Borżawa i Gorgany rok 2001
     (wszystkie zdjęcia dostępne w Galerii)

   

Wieloletnie marzenie, zobaczenia Karpat Wschodnich, na Ukrainie, postanowiłem w końcu zrealizować latem 2001 roku. Starałem się namówić na tę wyprawę kilku moich znajomych, ale jakoś mój pomysł nie wzbudził w nich entuzjazmu, wręcz przeciwnie, raczej namawiali mnie na wyjazd w Góry bardziej „cywilizowane” – Alpy. Pomimo, że lubię samotne, górskie wędrówki, na Ukrainę nie chciałem jechać sam. Nie zostało nic innego, jak tylko poszukać chętnych do wyjazdu poprzez Internet. Na ogłoszenie na www.gory.pl  umieszczonym w październiku, odzew był początkowo mizerny. Pod koniec listopada, zdecydowana na wyjazd, oprócz mnie, była tylko jedna osoba – Piotr. Iwona, która odezwała się do mnie w listopadzie, toczyła wewnętrzną walkę. Miała do wyboru wyjazd do Turcji ze znajomymi, albo na Ukrainę z wirtualnymi (nie)znajomymi.
Moim zamierzeniem, początkowo, było rozpoczęcie wędrówki w Siankach i marsz w kierunku pd.-wsch. poprzez Pikuj, Borżawę w Gorgany. Piotr jednak, mając ograniczoną ilość czasu, pragnął, przede wszystkim, zobaczyć Gorgany. W efekcie kompromisu postanowiliśmy zacząć wędrówkę od zdobycia najwyższego szczytu Bieszczadów – Stohów (1679) w paśmie Borżawy (wg H. Gąsiorowskiego), a później przenieść się w Gorgany, rozpoczynając od Przełęczy Wyszkowskiej.
W czerwcu okazało się, że ekipa nasze będzie liczyć 12 osób, a ostateczny termin wyjazdu ustalony został na 30 czerwca. Na kilkanaście dni przed wyjazdem uczestnicy wyprawy otrzymali następującego maila:

 

widok z Połoniny Borżawa

Witam!
Po wpatrywaniu się w mapę i przeanalizowaniu dostępnych dla mnie materiałów, proponuję następujący plan naszego wyjazdu:
spotkanie na dworcu PKP w Przemyślu ok.16 w dniu
30 czerwca (sobota)
- odjazd do Lwowa godz. 1656  - przyjazd – Lwów:2157 , odjazd – Lwów:2315 do Wołowca (kier. Użogrod).
niedziela – 01 lipca
przyjazd do Wołowca: 256 – gdzieś drzemka?, „po drzemce” – Wołowiec – Płaj (1347) – Wielki Wierch (1598) – Stohy (1679) – Wielki Wierch – Filipiec

poniedziałek – 02 lipca
Filipiec – Przeł. Wyszkowska (941) – przejazd „czymś”
wtorek – 03 lipca
Przeł. Wyszkowska – Kruhta Młaka (1235) (bezpośrednio gł. grzbietem, lub z odbiciem do Jez. Synewirskiego)

środa – 04 lipca Kruhta Młaka –
Przeł. Sołowinka – potok Rosochan – Mołoda (1723) – Koń – Grofa (1752)

czwartek – 05 lipca
Grofa – Przeł.(polana) Pryśce – Parenkie (1737) – Popadia Mała (1603)

piątek – 06 lipca

Popadia M. – Popadia (1742) – Wierch Koretwina (1595) – Pietros (1708) – Darów

sobota – 07 lipca
Darów – Gorgan (1585) – Torgan (1403) – Przeł. Ruszczyna (Połonina Bystra)
niedziela – 08 lipca

Przeł. Ruszczyna – Sywula (1836) – Łopuszna (1772) – Przeł. Borewka (1344)
poniedziałek – 09 lipca

Przeł. Borewka – Ihrowiec (1807) – Wysoka (1805) – Połonina Seredna – ew. Seredna (1639) – Huta
z Huty autobus, bus, .... do Stanisławowa (I-F) – Lwów – PL.

    Innym wariantem może być wędrówka gł. granią Karpat, od Przeł. Wyszkowskiej do Sywuli poprzez: Popadię, Busztuł, Bert, Płytkę, Torgan.

Myślę jednak, że zaproponowana trasa jest bardziej malownicza, z wyższymi szczytami. Ponadto w międzyczasie schodzimy do Darowa – być może będzie tam można uzupełnić prowiant. Największym problemem może być kosówka (Ukraińcy mówią na nią alpejka), która gęsto porasta niektóre szczyty, np. Mołodą. Będziemy mogli ew. trawersować niektóre szczyty, niektóre odpuścić zupełnie. Wg opisów, zawsze gdzieś po na proponowanej trasie, jest woda (źródło). Cudne widoki. Sądzę też (ale to tylko odczucia stolikowe), że każdą trasę jesteśmy w stanie pokonać w 10 godzin (nie licząc błąkanie się, obżerania, drzemki poobiedniej, romantycznego uniesienia na skutek wpatrywania się w płeć przeciwną, ew. widoki). Nic nie stoi na przeszkodzie, aby – mając ekwipunek na plecach – zostać tam, gdzie pięknie lub bezsilnie.
No dobra – dość tego mądrzenia się – czekam na opinie. Myślę również, że dobrze byłoby, aby każdy napisał co zabiera ze sobą, takiego wspólnego – mam na myśli namiot, kociołek, magnetofon... nie wiem jak Wy, ale nie za bardzo lubię sojowe paskudztwa, natomiast: makaronik, ryż, zupki, końserwy, paszteciki, dżemy – to chyba podstawa. Co myślicie o gotowaniu posiłków przez dziewczyny? J, no chyba, że któryś z facetów ma powołanie kulinarne. Wg mnie – mężczyźni powinni zdobywać pożywienie, rozbijać obóz no i poważnie dyskutować, delektując się widokami i pysznym jedzeniem przygotowanym przez wspaniałe dziewczyny – dziękuję, że wszyscy są za...
Posiadam mapę 100-kę WIG-ówkę (Porochy), 300-setkę – Karpaty Wschodnie, Przewodnik J. Gudowskiego „Ukraińskie Beskidy Wschodnie” tom 2, Na beskidzkich szlakach (cz.1), a także H. Gąsiorowskiego „Bieszczady”, + kilka opisów z netu. Zastanawiam się również nad konieczną ilością $ - myślę, że ok. 70 – 80 $ powinno wystarczyć. Czekam na Wasze @. Pozdrawiam – Grzegorz.

    


widok na Połoninę Borżawa

      Odpowiedzi były raczej pozytywne, może z tym pomysłem odnośnie przygotowywania posiłków, obyło się bez entuzjazmu, ale chyba „brzydkiej” części uczestników ten pomysł się spodobał. Osobne rozmowy dotyczyły gitary – w końcu ustaliliśmy, że ja będę tarmosił instrument, który od kogoś pożyczy Kasia, a Szymon będzie grał. Również ilość potrzebnej gotówki została skorygowana do max. 50$, a po zmianie rozkładu jazdy PKP, spotkanie w Przemyślu przesunęliśmy na godz.15, tak, aby zdążyć na autobus relacji Przemyśl – Lwów.
 

