Gorgany 2006
    
(zapraszam też do zdjęć dostępnych w Galerii - niektóre są autorstwa Jarka -  dzięki:)

 

   

         Po przepięknych, ale surowych krajobrazach Gór Skandynawskich,  w których byłem rok wcześniej, znów zatęskniłem za bezkresną, zieloną przestrzenią Karpat Wschodnich, za połoninami pełnymi kolorowych kwiatów, śpiewem ptaków i cykaniem świerszczy… i w końcu - za niewysokimi cenami w sklepach :)
 Zauroczony dzikością i pięknem Gorganów, w których byłem w 2001 r., postanowiłem namówić znajomych na wyprawę w nieznane mi jeszcze partie tych Gór na Ukrainie. Umieściłem też ogłoszenie w necie, że chętni mogą się dołączyć, z doświadczenia wiedziałem, że w ten sposób można „zmontować” świetną ekipę – i nie zawiodłem się też i tym razem!

   

14 lipca (piątek)

      Z trudem znajdujemy miejsca w pociągu Wrocław – Przemyśl, chociaż przecież wsiadamy w 6 osób we Wrocławiu, przed nami cała noc jazdy, a wagon jak w przewozach podmiejskich, bez przedziałów i zapchany dokładnie.. ale humory dopisują – przed nami w końcu prawie 2 tygodnie Gór! Po drodze (a może raczej – po torach? czy stacjach?) dosiadają się pozostali członkowie naszej wyprawy.

   

15 lipca (sobota)

      W Przemyślu wysiadamy ok. 7 rano, jest już prawie cała grupa, brakuje tylko Jarka, który po godzinie znajduje nas na dworcu PKS, w pobliżu którego dokonujemy ostatnich zakupów i wymieniamy w kantorze złotówki na hrywny.
           Nasza grupa liczy 12 osób. Pakujemy się z naszymi wielkimi plecakami (+ gitara:) do busa i  jedziemy na granicę, którą dość sprawnie przekraczamy. Udało się nam trafić w odpowiednim momencie, bo za nami utworzyła się już pokaźna kolejka „mrówek”.
            Tym razem, nikt nie wymaga od nas ubezpieczenia na pobyt na Ukrainie, jak to do niedawna jeszcze bywało. Zaraz za granicą kilku gości oferuje nam transport do Lwowa, targuję się ostro, bo chcą po 20 hrywien od osoby, a „marszutka” kosztuje ok. 8. Narzekają jednak na wysokie ceny paliwa, że powyżej już 4 hrywien za litr.. – co okazuje się prawdą, chociaż przy kursie 60 gr. za 1 hrywnę, to i tak wychodzi 2,4 zł za litr.. a u nas 4,3 zł.. no ale ich zarobki też mocno odstają od naszych, a ceny żywności i innych artykułów nie są wiele niższe niż u nas..
            Ustalamy ostatecznie 15 hrywien od osoby i dość zrujnowanym busem jedziemy do Lwowa. Wysiadamy na dworcu głównym, kupujemy bilety na najtańszą klasę pociągu do Tatarowa (kierunek Lwów – Rachów) na godz. 15:25 – tu pomocna jest zbiorowa lista naszej grupy, nie trzeba pokazywać wszystkich paszportów, ale i tak dyktuję nazwiska kasjerce, bo ma problemy przekształcić nasze nazwiska z łacińskiego na cyrylicę, wcześniej przestawiamy nasze zegarki o godzinę do przodu.
            Mamy ok. 2 godz. na zakupy, bo później może nie byś już takiej możliwości przed wyjściem w Góry. Zaopatrujemy się więc w kilka bochenków chleba itp. tak, aby starczyło na 3-4 dni z dala od sklepu. Nasze plecaki osiągają docelowy ciężar :(.
            Zbliża się godzina odjazdu naszego pociągu, idziemy więc na peron i pakujemy do naszego wagonu (na imiennych biletach jest napisany nr wagonu, a w „plackartach” dodatkowo nr miejsca), okazuje się, że jest tak niewielu pasażerów, że możemy położyć się jak w plackartach i dość wygodnie dojeżdżamy o  godz. 22 na miejsce, czyli do Tatarowa.
Góry, niestety, witają nas siąpiącym deszczem. Wysiadamy na zaniedbanej stacji i idziemy wzdłuż torów w kierunku wiaduktu, przechodzimy tory i kierujemy się wzdłuż głównej drogi na zachód (kierunek: Polanica Popowiczowska). Pomimo, że jest już po 22, mijamy po drodze otwarty sklep, nie zatrzymujemy się jednak, chcemy w miarę szybko znaleźć dogodne miejsce na rozbicie namiotów. Deszcz przestaje padać, a my, ok. 2 km za wsią, znajdujemy już po ciemku, polanę pomiędzy drogą a stromym zalesionym stokiem, nad małym strumyczkiem. Naprzeciw nas, po drugiej stronie drogi, jest zadbany cmentarz żołnierzy węgierskich z okresu I wojny światowej.
            Rozbijamy namioty i nareszcie, po ponad 30 godzinnej podróży, możemy odpocząć w namiotach.

