rudego) ze swoją dziewczyną Małgosią.

   

    2 lipca - sobota
           

     Całość ludzi i sprzętu ładujemy w dwa auta, wrocławianie jadą swoim combi w trójkę, my w piątkę z plecakami w Punto.  
          Wszyscy razem spotkaliśmy się w Niemczech, gdzie z miejscowości Sassnitz o godzinie 22.30 wjechaliśmy samochodami na prom do Treleborga (Szwecja). To najkrótsze połączenie przez Bałtyk do Skandynawii. Połączenie jest o tyle korzystne, że płaci się za pojazd jedną cenę, bez względu na ilość osób w aucie – nasze koszty dzielimy więc na 5 osób, bilet kosztuje ok. 900 zł (tam i na powrót).

 


Sasnitz-przy
 U-boocie

    3 lipca - niedziela
           

         Około 2.30 dopłynęliśmy do Szwecji. Trzeba przyznać, że podróż promem jest całkiem wygodna i sprawna. Część rejsu przespaliśmy na pokładzie – warto zabrać ze sobą z auta śpiwory. W czasie rejsu pokład z autami jest zamykany, tak, że nie ma możliwości powrotu do swojego pojazdu po jakieś zapomniane rzeczy, czy też ubranie.
Po zjeździe z trapu ruszyliśmy w dalszą podróż. Przed nami jeszcze z 800 km drogi.
            Przez Szwecję jechało się całkiem nieźle, długi odcinek to jazda autostradą (bezpłatną) można jechać max. 110 km/godz. Niezauważalnie prawie wjeżdżamy do Norwegii, do Oslo jedziemy jeszcze autostradą, ale za ringiem Oslo to już zwykła droga, na której obowiązuje ograniczenie prędkości do 80km/h! Na dodatek, co kilka kilometrów ustawione są fotoradary… jazda jednak wcale nie była powolna – na drogach nie ma pojazdów jadących poniżej dozwolonej prędkości, tak więc średnia prędkość to prawie dokładnie 80 km/godz. Norwegowie raczej nie łamią przepisów, chociaż kilkakrotnie byliśmy negatywnie zaskoczeni wyrzucaniem np. śmieci z jadącego przed nami norweskiego auta, a także przekraczaniem prędkości – więc nie ma co zbytnio idealizować Skandynawów.
            Do Otty, skąd mieliśmy wyruszyć w góry, zajechaliśmy ok. godz. 18.00. Dzisiaj wyjątkowo nocujemy na polu campingowym. Zaraz za naszymi namiotami szumi bardzo przyjemnie rzeka, za którą wznoszą się już góry.

 

 


na campingu w Ottcie

     4 lipca, poniedziałek  - I dzień wędrówki
     
      

       Obudziliśmy się krótko po 7.00. Śniadanko, pakowanko i … w góry!!!!! Musieliśmy podjechać samochodami na parking, który znajdował się kilkaset metrów powyżej  Otty, skąd dopiero można było rozpocząć wędrówkę po parku narodowym Rondane.
            Przeżyliśmy niemały szok wychodząc z samochodów. Na dole było cieplutko i słonecznie. Tutaj - zimno i dżdżyście. Zmartwiliśmy się tym trochę, bo nie takiej pogody się spodziewaliśmy… ale cóż, trzeba było iść.
            Dzisiejsza trasa była rekreacyjna. Cały marsz trwał 3 godzinki. W schronisku, które mijaliśmy po drodze, zapytaliśmy o pogodę na najbliższe dni. Niestety – ma być podobnie jak dzisiaj… W końcu to nie Ukraina czy Rumunia na południu Europy.
            Namioty rozbiliśmy w kotle polodowcowym. Otaczające nas w kształcie półkola góry wprost zapraszały do dalszej wędrówki. Nienasyceni po dzisiejszej króciutkiej trasce postanowiliśmy wejść na pobliską grań i popatrzeć na świat z góry. Co prawda pogoda nie zachęcała zbytnio do wspinaczki, silny wiatr nawiewał dość gęstą mgłę, ale od czasu do czasu prześwitywał błękit nieba, a my byliśmy spragnieni Gór.
            Widok z grani był naprawdę ciekawy. Z jednej strony  - głęboka przepaść, na dnie której rozciągało się jezioro. Z drugiej strony – kocioł, w którym obozowaliśmy. Ledwo było widać nasze namioty, których rozmiary z tej wysokości nie były większe od główki szpilki. Szczęśliwcem okazał się Darek, bo nieoczekiwanie znalazł okazały róg renifera. Róg musiał leżeć tu już chyba z kilkanaście lat, bo był bardzo zniszczony. W następnych dniach znaleźliśmy jeszcze 3 rogi. Góry Skandynawskie są bardzo stare, skaliste, spękane. Grań, na którą się wspięliśmy w całości była pokryta rumowiskiem skalnym. Dość niewygodnie się po takim podłożu chodzi. Trzeba bardzo uważać, aby nie nabawić się jakiejś kontuzji. Każdy upadek może się skończyć bardzo boleśnie.
            Po przejściu wzdłuż całej grani i zrobieniu zdjęć, wróciliśmy do obozu, gdzie pozostała część grupy czekała na nas z obiadkiem J. Gdyby nie zegarki, trudno byłoby nam określić porę dnia – słońce chowało się za horyzont tylko na 1-2 godziny w ciągu doby. Jasno, zatem było cały czas, zupełnie niepotrzebnie zabraliśmy ze sobą czołówki.