   

     30 czerwca - sobota
           

      Zgodnie z planem nasze spotkanie odbyło się na peronie dworca PKP w Przemyślu, ja z Piotrem i jego dwójką znajomych, odszukaliśmy się wcześniej w pociągu – Oni wsiadali w Krakowie (nie obyło się bez zabawnej pomyłki typu: who is who, ale telefony kom. pozwoliły w końcu zidentyfikować się i spotkać). Tak, więc byliśmy w komplecie, tzn.: Iwona (Krosno), Kasia, Krysia, Rudy (N.Targ), Miranda (Rybnik), Piotr, Reginald, Andrzej (Kraków), Szymon (Świdnik), Paweł (Lublin), Łukasz (Przemyśl), Grzegorz (Leszno). Towarzystwo wyglądało sympatycznie, niewątpliwie najbardziej w oczy „rzucał” się Rudy – rzeczywiście był rudy (myślę, że jest w dalszym ciągu), wysokie chłopisko w wielkim kapeluszu. Iwona wyciągnęła wydrukowaną mapkę Przemyśla, i wyglądała jakby wiedziała jak iść, aby doprowadzić nas do autobusu, ciągnęła na skróty, nie zważając nawet na czerwone światła (jak się później okazało, nie miała prawa jazdy). Dopiero po kilku minutach niezdecydowanego szukania autobusu, Łukasz nieśmiało przyznał się, że mieszka w Przemyślu i wie jak trafić na przystanek!
            Po kupieniu biletów, ‘a 15 zł, ruszyliśmy w kierunku granicy. W autobusie następowała pokojowa integracja, wzajemne poznawanie się w niewirtualnej nareszcie rzeczywistości – odczucia chyba wszyscy mieli bardzo pozytywne, humory dopisywały, Szymon pracował nad klimatem, grając na gitarze. Na granicy musieliśmy oczywiście swoje odstać, w międzyczasie wykupiliśmy obowiązkowe ubezpieczenie płacąc złotówkami (10 zł za 5 dni pobytu), pani w budce, gdzie owe ubezpieczenie się wykupywało, początkowo ambitnie chciała wypisywać indywidualnie dla każdego dokument zawierający całkiem sporo rubryczek, ale widząc naszą 12 –kę, skapitulowała, podstemplowała tylko naprędce sporządzoną listę naszej grupy, a na „ubezpieczeniu” widniały moje dane + 11  (
чoлobueĸa). Sama odprawa odbyła się bez emocji. W końcu, ok. godz.19, wysiedliśmy przy dworcu kolejowym we Lwowie. Tu, w kantorze wymieniliśmy $ na hrywny. Ja wymieniłem 30$, co i tak okazało się kwotą zbyt dużą (kurs: 1$ = ok. 5,5 hr).
Zgodnie z planem pociąg do Wołowca mieliśmy o godzinie 2315. Spokojnie podzieliliśmy się na dwie grupy, aby na zmianę pilnować plecaków i zwiedzić miasto. Jedna grupa wybrała się więc do miasta.
            Krysia i Kasia szybko zakręciły się przy kasie i kupiły dla siebie bilety. Kupowanie biletów to bardzo ciekawe przeżycie. Czynnych kas jest sporo, przy każdej ktoś stoi, panie siedzące za grubymi szybami łączy z podróżnymi tylko bardzo wąskie okieneczko służące do podania pieniędzy i, jak się później okazało, paszportu. Słyszalność bliska zera, a panie strasznie nerwowe, jakieś takie obrażone na wszystkich, pracowały – bo musiały. Okazało się, że brakuje już biletów na zaplanowany przez nas pociąg, są jeszcze miejsca na wcześniejszy o godz. 20 z minutami!! Cóż było robić, zanim kupimy bilety – trzeba najpierw ściągnąć tych, którzy poszli do miasta. Rzuciliśmy się w dziką pogoń, nie wiedząc właściwie dokąd poszli. Udało się! zawróciliśmy ich - jeszcze raz idziemy do kasy – a tu niespodzianka – znów się okazuje, że nie ma miejsc! (Krysia i Kasia za bilety kupione po 9 hr z groszami (jeden), po zwrocie za oba mogły dostać 37 kopiejek. Baaardzo nam się to spodobało. Nie bardzo wiemy co prawda jak to wyliczyli, ale pomysł jest przedni:-). Nastąpiły negocjacje, raz to w kasie, raz w ichniejszej informacji – wszyscy tam mają komputery i bardzo mądrze w nie stukają, ciekawe tylko, że co innego wynikało z komputera w kasie, a co innego w informacji. Okazało się, że wolne miejsca są w pociągu, który odjeżdża następnego dnia rano!, ale nie poddawaliśmy się, jakoś udobruchaliśmy panią za grubą szybą kasy i ...w cudowny sposób znalazło się 12 miejsc w pociągu odjeżdżającym o godz. 2150. Zabawa zaczęła się, gdy pani zażądała od nas paszportów, skrupulatnie- klawisz po klawiszu -starała się cyrylicą wypisać na biletach nasze nazwiska-czasu zostało jakby trochę mało na taką skomplikowaną operację, zrozpaczona kazała w końcu podyktować sobie nasze dane i dalej pisała „ze słuchu”- mieliśmy niezły ubaw widząc później wydrukowane nazwiska na biletach. (cena 1 biletu: ok.6 hr.)
            Pociąg przyjechał punktualnie o 2150, mieliśmy wykupione tzw. plackarty, odszukaliśmy odpowiedni wagon i ...czegoś takiego próżno szukać w Europie na zachód od Bugu. To co zobaczyliśmy i poczuliśmy, zrobiło na nas spore wrażenie... w wagonie panował półmrok, smród i duchota, oczywiście żadnego okna nie udało się nawet uchylić. Ludzie leżeli pokotem na piętrowo ustawionych leżach. Dużo Romów, lub podobnie do nich wyglądających osób. Wrażenie w sumie dość mało ekskluzywne
J.
Ciekawostką było to, że można w takim wagonie dostać darmowy wrzątek, niektórzy pasażerowie korzystali z tej szczodrobliwości ukraińskich kolei, sporządzali dość podejrzanie wyglądające potrawy w czym się dało, jakieś brudne słoiki, pet-y po napojach, it
p.
 

 
 

     1 lipca - niedziela
           

        Trochę śpiąc, trochę rozmawiając, trochę też przyglądając się temu co dookoła, dojechaliśmy punktualnie do Wołowca, ok. 2 w nocy. Wysiedliśmy na małej stacji, wokół ciemno (wcześniej nieźle padało), trudno było wykoncypować dokąd teraz skierować kroki. Jakiś tubylec zaprowadził nas do pobliskiej turbazy, mówiąc, że tam można przenocować. Turbaza, okazała się być, na oko, hotelem. Niestety, pani kierowniczka była najwyraźniej zła, że ktoś ją budzi w nocy. Stwierdziła, że nie ma miejsc (raczej mało prawdopodobne – budynek był duży, a ruch turystyczny – jak się później okazało – znikomy), nie nalegaliśmy zbytnio, zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy na „wyczucie” wzdłuż torów, tak aby znaleźć dogodne miejsce na rozbicie namiotów. Szliśmy przyświecając sobie latarkami po błotnistej, wiejskiej drodze, trzymając się strumienia – w końcu idąc w górę jego biegu, po ok. godzinie, doszliśmy do miejsca, które nadawało się na nocleg. Po szybkim rozstawieniu namiotów, nareszcie, można było iść spać. co prawda niektórzy trochę się męczyli, aby ich namiot stanął jak tego przewiduje instrukcja, ale widać nie zapoznali się z nią wcześniej i teraz w ciemnościach usiłowali wykombinować „co do czego”, rano wyglądało to trochę żałośnie, ale  deszcz nie padał i mogli się chłopaki wyspać.
            Niedzielny ranek – 1 lipca, powitał nas słońcem. W planach mieliśmy wejście na grzbiet Borżawy, zdobycie Stohów i zejście w kierunku Filipca. Spokojnie przygotowywaliśmy się do wyjścia, ciesząc się słonecznym, ciepłym dniem. Rudy przeczesywał pobliskie chaszcze z czymś w rodzaju siatki na motyle, tyle tylko, że było to z litego materiału i wpadało do tego worka wszelkie robactwo, ku wielkiej radości właściciela owego urządzenia. Rudy był zapalonym zbieraczem różnych chrząszczy, i innych zwierzątek mniej lub bardziej paskudnych. Łapał je, czymś tam gazował i pieczołowicie chował do buteleczek.
            W końcu ruszyliśmy w kierunku Borżawy, na Płaj. Chęć skrócenia sobie drogi przez las (a trzeba było iść po ludzku – wyraźną ścieżką pod linią energetyczną), zaowocowało przedzieraniem się przez krzaki i wykroty, stromo było też przyzwoicie, co wiązało się z sporą ilością wylanego z nas potu, ale w końcu wyszliśmy na polanę pod Płajem. Rozciągał się stąd ładny widok na Wołowiec w dolinie i na połoniny w górze przed nami. Było duszno i słonecznie. Znów zaczęło się podejście. Wyglądało, że na Płaj jest blisko, i tak było, ale zamiast iść zgodnie z intuicją prosto, posłuchaliśmy głosów Ukraińców jadących wozem konnym w górę, i zgodnie ich nawoływaniem, (po co wołali, że w prawo – nie wiem) odbiliśmy w prawo. Korzyść z tego była tylko taka, że po drodze były wspaniałe źródła i można było uzupełnić zapasy wody. Po spotkaniu innych tubylców, po co im były potrzebne prawie na samym szczycie wędki?, trudno odgadnąć, skorygowaliśmy kurs i idąc po krzakach jagód, którymi porośnięta jest cała olbrzymia połoninna Borżawa, doszliśmy na Płaj. Tu – blisko szczytu – okazało się, że przy źródle mój chlebak pragnął sobie dłużej odpocząć i nie ma go przy mnie. Czyli zostałem bez dokumentów, pieniędzy i bez kilku jeszcze drobiazgów! Bieg na przełaj po jagodowych krzakach odbyłem błyskawicznie, a błyski rzeczywiście zaczęły nam towarzyszyć. Gdy wróciłem do oczekującej mnie grupy, dookoła zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Chmury zaczęły nas otaczać zewsząd, rozpadało się na dobre, a grzmoty przetaczały się po całej połoninie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dziwna budowla z licznymi antenami (woleliśmy nie pytać, co to jest, bo mogliśmy się komuś narazić), a obok tego budynki – ponoć stacji hydrometeorologicznej - ważne, że mogliśmy tam wejść. W środku było- delikatnie mówiąc – syfiaście, ale sucho. Na zewnątrz szalała już burza na dobre, pomiędzy kamieniami przeskakiwały iskierki wyładowań. Człowiek, który nas przyjął, okazał się bardzo cichym i skromnym gościem. Mogliśmy skorzystać z kuchni wyposażoną w elektryczną maszynkę i czegoś, co przypominało łazienkę – był nawet natrysk z gorącą wodą. Po czasie wystarczającym na przygotowanie posiłku, burza ucichła, wiatr przeganiał chmury, a my zdumieni cudem widoków postanowiliśmy iść na Stohy, uzgadniając wcześniej, że śpimy w zajętym właśnie lokum. Słońce i błękitne niebo zachęcały do wędrówki. Przed nami pysznił się wyniosły szczyt Wielkiego Wierchu, który strawersowaliśmy, idąc szybkim marszem na Stohy. Po drodze przeszliśmy koło stada koni, wyglądały na „wolne”, ale nie płoszyły się na nasz widok. Mogliśmy też podziwiać tęczę – dobry znak na dalszą wędrówkę. Droga na najwyższy szczyt Bieszczadów nie była taka krótka, jak początkowo się wydawało. W szybkim tempie osiągnęliśmy szczyt – Stohy. Po sławetnych olbrzymich kulach (osłonach na radary)– tak bardzo charakterystycznych dla tego szczytu jeszcze dwa lata temu – zostały tylko smętne szczątki, porozrzucane po całej okolicy, ten przygnębiający widok rekompensowały przecudowne widoki dookoła na Góry. Widać było nasze bieszczadzkie szczyty – Wielką Rawkę, Tarnicę, a także Gorgany, Czarnohorę...- morze Gór dookoła. Borżawa jest przecudna, charakterystyczne są dla niej bardzo strome zbocza przechodzące w bardzo głębokie doliny. Na Płaj wróciliśmy już w ciemnościach. Jeszcze tylko kolacja, (jakaś obłąkana myśl, żeby wybrać się na wschód słońca na Wielki Wierch – na szczęście na pomyśle się tylko skończyło) natrysk! i można było iść spać. Noc byłaby niezła, gdyby mysz nie wyżarła mi zupki i sosu z torebki.

 

 


Widok na Stohy


Na Borżawie wśród dzikich koni


Dzikie konie na Borżawie na tle Wielkiego Wierchu


Widok na Stochy z Płaju

     2 lipca - poniedziałek
 
        

       Niestety, ranek przywitał nas deszczem i chmurami dookoła. Nie było sensu błąkać się po Borżawie, szukając dojścia do Filipca. Zapadła decyzja, że schodzimy do Wołowca i jedziemy na Przełęcz Wyszkowską w Gorgany. Zejście w deszczu po błocku i kamieniach nie było przyjemne, tym bardziej, że stromo było pięknie. Jednak udało się, nawet nie uszkadzając gitary przywiązanej do plecaka. Na dole nie padało i zaczęło się „przecierać”.
            Na dole Andrzej i Reginald, postanowili, że jednak nie pojadą w Gorgany, jakoś plecaki im zbytnio nie ułatwiały marszu, a wręcz przeciwnie-namawiały do pozostania w dolinach. Tak więc zostało nas 10. Co i tak było za dużo jak na miejscowy sklepik, bo piwa starczyło tylko dla dwoje (po jednej butelce). Dotarliśmy nieco mokrzy i ubłoceni do dworca autobusowego, skąd zdezelowanym i zatłoczonym autobusem dojechaliśmy do Wołowe (Miżgirie). Tam z ciekawością rozpierzchliśmy się po sklepach i bazarze, nie mają tam ludzie łatwego życia. Właściwie nic nie zachęcało do kupienia czegokolwiek.
            Kierowca autobusu, który nas przywiózł do Miżgirie, zorganizował nam transport na Przełęcz Wyszkowską (Toruńską), był to bus, trochę było ciasno – nas 10 i niemałe plecaki, ale jakoś się ścisnęliśmy i konwersując z kierowcą dotarliśmy do owej przełęczy. Trochę humory popsuło nam stacjonujące tu wojsko. Na początku należało przekonać dowódcę (facet wyglądał jakby przeżył piekło w Afganistanie – cały w bliznach, twarz poorana szramami, oczy bez cienia uczucia.. i myśli), żeby pozwolił nam wyruszyć w trasę (ich zadaniem było wyszukiwać nielegalnych emigrantów ze wschodu – sprawdzali przejeżdżające samochody). Bez entuzjazmu słuchał moich argumentów, dlaczego chcemy iść w Gorgany, powątpiewał w nasze zdolności orientacyjne w terenie... w końcu machnął ręką i wyraził zgodę na wyjście w Góry.
            Nad nami wisiały deszczowe chmury, tylko czasami otwierał się dalszy widok na dalsze szczyty gór, pod nogami błotnista droga, ale szliśmy na wschód z nadzieją, że będzie wszystko pięknie. Po godzinie marszu stwierdziliśmy, że należałoby rozbić obóz, nie było łatwo z wyszukaniem odpowiedniego miejsca, w końcu przy drodze znaleźliśmy trochę płaskiego miejsca, wydeptaliśmy wysoką, mokrą trawę i ustawiliśmy namioty. Udaliśmy się na poszukiwanie wody – niezawodny w tym fachu Rudy, wyszukał piękne źródełko – nie groziła nam śmierć z pragnienia, ani – o zgrozo – spanie bez wieczornej toalety!J Niestety znów wieczorem rozpadał się deszcz, mimo tego dość długo siedzieliśmy przy ognisku rozpalonym pod drzewami. Do ogniska dosiedli się dwaj wojacy, którzy wcześniej podążyli naszym śladem, opowiadali o życiu na Ukrainie, trochę wspólnie pośpiewaliśmy, a deszcz sobie padał....