 

 


Zostawiamy auta na parkingu w Rondane

Park Rondane

Wspinaczka na grań nad obozem 1

    5 lipca, wtorek – II dzień wędrówki     
       
   

        Pogoda rano bardzo nas miło zaskoczyła. Przez chmury jakby zaczął prześwitywać błękit no i było widać słoneczko! Szybko się zebraliśmy, namioty można było od razu rozłożyć, gdyż nie było rosy.
            Kiedy weszliśmy na grzbiet kotła polodowcowego mieliśmy piękny widok na nasze byłe miejsce noclegowe. Z drugiej strony rozpościerał się piękny krajobraz na małe jeziora w dole i ośnieżone szczyty w dali. W blasku słońca widoki były znacznie ładniejsze od tych, które widzieliśmy wczoraj z grani.
            Ruszyliśmy dalej w górę i zdobyliśmy dwa dwutysięczniki. Szkoda tylko, że po zdobyciu pierwszego trzeba było zejść sporo w dół, aby wspiąć się na kolejny…
            Kiedy znaleźliśmy się na drugim szczycie, stwierdziłem, że nie musimy iść wyznaczonym szlakiem, aby dojść do celu – możemy sobie skrócić drogę i iść bezpośrednio w dolinkę z jeziorkiem. Z góry to rzeczywiście wyglądało bardzo fajnie – cały czas z góry po linii prostej. Co innego okazało się, kiedy zaczęliśmy owym skrótem schodzić… Zejście było strasznie długie i piekielnie strome. Całe szczęście, że każdy z nas był zaopatrzony w kijki trekingowe, które oprócz tego, że odciążały kolana, to ułatwiały utrzymanie równowagi. Po ponad dwóch godzinach zsuwania się w dół dobrnęliśmy wreszcie do jeziorka, gdzie postanowiliśmy rozbić namioty. W dalszym ciągu świeciło ślicznie słoneczko, ale dawał się we znaki silny i dość zimny wiatr.
            Okazało się, że Góry Skandynawskie mają jeden dość poważny mankament (przynajmniej w porze letniej)… Otóż, kiedy trzeba pójść od czasu do czasu na stronę (z wiadomych przyczyn J) pojawia się problem – nie ma tutaj żadnej roślinności (prawie wszędzie skały) i cały czas jest jasno…, więc ani się tu schować, ani poczekać do zmroku… Trzeba pójść za najbliższe wzgórze J - to jedyne rozwiązanie.
            Brakuje na tym wyjeździe dwóch rzeczy – gitary oraz ogniska. Nie ma gitary, bo nie ma Macieja, który jak dotąd zawsze z nami jeździł i zabierał swój instrument, ogniska, – bo nie ma co palić, wokół tylko jakieś marne krzewinki.