 

   

      3 lipca - wtorek
           

      Padało również rano, dzięki temu niektórzy z wielkim zadowoleniem spali aż do południa. Na szczęście dla tych bardziej zaangażowanych w chodzenie, koło południa przestało padać, szybka decyzja o zwinięciu obozu i idziemy. Na trasie wita nas słońce, a nawet panorama Gorganów – wpatrując się w dal i w mapę staramy się zorientować gdzie jesteśmy i która góra jak się nazywa, a nie było to łatwe zadanie, Gór wokół było bardzo wiele, a my gdzieś w środku nich. Teoretycznie szliśmy w kierunku Gorganu Wyszkowskiego. Po kilku godzinach znaleźliśmy się przy strumieniu, w dali stał sobie domek zrobiony z drewnianych bali – z nieba znów zaczęło siąpić – zdecydowaliśmy, że zrobimy krótki odpoczynek w owym domku, przeczekamy deszcz i pójdziemy dalej. Deszczyk zamienił się w deszcz, a później w niezłą ulewę. Robiło się coraz później i w ogóle mało przyjemnie. W domku z trudem się mieściliśmy, kilka osób wdrapało się na poddasze, nie zostało nic innego, tylko przygotować się do noclegu. Trochę przypominało to sardynki w puszce, ale było jeszcze bardziej niewygodne, spanie na drewnianych belkach nie należy do przyjemności, ale do rana wytrwaliśmy. Warto wspomnieć o pewnym incydencie tuż przed nocą – otóż w pewnym momencie usłyszeliśmy poprzez szum potoku wycie silnika ciężarówki? nasze zdziwienie było tym większe, gdyż w pobliżu nie było żadnej drogi.. korytem strumienia pomalutku w górę piął się „kamaz”, zatrzymał się koło naszej chatki i z wnętrza szoferki wyskoczyło 3 facetów (czwarty – kierowca – został w środku). Okazało się, że przyjechali ukraść drewno – przyznali się do tego bez żenady, co ciekawe wywozili je gdzieś na Słowację, a dalej miało wyjechać do Niemiec.. cóż.. nie ma to jak dobra organizacja.. niestety praca wyraźnie im jakoś nie szła – chyba jednak dawał im się we znaki nadmiar spożytego bimbru, na dodatek coś się popsuło w kamazie i kierowca na próżno kombinował żeby to naprawić jakimiś drutami.. w końcu dali za wygraną i już po ciemku zawrócili bez ładunku.
Nocą, w utrzymaniu pogody ducha, pomogły nam teksty Pawła, który rozbrajająco dywagował na temat studiów, tekstów piosenek itd. Spanie na belkach nie było wygodne.. ale za to było sucho i rano nie musieliśmy suszyć namiotów, a ranek powitał nas słoneczny.

 

 


Szymon i Piotr na tle naszej chatki

     4 lipca - środa 
  
    

       Teoretycznie powinniśmy wyjść wcześnie, nie było zwijania namiotów, suszenia.. ale jakoś opór materii – czyli grupy – był na tyle skuteczny, że wyszliśmy stosunkowo późno. Nasza trasa wiodła stromo w górę, wg naszej orientacji szliśmy na szczyt Kruchta Młaka. Grzało pięknie, a nasze tempo było, pomimo ciężkich plecaków, całkiem przyzwoite. Z ulgą przywitaliśmy szeroki strumień, zaczęło się ogólne mycie i kąpiel, gdy nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, z nieba lunęło, nagle pojawiły się chmury, a lejący deszcz zmoczył wszystkich, zanim zdążyliśmy skryć się pod drzewami. Wyglądało, że pogoda popsuła się na dobre i nie ma co liczyć na jej szybką poprawę. Od kilku miejscowych chłopaków dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest wioska – Słoboda, a w niej sklep. Ruszyliśmy więc w siąpiącym deszczu, okrutnie błotnistą drogą w górę potoku. Rzeczywiście, po kilkuset metrach doszliśmy do małego sklepu. Z wielką ciekawością weszliśmy do środka – nie było źle. Co prawda, sklep traktowany jest tam jako swoisty dom kultury. Sporo ludzi w środku, na stojąco popijało sprzedawane na kieliszki wino i wódkę, faceci, kobiety, kręcące się dzieci.. nasze wejście wywołało spore zamieszanie i ożywienie. Trzeba przyznać otwarcie, że ceny w sklepie były dla nas bardzo atrakcyjne.. można powiedzieć, że zaczęło się szaleństwo zakupów :) . Piwo – 2 hr (1,2 zł), wódka 5 hr (3 zł).. właścicielka sklepu, widząc jak rozkręca się interes, otworzyła dodatkową izbę ze stołami i ławami – zaczęła się niezła impreza integracyjna. Razem z nami zasiedli miejscowi, a my nie żałowaliśmy im piwa, wódki.. miło się siedziało w ciepłym i suchym pomieszczeniu, gdy za oknem padał deszcz. Piotr, który ciągle nas poganiał i nie chciał na początku nawet wstępować do sklepu, teraz najgłośniej śpiewał i wznosił toasty na cześć Chmielnickiego, Ukraińcy pili za Wołodyjowskiego, robiło się coraz bardziej miło, wesoło i przyjaźnie, Mikołaj – jeden z miejscowych – za wszelką cenę chciał, żebyśmy u niego zanocowali – rzeczywiście robiło się już późno, ale tymczasem przestało padać, trochę mieliśmy niedosyt Gór, nie przeszliśmy w końcu tego dnia zbyt wiele, gdzieś tam w chmurach, we mgle, sterczał szczyt Popadii, a my po 3 dniach ciągle byliśmy daleko od niej. Postanowiliśmy więc, że idziemy w Góry! problem był tylko w tym, że trunki były wypite na puste żołądki.. efekt tego nie jest trudny do odgadnięcia, poza tym – droga przez wieś i dalej za nią była okrutnie błotnista.. co było gorsze – teraz już nie wiem sam.. ale szło się strasznie ciężko – byle w górę. O zmierzchu doszliśmy do pięknej polany, na której nareszcie znaleźliśmy słupek graniczny – pozostałość po dawnej granicy polsko-czechosłowackiej – ech – kiedyś te Góry były nasze.. żal. Po drodze dogonił nas Mikołaj – był zły, że nie zanocowaliśmy u niego, ale chętnie został z nami. Rozbiliśmy namioty, zapłonęło ognisko, popłynęły piosenki. Dobyliśmy z plecaków ocalałe butelki.. Mikołaj opowiadał o ciężkim życiu w zagubionej w górach wiosce, biedzie i beznadziei tym większej, że widział, jak żyje się za zachodzie – był w wojsku w dawnym NRD, teraz armia już go nie potrzebowała, jak również jego żona.. taak, trunek rozwiązuje języki, lecz nie zawsze problemy.. było bardzo późno gdy znaleźliśmy się w namiotach.
 