 

 


Widok na Góry w Parku Rondane

W dole widać stawki do których mamy zejść

Miejsce obozu 2

      6 lipca, środa – III dzień wędrówki
           

       Trasa tego dnia nie miała być długa. Mieliśmy tylko dojść do pozostawionych na parkingu naszych samochodów. Po zdobyciu przełomowego dla naszej dzisiejszej wędrówki szczytu, z którego już było widać nasz parking, miało być już do końca praktycznie cały czas z górki. Niestety – tak łatwo i prosto do końca nie było…
            Kiedy doszliśmy do schroniska, w którym pierwszego dnia pytaliśmy o pogodę, pozostał nam do parkingu tylko odcinek utwardzonej drogi, który nie wydawał nam się zbyt długi. Nasze przeczucia jednak i tym razem nie okazały się trafne… Po doczłapaniu się do parkingu, który przecież cały czas mieliśmy przed oczami, wszyscy z głęboką ulgą ściągnęli buty górskie i ubrali zwykłe adidasy.
            Opuściliśmy dzisiaj pierwszy park narodowy (PN Rondane). Wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy do drugiego parku - Jotunheimen. Dopiero tam miało się okazać, co to jest prawdziwe chodzenie po górach. Po drodze, w Ottcie, uzupełniliśmy zapasy żywnościowe. Zatrzymaliśmy się też chwilę w miejscowości Lom. W przewodnikach zaznaczano zabytkowy kościół w tym miasteczku – postanowiliśmy go zobaczyć.
            Kościół – faktycznie jest bardzo stary – z XII wieku, bardzo charakterystyczny dla architektury Wikingów. Na terenie Norwegii takich obiektów jest więcej. Jeden kościół, który został zamówiony w Norwegii, znajduje się w Polsce – to świątynia Wang w Karpaczu.
            Żeby z kolei móc wyruszyć w góry parku Jotunheimen, trzeba było pojechać niesamowicie krętą i dziurawą drogą na parking przy schronisku Spiterstulen. Tym razem znowu – za naszymi namiotami płynęła sobie rzeka, która spływała z lodowców. Rozbicie obozu to nie lada sztuka – wbijanie śledzi w ziemię, gdzie pod cienką warstwą gleby jest skała.
            Jutro zdobywamy Galdhopiggen – najwyższy szczyt Norwegii. Wydawałoby się, że będą to jakieś wielkie wysokości – w rzeczywistości Galdhopigen jest niższy od polskich Rysów o równe 30m – liczy sobie 2469 m n.p.m.

 

 


Rondane

Kościół w Lom

W Joutunheimen

    7 lipca, czwartek – IV dzień wędrówki
           

         Pobudka – jak zwykle około 7.00. Dziś budzimy się nieco pozytywniej nastawieni, ponieważ w trasę wyruszamy na lekko – zabieramy tylko kurtki, spodnie na przebranie oraz trochę prowiantu.
            Zdobywanie najwyższego szczytu Norwegii rozpoczęliśmy o godzinie 8.30. Do pokonania mieliśmy 1200m wysokości względnej. Dobrym rozwiązaniem okazało się zabranie okularów przeciwsłonecznych. Bez nich po prostu nie moglibyśmy w ogóle normalnie patrzeć. Okulary Gosi i moje trzeba było kilkakrotnie reanimować. Do tego celu przydał się drut i plaster :). Podejście było bardzo ostre. Dodatkowo dużym utrudnieniem był śnieg, który w porywach sięgał po pas.
            Widoki ze szczytu były fantastyczne! Gdzie okiem nie sięgnąć – wszędzie góry, ośnieżone szczyty, lodowce w dolinach, osuwiska po lawinach. W oddali widzieliśmy nawet czynny wyciąg narciarski (jak się później dowiedzieliśmy czynny przez cały rok). Warto było iść te kilka godzin. Pogoda też była genialna. Zabrzmi to trochę dziwnie, ale na najwyższym szczycie Norwegii siedzieliśmy w krótkich spodenkach i rękawkach mając na sobie narzucone coś z długim rękawem tylko po to, aby nie spalić sobie skóry. Faktycznie było bardzo gorąco. Ciekawym zjawiskiem były nazwane przez nas „tramwaje”. Owe tramwaje to grupy turystów związanych liną idących gęsiego za przewodnikiem. Widzieliśmy to tylko z daleka, dopiero przez lornetkę można było dokładnie policzyć ilość osób tworzących „tramwaj”. Ja w jednej grupie naliczyłem czterdziestu uczestników. Generalnie w górach Skandynawskich nie spotyka się zbyt wielu turystów, wyjątkiem jest jednak właśnie Galdhopiggen i na pewno grań Besseggen, gdzie ludzie wszelkiej maści ciągną jak na nasz Giewont.
            Na szczycie posiedzieliśmy około godziny. Kiedy przyszło wracać do namiotów, stwierdziliśmy, że trzeba by było jakoś ułatwić sobie powrót, bo kolana dostałyby nieźle w kość po pokonaniu 1200 m w dół. Igor zabrał ze sobą karimatę. Stwierdził, że mógłby na niej zjechać – niestety karimata nie ślizgała się – idea pierwsza upadła. Andrzej z kolei tak jak stał – usiadł i zaczął zjeżdżać :). To był dobry pomysł. Ja wyjąłem z plecaka worek, na którym zjeżdżało się chyba najlepiej. Krzysiek i Darek po nieudanej próbie zjazdu na stóptutach wyjęli pałatki przeciwdeszczowe na plecaki, na których również świetnie się gnało w dół. Igor z karimaty przesiadł się na reklamówkę firmy Mustang :). W tym swoim kapeluszu i rudej brodzie wyglądał jak prawdziwy kowboj. Do nas (Polaków) dołączyli się inni turyści – głównie z Czech. Obudził się pradawny duch dobrej zabawy Słowian – wszyscy razem zjeżdżaliśmy, śmialiśmy się z siebie, w każdym obudziło się dziecko i nikt się tego nie wstydził. Jedynym problemem było torowanie drogi, po której reszta zjeżdżała. Co kawałek każdy z nas wyrabiał odcinek toru-rynny śnieżnej dla reszty. Dzięki temu jakże wspaniałemu i przyjemnemu sposobowi „schodzenia” w dół, bez potrzeby nadwerężania kolan, pokonaliśmy ok. 600m. Do końca zjeżdżało tylko kilka osób z naszej grupy (ja + Andrzej, Igor, Krzysiek i Darek) – reszta nie odważyła się na serię zabójczo ostrych zjazdów.
            Kiedy dotarliśmy do namiotów, ktoś rzucił hasło: kąpiel w rzece, lecz tylko 3 najmężniejszych odważyło się na kąpiel w spływającej z lodowców rzece.  „Wieczorem” zrobiliśmy sobie ognisko. Co prawda nie było tu żadnych drzew, ale wykorzystaliśmy leżącą na brzegu drewnianą belkę, którą można było porąbać na kawałki.

 


W drodze na Galdhopiggen

Na tle szczytu

Na szczycie 2469m

Widok ze szczytu

Byłem już wyżej-ale czy piękniej?