 




Poranne "zbieranie" się

 

 

 

 

 


Mikołaj pokazuje nam drogę na Popadię
 

      5 lipca - czwartek
   
    

      Rano nie było już Mikołaja, może i lepiej, bo w nocy stał się jakiś dziwny – rzucał siekierą i zaczynało być mało przyjemnie.. gorzej tylko, że zniknął z moim kubkiem – a fajny był – ten kubek – z podwójnymi ściankami.. cóż, niech mu służy.. ale żal. Pożegnaliśmy też Pawła, który od dłuższego czasu narzekał na ból w kolanie – postanowił, że dopóki nie jest daleko od wioski – to będzie bezpieczniej wrócić teraz, niż później, gdy zacznie się chodzenie po gorganie.
    Trochę chyba każdy odczuwał skutki wypitych procentów, ja zrezygnowałem ze śniadania. Wg mapy trasa wydawała się łatwa – należało tylko pilnować głównego grzbietu, szukać słupków granicznych i iść w kierunku tych z malejącymi numerami (każdy słupek ma numer, a słupek na Popadii ma numer 1). Niestety – to tylko teoria – w praktyce orientacja była znacznie trudniejsza – dawny pas graniczny jest zarośnięty, sporo słupków już nie ma, inne są powywracane, zarośnięte.. pogoda była piękna, nawet widzieliśmy szczyt Popadii, ale ciągle było do niej jakoś tak daleko.. Kluczyliśmy po lesie szukając właściwej drogi, forsowaliśmy jakieś strumienie, zarośla.. w końcu trafiliśmy na jakąś ścieżkę, która wydawała się, że doprowadzi nas na prawidłową trasę, i rzeczywiście – między drzewami zobaczyliśmy w końcu dość blisko szczyt Popadii – tylko gdzie ta dawna granica i słupki? ale żeby nie było nam za dobrze, zaczęło grzmieć i z nieba znów polały się istne strumienie, dobrze, że chociaż było ciepło, szliśmy uparcie w tych strugach deszczu, wszyscy byliśmy kompletnie przemoczeni, woda każdemu chlupała w butach – ale przynajmniej znów trafiliśmy na słupki graniczne – szczyt Popadii był już tuż, tuż. Należało jednak znaleźć jakieś dogodne miejsce na rozbicie namiotów, szczyt ani zbocza Popadii na pewno się na to nie nadają – to dość duże, luźne głazy – czyli gorgan – naprawdę niebezpieczne – trzeba uważać żeby nie poślizgnąć się na niestabilnych kamieniach. Na szczęście ulewa chociaż gwałtowna, po godzinie zmagania się z nami w końcu dała sobie spokój, udało się, więc rozbić namioty nie moknąc, co prawda, trochę musieliśmy udeptać wysokie zielsko, trochę wykarczować krzaki, ale w końcu zdołaliśmy ustawić nasze 4 namioty na jako tako płaskiej powierzchni. Tylko do wody było dość daleko, no i trzeba było przechodzić przez okrutnie mokre i wysokie łopiany. Wieczorne ognisko ze wspólnymi śpiewami, pomimo zmęczenia, zawsze przetrzymywało nas długo w noc.. tym razem doszło do tego jeszcze suszenie przemoczonych butów, skarpet i innych rzeczy – fajnie długo jeszcze później jechały dymem.

 

 


Nareszcie blisko Popadii


Grupa na tle Popadii


Wieczór przy ognisku pod Popadią i wielkie suszenie

     6 lipca - piątek
     

      Znów obudził nas piękny poranek – tym razem wyszliśmy dość wcześnie – aż chciało się wbiegać na pobliską Popadię. Ścieżka na początku była wyraźna i łatwa, ale w miarę zdobywania wysokości zaczęła pojawiać się kosodrzewina, coraz bardziej gęsta i wyższa, ale to bułka z masłem w porównaniu z tym, co czekało nas później.. podejście sprawia radość jakąś niewytłumaczalną, jest duszno, ciężki plecak, pot kapie z czoła, wygląda, że i dzisiaj burza nam nie odpuści, ale pomimo tego nogi same przyspieszają, już chciałoby się być na szczycie.. nogi wykręcają się na luźnych głazach, jeszcze kilka kroków i nareszcie już jest! głęboki oddech, rozglądam się w zachwycie.. koszula mokra zupełnie.. szczyt Popadii jest niezarośnięty, pola kosówki zostały w dole, a tu tylko gorgan i przecudne widoki dookoła.. wokół tylko Góry i Góry.. same szczyty – bliższe i dalsze, po sam horyzont Góry, żadnych śladów cywilizacji – oj nie chciało nam się opuszczać tego szczytu.
       Wyraźnie widoczne są tutaj okopy pochodzące z I wojny – że im się chciało tutaj coś takiego wyryć w tych skałach! No i pięknie zachował się tutaj duży słupek graniczny z polskim godłem – orzeł w koronie (aż się nie chce wierzyć, że przetrwał tu tyle lat!) z jednej strony, i czeskim lwem z drugiej.
      Dyskutujemy jak iść dalej – w końcu postanawiamy, zgodnie z planem, trzymać się grani – czyli przedwojennej granicy Polsko – Czechosłowackiej. Z góry widać, że nie będzie to łatwe, wokół ciągną się gęste pola kosówki. Wydobywam z plecaka niezawodny toporek i wycinam w gęstej i wysokiej kosówce, jako tako dającą się przejść, ścieżkę. Gałęzie kosówki drapią niemiłosiernie, szarpią plecak i cały ekwipunek – ci co mieli na wierzchu przytroczone karimaty – donieśli je w strzępach.. na dodatek jest duszno i zaczynają zbierać się chmury i grzmi.. pojawia się mgła i słychać bliskie grzmoty, choć jesteśmy blisko Popadii, już jej nie widzimy. Burza jednak przeszła tuż za naszymi plecami, na Popadii leje, nas tylko lekko pokropiło, ale duchota jest okrutna, no i ta ciągła walka z kosówką! Zmieniamy się przy torowaniu drogi, przy czym trzymanie się słupków jest prawie niemożliwe. Podchodzimy gdzieś pod szczyt Wierchu Koretwina, na Pietrosa nie jest niby tak daleko, ale to zwarty gąszcz zielonego paskudztwa – wszyscy mają już dość tej walki – postanawiamy trawersem pokonać szczyt Pietrosa idąc po chybotliwym gorganie – już lepsze to. Trochę mamy różne zdania co do dalszej trasy, daje się we znaki zmęczenie i brak wody. W końcu rozbijamy się na dwa zespoły, jeden idzie przez szczyt Wierchu Koretwina – drugi trawersem – ja trawersuję – kosówka napawa mnie obrzydzeniem!
       Przejście zboczem po gorganie jest uciążliwe, tym bardziej, że nie widać końca zbocza i tak na dobrą sprawę idziemy „na  czuja”. Kierujemy się na Pd.Wsch. w kierunku potoku Darów, robi się późno. Wchodzimy do lasu, ale nie ma żadnej ścieżki, przedzieramy się przez krzaki i rozglądamy się za dogodnym miejscem na rozbicie namiotów, ciągle jest albo za stromo, albo za bardzo zarośnięte, no i nie ma wody. W końcu jest strumień! pijemy i myjemy się z rozkoszą, ale teraz z kolei cały teren jest podmokły, chlupie wręcz pod nogami – a już cieszyliśmy się, że tego dnia nie będziemy musieli się suszyć! nic z tego! po kilkunastu minutach wszyscy mamy przemoczone buty, a miejsca na nocleg ciągle nie ma. W końcu znajdujemy wyżej położony brzeg strumienia, czas najwyższy – zapada zmrok i wszyscy są wykończeni. Już prawie po ciemku rozbijamy namioty, prawie nie chce nam się gotować posiłku, jeszcze jakieś mizerne próby rozpalenia ogniska, ale bez zapału i daremne – wszystko jest mokre i dymi się niemiłosiernie, każdy raczej marzy o zaszyciu się w ciepłym śpiworze. Znów zaczyna padać. Ech – jak cudnie jest w namiocie i śpiworze. To był ciężki dzień – ok. 12 godzin w trasie z tym przedzieraniem się przez krzaki, wszyscy są niemiłosiernie podrapani, zmęczeni.

 

 


"Sławny" słupek graniczny na Popadii


Przedzieramy się przez kosówkę pod Pietrosem

      7 lipca - sobota
  
 

       Rano budzi nas słoneczna pogoda – tym razem wiemy, że to będzie luzacki dzień – chcemy zejść tylko do Darowa. Nie spieszymy się więc specjalnie. Wyciągamy wszystkie wilgotne rzeczy, suszymy na słońcu, szumią palniki gazowe: pijemy, objadamy się, sądząc błędnie, że w Darowie uzupełnimy zaopatrzenie. W końcu zbieramy manele i ruszamy w dół strumienia. Okazuje się, że wcale nie jest to łatwe, brzegi zarośnięte są gęstym krzelem, trochę się przedzieramy, trochę obchodzimy bokiem. Po jakimś czasie nasz strumień wpada do większego potoku, jak się okazuje to jest właśnie potok Darów, a przy nim ślady drogi. Teraz idzie się znacznie przyjemniej, słoneczko grzeje pięknie – żyć nie umierać. W jakimś ładniejszym miejscu, gdzie potok jest szczególnie głęboki, zażywamy kąpieli, można nawet popływać, gotujemy herbatkę, wygląda, że do celu dzisiejszej podróży nie jest daleko. Wkrótce pojawiają się tory kolejki wąskotorowej, a raczej pozostałości po nich, tzn. są podkłady, szyny, ale bardzo zniszczone, powykręcane, w niektórych miejscach tory są podmyte i smętnie wiszą nad bystrym nurtem rzeki. W kilku miejscach widać pozostałości mostów, ale raczej musimy szukać dogodnych brodów, i przekraczamy rzekę po kamieniach, lub wywróconych drzewach. I tu niestety dobry mój dobry uczynek został pokarany – w momencie gdy pomagałem innym pokonać dość głęboką już w tym miejscu rzekę, pień leżącego drzewa, na którym stałem, złamał się i wylądowałem po kolana w wodzie.. a tak się cieszyłem, że to pierwszy dzień, gdy mam sucho w butach.. cóż – za wczesna była to radość. Jeśli ktoś kiedyś szedł po torach kolejowych to wie, że po jakimś czasie można dostać szału od nienaturalnej długości kroku. Odległości między podkładami są takie głupie, że na jeden krok to za mało, a żeby „deptać” co drugi podkład, to krok musi być nienaturalnie długi – i tak męczy się człowiek kombinując jak tu nie wykręcić nogi w dziurach pomiędzy szczerbatymi podkładami kolejowymi. Po szynie iść się nie da, bo wąska, powykręcana, a często jej po prostu nie ma. Często też walczymy z olbrzymimi pokrzywami i łopianami.
         Pod wieczór docieramy wreszcie do zabudowań Darowa. Stoi tu kilkanaście domów, głównie drewnianych, niektóre w całkiem niezłym stanie, ale wszystkie opuszczone, puste. Stan torów poprawia się nieco, a na nich stoi jakiś złom.. tak jakby ciężarówka z czasów wojny, ale na szynach.. czy to jeździ? zastanawiamy się, raczej nie wierząc w taką możliwość. W dół doliny nie wiedzie jednak żadna droga, płynie tylko sporej już wielkości rzeka, a obok bystrego jej nurtu wiedzie linia kolejki. Czasami tuż nad wodą, wisząc prawie w powietrzu, czasami wcina się w strome zbocze brzegów. Postanawiamy tutaj spędzić noc. Dowiadujemy się, że za rzeką mieszka leśniczy, idziemy więc do niego zapytać, czy można wejść do któregoś z domów – można. Okazało się, że leśniczy może nas tym pojazdem, który stoi na szynach, zawieźć następnego dnia do Osmołody, wioski oddalonej o 12 km, chcemy w końcu zrobić zakupy. Uzgadniamy cenę – jak dobrze pamiętam to chyba po 3 hr od osoby i godzinę odjazdu na 1000.
        Tym razem nie jesteśmy zmęczeni, długo siedzimy przy ognisku, śpiewamy, Szymon świetnie gra na gitarze. Nad nami rozgwieżdżone niebo, księżyc, ciemne kontury bliskich szczytów. Późno w nocy zasypiamy w którymś z otwartych domów.

 

 