Zjazd ze szczytu

      8 lipca, piątek – V dzień wędrówki
           

       Początek dnia – podobny do poprzednich, tyle, że w przeciwieństwie do dnia wczorajszego zwijamy namioty. Według naszych obliczeń, trasa nie miała być zbyt ciężka. Może nie byłaby tak męcząca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że w plecakach dźwigaliśmy ekwipunek na sześć dni. Było co nosić… Do tego należałoby doliczyć śnieg na długości prawie całej dzisiejszej drogi sięgający powyżej kolan, plus palące słońce…
            Najpierw szliśmy wzdłuż rzeki Visa, w której wczorajsi - my bohaterowie -odważyliśmy się wykąpać. Po drodze przekraczaliśmy liczne strumienie, a także kilka jeziorek bardziej lub mniej zamarzniętych. Kiedy zaczęliśmy ostro podchodzić pod górę, we znaki najbardziej dawał się śnieg. Wędrówka jednak sprawiała wielką przyjemność i frajdę, nad nami przepiękny błękit nieba i cudowne słońce, wokół – bliżej i dalej ośnieżone szczyty, co rusz jakiś wodospad. Przed nami wyraźne wejście do kolejnego kotła zupełnie zasypanego śniegiem, jest dość stromo pod górę, gdy nagle dostrzegam na bliskiej już przełęczy nieruchomą sylwetkę renifera - szybko wyciągam aparat fotograficzny i pstrykam. Renifer pozwolił mi na dość bliskie podejście, po chwili dostrzegliśmy, na zdobywanej przez nas przełęczy całe ogromne stado. Na oko było ich z 300 – 400 sztuk. Najlepszy popis dawały renifery z dużymi, rozłożystymi porożami – szły wolniej od pozostałych, głowy miały wysoko i prezentowały przepiękne swoje poroża, jakby były dumne z siebie.
            Po całej sesji fotografowania reniferów, dzięki której znowu zrobiliśmy postój, przed nami rozpostarła się ogromna przestrzeń pokryta śniegiem. Trudno było znaleźć właściwą drogę. W Norwegii szlaki oznakowane są jedynie kopczykami ułożonymi z kamieni, na których czerwoną farbą namalowana jest literka „T’. Tutaj nie było niczego oprócz śniegu. Dokuczało wszystko, co tylko mogło: poczynając na tym, że szliśmy w śniegu zapadając się po kolana pod górę, poprzez ciężar plecaka, brak widocznych kopczyków, kończąc na palącym słońcu, którego piętno odbiło się na każdym z nas. W oddali widzieliśmy nieośnieżony szczyt Uradals-bandet (1663), do którego wytrwale dążyliśmy.
            Ze szczytu w dole widoczne było jeziorko, gdzie postanowiliśmy dzisiaj obozować. Z góry szło się już znacznie lepiej – bez obaw można było zbiegać – śniegu było dużo, jednak nachylenie zbocza było zbyt małe, aby zjeżdżać.
            Upatrzone przez nas miejsce było przepiękne. Troszkę podmokłe, ale nie przeszkadzało nam to. Na gąbczastym półwyspie rozbiliśmy nasze namioty. Przed sobą mieliśmy jezioro, a po bokach strumyki. Z jednej strony z lodowatą wodą spływającą z topniejącego lodowca, z drugiej wodą trochę cieplejszą wypływającą gdzieś spod ziemi. Kąpiel w jeziorze była swoistym popisem odwagi i determinacji.

 

 


Wędrówka po Joutunheimen

Ośnieżone szczyty, zamarznięte stawy i ciepło..

Stado renifrów

Obóz nad jeziorem

      9 lipca, sobota – VI dzień wędrówki
         
  

       Pogoda po prostu świetna. Nie ma problemu, aby wstać i ruszyć w dalszą drogę. Dzisiejszym celem, jaki sobie wyznaczyliśmy to dojść do schroniska Memurubu nad jeziorem Gjende. Trasa była całkiem umiarkowana, jednak podczas marszu grupa mocno się rozciągała tak, że różnica między prowadzącymi a zamykającymi nasz „pochód” wynosiła około dziesięciu minut. Trzeba było, co jakiś czas czekać na tych, którzy szli nieco wolniej. Za to widoki były oszałamiająco cudne, jeziora, rwące strumienie, ośnieżone szczyty, lodowce..
            Po drodze mijaliśmy liczne wodospady. Tu w Norwegii jest ich bez liku. Śmialiśmy się z ludzi, którzy w Polsce, żeby zobaczyć jakikolwiek wodospad w górach, muszą za to płacić i jeszcze stać w długich kolejkach, a to, co zobaczą... nie równa się z tym, co my widzimy w tych górach.
            Kiedy weszliśmy na grań, z której widoczne było już jezioro Gjende, z niesamowicie zielonkawą wodą,  poczuliśmy jak powiewa morski wiatr. Faktycznie – do morza stąd było jakieś 100 km, więc było to możliwe. Ową granią szliśmy długi czas. Później grań się skończyła, a zaczęły męczące pagórki – było ich chyba ze cztery. Raz w górę, raz w dół… Po prawej stronie mieliśmy widok na jezioro w całej okazałości. Jezioro było gigantyczne. Może niezbyt szerokie, ale bardzo długie.
            W końcu stanęliśmy na szczycie ostatniego pagórka, z którego było widoczne schronisko (nocleg ok. 150 zł za dobę, za piwo trzeba było zapłacić ok. 30zł).
            Nieco zdziwiło nas to, że wokół schroniska była wysoka roślinność! Rozbiliśmy namioty jakieś 150m od zabudowań schroniskowych w lasku.

 

 


Hellerfossen

Widok na lodowiec

Jezioro Gjende

      10 lipca, niedziela – VII dzień wędrówki
        
  

       Niestety – świetna pogoda nie może trwać wiecznie…
Postanowiliśmy dzisiaj zrobić trasę na lekko. Pozostawiliśmy nasze namioty i popłynęliśmy stateczkiem (za niemałe pieniądze… - 40 zł od osoby…) do następnego schroniska – Gjendesheim, a stamtąd mieliśmy zamiar granią Besseggen wrócić do naszego miejsca obozowego. Wszystko szło zgodnie z planem do momentu podejścia na grań. Chmury całkowicie pokryły niebo i zaczął padać deszcz. Część naszej grupy straciła zapał i zrezygnowała z wędrówki granią - poszli ścieżką wzdłuż jeziora z powrotem. Ja z Gosią i Igorem ruszyliśmy w tłumie niedzielnych turystów zobaczyć jedno z najpopularniejszych miejsc w tych Górach. Deszcz nie był zbyt uciążliwy, co prawda nie było już tak cudnych widoków jak w minionych dniach, ale malowniczość krajobrazu rekompensowała wszystko. Narzuciliśmy dość szybkie tempo, wyprzedzając prześmieszną wycieczkę Japończyków, spotkaliśmy też kilku Polaków. Wędrówka nie była zbyt trudna, chociaż w pewnym momencie grań zrobiła się wąska i przypominała trochę naszą tatrzańską Orlą Perć. Widok grani Besseggen robi wrażenie – z jednej strony jezioro Bessvatnet (1373), z drugiej pod pionowymi skalistymi zerwami jezioro Gjende (984). Sama grań-przesmyk ma ok. 15 m szerokości.
Pogoda cały czas nie była zbyt sprzyjająca. Po dojściu do obozu znów zaczęło padać i obiad musieliśmy ugotować w namiotach. Przejaśniać zaczęło się dopiero około godz. 21. Ucieszyło nas to bardzo.

 


Grań Besseggen

Na grani

Cudo..

Widok z grani

 

      11 lipca, poniedziałek - VIII dzień wędrówki
      

        Dzisiaj wyruszyliśmy nieco później, ponieważ tropiki namiotów były mokre, ale w promieniach znów uśmiechającego się do nas słońca szybko wyschły.
         Początkowo mieliśmy ostro pod górę, ten odcinek trasy pokrywał się z wczorajszym zejściem – z góry mieliśmy cudowny widok na jezioro Gjende leżące w rynnie między górami i na błyszczące w słońcu ośnieżone szczyty i lodowce oraz jeziora, które miały wprost lazurowy kolor. Ruszyliśmy na PN w kierunku jeziora Russsvatnet (1175).
        Kiedy dotarliśmy do tego jeziora, zrobiliśmy sobie popas. Woda po prostu krystalicznie czysta i tak bardzo zachęcała do kąpieli, że nie mogliśmy się oprzeć. Cóż.. nie była to ciepła kąpiel, ale radocha była :) . Miejsce to było wprost cudowne – jak z bajki.
        Niestety – trzeba było iść dalej. Postój ten kosztował nas sporo czasu, ale drugiej strony nigdzie spieszyć się nie musieliśmy, bo noc i tak dopaść nas nie mogła.
      Idąc dalej przeszliśmy przez kołyszący się most nad rwącym potokiem jak w Shreku 1. Dalej ukazał się nam krajobraz iście marsjański. Zżółkła trawa i kamienie ją pokrywające miały kolor pomarańczowy, a filed był tak rozległy, że nie było widać jego końca. Śmialiśmy się tylko z lodowców w oddali – odkryliśmy wodę na Marsie J!!!
      Obóz rozbiliśmy na całkiem pustej przestrzeni. Wyższe partie gór były daleko od nas. Widzieliśmy z naszego obozu kolejne schronisko Glitterheim.