Domy w Darowie - wybieramy jeden z nich

    8 lipca - niedziela
     

       Budzimy się rano, pogoda znów piękna.. może szkoda dnia na wyjazd do wioski? Do Sywuli stąd niedaleko, a czasu nie zostało wiele – Piotrek musi za dwa dni wracać do domu. Leśniczy trochę się spóźnił, ładujemy się z plecakami na pakę drezyny i ruszamy w dół. Momentami mieliśmy stracha, bo stan torów był fatalny, ale wówczas prędkość jazdy spadała prawie do zera, czasami jechaliśmy tuż nad wodą, czasami dość wysoko nad urwistym brzegiem. U wylotu potoku Bystryk poprosiliśmy o zatrzymanie wehikułu. Postanowiliśmy jednak, że idziemy na Sywulę, czyli na najwyższy szczyt Gorganów. Sforsowaliśmy wartki nurt rzeki i ruszyliśmy w górę Bystryka. Mieliśmy nadzieję, że jeszcze tego dnia zdobędziemy szczyt. Znów szliśmy po torach wąskotorówki  pełnym słońcu i z pięknymi widokami. Po jakimś czasie doszliśmy do strasznie zaniedbanego i okrutnie zaśmieconego domku, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej w górę doliny. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy jakąś drogę, chociażby ścieżkę, wyprowadzającą na grzbiet Sywuli. W pewnym momencie coś jakby ścieżka się pojawiło nawet, kierunek się zgadzał, nie było więc co się ociągać. Niestety, niedługo ślad ścieżki się urwał, stawało się coraz bardziej stromo i coraz bardziej gęsty gąszcz drzew, krzaków, wykrotów zmordował nas okrutnie. Mozolnie pięliśmy się w górę, ale widać było, że jest coraz trudniej i raczej tym sposobem Sywuli nie zdobędziemy. Na domiar złego zaczęło nieźle grzmieć i zrobiło się prawie ciemno od ciężkich chmur. Ulewa na stromym zboczu nie uśmiechała nam się już zupełnie, tym bardziej, że nie wiadomo jak długo ma zamiar lać.. niepocieszeni postanowiliśmy zawrócić, liczyliśmy, że uda nam się schronić w mijanym wcześniej domu – zawsze to dach nad głową, pomimo zwałów śmieci. Już  w deszczu dotarliśmy do domku, burza rozszalała się na dobre. Dookoła waliły pioruny, a z nieba lały się strugi deszczu. Wyglądało na to, że tego dnia, już w trasę nie wyjdziemy. Na szczęście nie musieliśmy się suszyć. Jeszcze w czasie ulewy do chaty doszło kilku Ukraińców – młode chłopaki. Okazało się, że wrócili właśnie z Sywuli. Ich ubiór i ekwipunek nie wiele miał wspólnego z turystyką górską. Na nogach trampki, jakieś dresy. Byli kompletnie przemoczeni. Opowiadali, że byli na Sywuli, i że na szczycie jest jakiś betonowy słup. Powiedzieli również, w którym momencie jest wejście na ścieżkę prowadzącą  na szczyt. Na szczęście przestało padać, jednak pora była już późna i nie było sensu ruszać w drogę. Postanowiliśmy posprzątać nieco totalny syf panujący w chacie, tak, aby możliwe było rozłożenie na podłodze karimat i spędzenie tam nocy. Jako tako wysprzątaliśmy dwa pomieszczenia, młodzi Ukraińcy zadomowili się na piętrze, a właściwie strychu, ale widać było, że bałagan i brud jakoś im nie przeszkadzają zbytnio.
      Plan był taki, żeby następnego dnia rano wyjść bardzo wcześnie, zdobyć szczyt i zejść do Huty, patrząc na mapę, plan wydawał się całkiem realny. Chcąc upewnić się co do drogi na jutro, razem z Iwoną i Rudym postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda początkowy odcinek, szukanej już przez nas przecież, ścieżki. Rzeczywiście, odbicie w lewo było widoczne dość dobrze, z tym, że znacznie wcześniej niż wynikałoby to z mapy, dlatego mieliśmy takie kłopoty z trafieniem za pierwszym razem. Przeszliśmy dla pewności spory odcinek szlaku, im bardziej w górę tym mniej widoczny, ale raczej nie powinno być kłopotów z orientacją i utrzymywaniem właściwego kierunku. Ucieszeni wróciliśmy do chaty. W tym czasie zaczęło się już ściemniać, razem z Ukraińcami rozpaliliśmy ognisko. Oni piekli kartofle – bardzo nam smakowały! częstowaliśmy się wspólnie tym co jeszcze mieliśmy, choć dawał się nam już we znaki brak zaopatrzenia. Słuchaliśmy ich piosenek, oni naszych, na tym polu nie mają z nami szans :). Szymon grający na gitarze i spory repertuar piosenek to też ważki powód, że spać chodzi się baaardzo późno.

 

 


Forsujemy rzekę

      8 lipca - poniedziałek
    

     Rano udaje nam się wstać rzeczywiście dość wcześnie. Próbuję rozruszać towarzystwo już o 6, prawie mi się to udaje. Nie musimy zwijać namiotów, ani nic suszyć, super! Szybkie śniadanie, pakowanie i .. ruszamy po półtorej godzinie. Idziemy wyszukaną dzień wcześniej ścieżką. Prowadzi wieloma trawersami w lesie. Po drodze jest trochę krzaków, trochę powalonych drzew, ale generalnie nie jest trudno. Na dłużej zatrzymujemy się przy krzewach oblepionymi borówkami, wcześniej nie było okazji się nimi najeść – nadrabiamy to teraz. Mijaliśmy też małe strumyki, nie ma więc kłopotów z brakiem wody. W końcu wychodzimy z lasu. Otwiera się piękny widok. Po prawej, po drugiej stronie doliny widzimy wysoki i stromy grzbiet Gorganu ( i paskudny widok na wykoszoną część góry pod prowadzący tam wielki rurociąg Mir ), po lewej – strome zbocza pokryte gorganem – Łopuszny i Sywuli. Mam ochotę iść na skróty, byle wyżej, ale nie uzyskuje to aprobaty reszty grupy. Idziemy więc płajem po gorganie trawersującym zbocze, licząc, że wyprowadzi nas na szczyt. Niestety, ścieżka ciągle wiedzie trawersem i po dłuższym czasie orientujemy się, że omijamy szczyt od zachodu i niedługo wylądujemy na Ruszczynie. Po krótkiej naradzie przy strumyku spływającym z Sywuli, zawracamy, żeby po gorganie w miejscu, gdzie jest nieco mniej stromy, wspiąć się w końcu na grań. Szczyt jest w zasięgu wzroku, dzieli nas od niego może pół godziny podejścia, może nieco więcej, bo gdzie niegdzie porasta kosówka, ale okazuje się, że Piotr rezygnuje – twierdzi, że nie wyrobi się z czasem i musi wracać – a woli teraz, gdy ścieżka powrotna jest widoczna i już znana. Namawiamy go, żeby jednak wszedł z nami na szczyt, że niedaleko, ale Piotrek nie daje się przekonać – szkoda – żegnamy się więc. Piotrek wraca do doliny Bystryka, i dalej do Osmołody, i do Krakowa. My pniemy się po gorganie na szczyt. Trochę dziwimy się, że Sywula (na której wg Ukraińców stoi betonowa wieża) jest niższa niż najbliższy nam szczyt, być może to złudzenie tylko? bo to chyba Łopuszna? pozostawiamy plecaki i pędzimy przez tę niby Łopuszną na Sywulę. Ustawiamy się pod paskudnym słupem, robimy fotki. Przede wszystkim podziwiamy widoki! a jest co podziwiać! Wszystkie chyba szczyty Gorganów!, Czarnohora, Góry Rodniańskie.. i jeszcze dalej! już wiemy, że musimy większość z nich przejść kiedyś! Pomysł już gotowy – w przyszłym roku jedziemy w Czarnohorę!
       Wracamy do plecaków, (dopiero po powrocie do kraju, dowiedzieliśmy się, że tak na prawdę to ten betonowy słup jest na Małej Sywuli, a tę właściwą przelecieliśmy tam i z powrotem dwa razy..). Studiujemy mapę, wypatrujemy z grani dalszej drogi. Nie wygląda najlepiej, przed nami znów gęste pola kosówki, których przebycie może wiązać się z walką do wieczora. Szanse, żeby dotrzeć za dnia do Huty są żadne. Co prawda w dole widać przebieg trasy, ale dotarcie tam to karkołomna walka z luźnym gorganem, a przede wszystkim ze znienawidzoną kosówką, w której nie tylko traci się siły i zapał wszelki do chodzenia po Górach, ale także orientację w terenie. Postanawiamy jednak dojść chociaż do przełęczy Borewka, za którą wznosi się dumnie, odbiegający barwą skał od innych szczytów, Ihrowiec. Według mapy i przewodnika J. Gudowskiego na przełęczy mają znajdować się pozostałości po polskich schroniskach i źródło. Przedzieramy się przez kosówkę, uparcie brnąc do celu, po jakimś czasie stwierdzam, że posuwamy się zdecydowanie za wolno jak na ilość czasu jaka pozostała nam do nocy. Dzielimy się na dwie grupy, ja z Kasią, Krysią i Łukaszem postanawiamy zejść jednak znaną nam już drogą, podobnie jak wcześniej Piotr, do doliny Bystryka. Liczymy, że zdążymy przed nocą dotrzeć do chaty, aby tam przenocować i rano ruszyć do Osmołody. Miranda, Iwona, Szymon i Rudy mają w zapasie jeszcze 3 dni, więc ambitnie postanawiają dojść na Borewkę, z później może na Ihrowiec i Wysoką? Żegnamy się nie bez żalu, przez tych kilka dni zżyliśmy się bardzo, chociaż wcześniej wcale się nie znaliśmy. Obiecujemy sobie, że spotkamy się jeszcze jesienią na podsumowanie rajdu, no a w przyszłym roku jedziemy znów razem w Czarnohorę! Schodzimy szybkim marszem w dół, na krechę, żeby dotrzeć do ścieżki, którą szliśmy wcześniej, trochę zazdroszczę tym, co zostali na górze, że mogą jeszcze cieszyć się przez kilka dni tymi przecudnymi Górami. Noc zastaje nas gdzieś w lesie, ale jakoś udaje się nam nie pogubić. Gorzej, bo na niebie pojawiają się świetliste błyskawice, z chmur dochodzi gniewne pomrukiwanie i grzmoty. Jesteśmy już porządnie zmęczeni, ale przyspieszamy, chcąc zdążyć przed burzą do chaty. Wreszcie po ponad 12 godzinach, dochodzimy do bezpiecznego domu. W samą porę! za oknami istna kanonada, błyskawice jedna za drugą rozświetlają niebo, deszcz leje że aż huczy dookoła. Cieszymy się, że jest nam sucho i bezpiecznie, trochę martwimy się o naszych kolegów na grani – czy zdążyli dość do przełęczy, czy są bezpieczni? Mamy nadzieję, że sobie poradzą,  i zajmujemy się przyziemnym robieniem obiado-kolacji. Nie wiele nam już zostało, każdy wyjmuje co tam jeszcze ma, mały przegląd zasobów, jakoś nikomu nie chce się gotować, przejmuję więc rolę kucharza, ale w zamian pozostali mają myć rano gary – OK. Jest tylko kilka momentów w moim życiu, gdy jedzenie mi tak wybitnie smakowało w Górach: - kiedyś, za młodych lat, w Bieszczadach – dżem pomarańczowy z suchym chlebem (jak się okazało następnego dnia, dżem był ohydny! - jednak po całym dniu chodzenia smakował niebiańsko) – i właśnie teraz w tej zagubionej w Górach, rozświetlanej błyskawicami, chacie. Byliśmy tak głodni, że pewnie smakowałoby nam wszystko, co gorące i dałoby się przełknąć.. a może to jednak ten kunszt kulinarny? :). Ciągle leje, a my zasypiamy w nadziei, że rano będziemy mogli dojść do wioski.