 


Jedyny obóz wśród drzew

W dole  widać Jez. Gjende

Blackwellbua

Jez. Russvatnet

Wiszący mostek

"Marsjański" field

     12 lipca, wtorek – IX dzień wędrówki
           

      To już ostatni dzień naszej wędrówki po górach…
            Pobudka o godzinie 7.00. Później śniadanie, pakowanie i w drogę – to już rytuał. Przechodząc obok schroniska, które widzieliśmy wczoraj, mieliśmy zamiar dokupić trochę chleba, bo już się nam kończył. Niestety – w schronisku mogliśmy kupić tylko pieczywo niskokaloryczne WASA na sztuki- nie było wyjścia – zaopatrzyliśmy się w kilka sztuk – prawie korona za listek.
           Dzisiejsza trasa liczyła sobie nieco ponad 8 godzin. Szło się trochę męcząco. W oddali widzieliśmy Galdhopiggen – Igor zrobił wszystkim zdjęcie z tym szczytem w tle.
          Dotarliśmy do naszych samochodów. Namioty rozbiliśmy w tym samym miejscu, co 7 i 8 lipca. Tym razem jednak przyszedł do nas jakiś koleś i zażądał opłaty za camping, bo wg niego właśnie zaczął się sezon.. Volens nolens musieliśmy zapłacić… również niemałe pieniądze.

 

 


Niedaleko Glitterheim

Na tle lodowców

    13 lipca, środa
       
   

       Dzisiaj zebraliśmy się stosunkowo późno, bo padał deszcz, szkoda, bo zaplanowaliśmy, wyjazd na wybrzeże. Musimy w końcu zobaczyć fiordy! i wypadałoby zobaczyć Morze Norweskie. Z campingu wyjechaliśmy około godziny 11. W Lom zrobiliśmy zakupy. Następnie pojechaliśmy do miejscowości Stryn, gdzie rozstaliśmy się z przyjaciółmi z Wrocławia – oni pojechali do Bergen, a nasza piątka do Floro. Wybraliśmy krótszy i tańszy wariant – ale i tak musieliśmy opłacić przejazdy przez tunele i za przeprawy promowe. Mieliśmy jednak okazję zobaczyć Nordfjord i Sognefjord. Namiot rozbiliśmy tuż nad brzegiem morza w Floro, na łączce uprzejmego Norwega. Warto dodać, że po drodze mijaliśmy wiele ładnych parkingów z ogrzewanymi toaletami, ciepłą wodą - jadąc przez góry docenia się bardzo taki komfort!
 

 


Nordfjord

Nad Morzem Norweskim

      14 lipca - czwartek
    
   

              Niestety pogoda popsuła się na dobre, było deszczowo i zimno – zdecydowaliśmy się na powrót. Po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze i zbaczaliśmy z trasy, aby zwiedzić kilka ciekawych kościółków.

 


Jeden ze zwiedzanych kościółków

15 lipca - piątek
    
   Do Trelleborga dotarliśmy po prawie 20 godzinach jazdy (mieliśmy problem z przejazdem przez Oslo – na ringu była jakaś eksplozja i zapanował totalny bałagan, straciliśmy prawie 2 godziny żeby wyrwać się z tego bigosu!).
       Bez większego kłopotu udało się nam dostać na wcześniejszy kurs do Sassnitz i wylądowaliśmy na Rugii. Tu również musieliśmy odstać swoje w olbrzymich korkach.. ale w końcu po przejechaniu prawie 4 tysięcy km zakończyliśmy szczęśliwie naszą podróż.

 


Serpentyny na trasie do Oslo


            Jakie wnioski po wyprawie? Fantastyczne wrażenia! Przecudne widoki, przepiękne, choć trochę surowe Góry. Mieliśmy chyba szczęście, bo przez wszystkie dni i noce było ciepło, a nawet upalnie! Prawie żadnych komarów - przed którymi tak często przestrzegali autorzy tekstów w necie. Wspaniałe było też to, że prawie cały czas było jasno, a rano nie było rosy i namioty były suche. Co do cen - jest drogo, ale prawie wszystko mieliśmy ze sobą, więc kupowaliśmy tylko trochę owoców, jakieś słodycze, chleb (ceny chleba są bardzo zróżnicowane - od niecałych 4 koron do 20, ten za 4 - gracham - był bardzo dobry - polecam), pamiątki, opłaty za camping, promy, niektóre tunele (promy i tunele w drodze nad Morze Norweskie), no i paliwo. Za autostradę się nie płaci, płatny jest natomiast most na granicy Szwedzko-Norweskej i przejazd przez ring Oslo - ale nie są to wysokie opłaty. Po podzieleniu kosztów na jedną osobę, w naszym aucie, wyszło nam ok. 380 zł. - nie liczę wydatków na zakupy.

   

Wyprawa do Norwegii, relacja z wyprawy do Norwegii