 

 


Za nami Sywula.. czyli blisko głównego celu wyprawy

       9 lipca - wtorek
  
 

       Rano rzeczywiście nie pada, ale wszystko jest niemiłosiernie mokre. Wysoka, mokra trawa, przez którą musimy przejść, po kilku minutach powoduje, że jesteśmy kompletnie przemoczeni. Moje buty – niby z porządnej  firmy „Skarpy”, a zachowują się jak gąbka, zupełnie nie zdały egzaminu w tych Górach. Na stopach mam liczne otarcia, rozerwane pęcherze po odciskach na piętach i palcach, w ogóle mam właściwie odparzone stopy od ciągłej wilgoci. W domu wiele tygodni upłynęło zanim doprowadziłem stopy do „normalności”. Wszyscy jesteśmy podrapani, przesiąknięci dymem z ognisk, i chyba zmęczeni wędrówką. Musimy jednak pokonać jeszcze 12  km, najpierw pozostałościami po torach wąskotorówki, później leśną drogą, w końcu jakaś droga szutrowa i w końcu dochodzimy do Osmołody. Niestety, do autobusu mamy dużo czasu, a przecież przed nami jeszcze długa droga. Dogadujemy się z młodym gościem, że zawiezie nas na dworzec kolejowy do Stanisławowa (I-F), to od 60 km i chce za to 100 hr. Idziemy na to. Zastanawiamy się jakim autem będziemy jechać, jest nas 4 ale z plecakami. W końcu podjeżdża stary eskord i ładujemy się jakoś do środka. W Stanisławowie dworzec kolejowy i autobusowy są koło siebie, i bardzo dobrze, bo akurat nie ma żadnego pociągu do Lwowa, ale jest autobus. Na naszą czwórkę, plus plecaki kupujemy bilet, ale nie taki byle jaki! – ten ma chyba z 2 m długości! taśma jak karnawałowa serpentyna. Do autobusu pcha się kupa ludzi z tobołami jak na tira, oj nie jest dobrze, ale kierowca widząc nas, wyrzuca wielgaśne torby z bagażnika i ładuje nasze, jakieś lamenty i krzyki, ale my już sadowimy się na fotelach i po chwili ruszamy. Jest strasznie duszno, autobus załadowany po dach, ale żadne okno nie jest otwarte! ze sporym wysiłkiem odsuwam małe górne okienko, czuję powiew świeżego powietrza, uff.. ale radość nie trwa długo! Łups! okienko już zamknięte! środek dnia, środek lata, upał, ale Ukraińcowi jest zimno! Przekonałem się wielokrotnie, że oni nie lubią otwartych okien! Czy to pociąg, czy autobus, można skisnąć ze smrodu, utopić się we własnym pocie, ale okna nie można otworzyć! Zabawa z okienkiem w autobusie trwała przez całą drogę, co ja otworzyłem i przysnąłem na chwilkę, zaraz jakaś tubylcza ręka zamykała je z rozmachem.. a niech mu tam! takie widać tu zwyczaje.
Lądujemy w końcu w Lwowie, mamy już dość podróży i pragniemy jak najszybciej być już w Polsce. W kieszeni jeszcze sporo niewykorzystanych hrywien, a co będziemy sobie żałować! jedziemy taksówką na granicę do Medyki! Granicę przechodzimy bez problemów, musimy jednak zapłacić 1 zł lub 1 hrywnę za przejście, płacę hrywnę, jeszcze pytają mnie czy przewożę broń lub narkotyki, zaprzeczam – a co się będę przyznawał?! jeszcze pytanie gdzie byliśmy – mówię że w Gorganach – u nas nie ma takich Gór - odpowiadają, chyba w Czarnohorze? OK, niech im będzie, że w Czarnohorze, jeszcze kilka kroków.. i Polska. Bus do Przemyśla.. i kolejne pożegnanie z świetnymi ludźmi Gór.. 
         Jesienią rzeczywiście spotkaliśmy się wszyscy prawie (nie było Pawła, Andrzeja i Reginalda) u Kasi w bacówce w Łapszach Niżnych.. było co wspominać przy oglądaniu zdjęć, gitarze, ognisku i małym conieco w kubkach..
.
 

   
relacja z wyprawy w Gorgany