 


Za chwilę wsiadamy do pociągu do Tatarowa


Jedziemy do Tatarowa, komfortowo

Pierwszy obóz; w tle widać cmentarz

16 lipca (niedziela)

         To miał być dzień wymarszu w Góry. Niestety, budzi nas bębniący o tropiki namiotów deszcz.. na domiar złego, Darek zwija się z bólu i według wszelkich objawów cierpi na ostre zapalenie ucha środkowego. Wyszukujemy jakieś medykamenty, Bożena – lekarz stomatolog – ma na szczęście cud-antybiotyk, który po 3 dniach rzeczywiście poskutkował, ale chłopak przez ten czas się nacierpiał.. .
            Pada, przestaje, i znów pada… ale chmury i mgła zasłoniły wszystko, wiemy, że dziś zostajemy znów na noc. Wybieramy się więc do wsi do sklepu. Po drodze mijamy wypływający ze zbocza strumień – źródło właściwie - świetna woda do picia. Sklep zaopatrzony przyzwoicie, spory asortyment alkoholi, z czego skwapliwie korzystamy i zaopatrujemy się w kilka „książek”. W ciągu dnia jeszcze kilkakrotnie schodziło do sklepu wiele osób uzupełniając naszą bibliotekę.. jakoś się tak zrobiło nawet cieplej i weselej, wyjątkowo dobrze wchodziły te książki… Siedzimy przy ognisku, trochę rozmawiając, trochę śpiewając. Kuba i Ewa całkiem nieźle radzą sobie z gitarą, Robert okazuje się wybitnie uzdolnionym ogniomistrzem – rozpalał ognisko w każdych warunkach i to bez żadnej rozpałki!, a Kuba okazał się zdolnym uczniem i później też nieźle mu to szło, no może gdyby jeszcze nie to cięcie siekierą  po swojej nodze na końcu wyprawy ;)..
            Wieczór zastaje nas przy ognisku w dobrych, mimo wszystko nastrojach, pojawiły się gwiazdy na niebie – jutro idziemy w Góry!

 


Ewa z gitarą i %

Robert w swoim żywiole

Przy ognisku

17 lipca (poniedziałek)

            Nie idziemy w Góry, tylko znów do sklepu :(. Jeszcze jeden dzień takiej pogody i będziemy musieli utworzyć klub AA.. pogoda jeszcze gorsza niż wczoraj – wyjście byłoby bez sensu.
Pod wieczór jednak chmury zaczynają mieć nad nami litość, pojawia się nawet słońce! a w nas nadzieja. Przy wieczornym ognisku modyfikujemy nieco plan wędrówki – mamy 2 dni „do tyłu”. Martwimy się o chorego Darka – czy jutro zdoła iść w Góry, czy trzeba będzie z nim wracać? dla osłody jemy fantastycznie upieczone w popiele kartofle sponsorowane przez Ewę i Roberta.

 

 

18 lipca (wtorek)

         Wstaję dość wcześnie, ale aż chce się wstawać – świeci piękne słońce! ok. 7 zaczynam budzić towarzystwo, nawet nikt nie oponuje. Zaczynamy zwijanie obozu. Wszystko idzie dość sprawnie. Suszymy namioty, nieco przeszkadzają nam pasące się luzem krowy.. muszą być bardzo głodne, bo jedna zjadła Andrzejowi chleb, a druga.. Jarkową mydelniczkę z mydłem, przy czym Jarek nie potrafił sobie przypomnieć o jakim było to mydło smaku, ani nawet zapachu.. inna krowa zjadła woreczek foliowy – chyba nie będę pić ukraińskiego mleka..
            O 9:30 (nieźle – nie?) wychodzimy na drogę i zmierzamy na zach. w kierunku Polanicy. Po drodze, widzimy między drzewami szczyt Chomiaka. Wygląda imponująco, wysoki, z odsłoniętym, pełnym gorganu, wierzchołkiem szczytowym, poniżej którego widać pola gęstej kosówki (tutaj mówią na nią „alpejka”). Po niedługim czasie schodzimy na prawo od drogi i przygotowujemy się do wejście na szlak. W tym czasie podjeżdża łada i wypakowuje się z niej 7 osób z całkiem przyzwoitymi plecakami i psem. Jak się potem okazało, bardzo fajna ekipa Ukraińców, z którą się zaprzyjaźniliśmy. My ruszamy wcześniej, niestety już na starcie wybramy złą ścieżkę, należało wyprać tę bardziej z lewej, to spowodowało, że już na początku zaczynamy od ostrego podejścia, w dodatku między krzakami…  w końcu orientujemy się, że to nie ta ścieżka, pozostało nam albo się cofać, albo przedzierać się przez gąszcz i stromiznę we właściwym kierunku, oczywiście wybramy ten drugi wariant :), choć entuzjazmu w grupie nie było.. w końcu jednak przedzieramy się na udeptaną i właściwą ścieżkę, nawet na drzewach pojawiły się żółte znaki. Szlak jest stosunkowo dobrze opisany w przewodniku „Gorgany”. Idzie się dość łatwo, choć do pokonania jest spore przewyższenie prawie 1000 m. Pogoda przepiękna, a w miarę zdobywania wysokości coraz piękniejsze widoki. Idziemy spokojnym tempem, nasze plecaki są wypełnione po brzegi, łapiemy więc kondycję po 2 dniach leserstwa.
Przed godziną 15 zatrzymujemy się w końcu na przełęczy pod Chomiakiem. Pod opieką kilku osób zostawiamy plecaki i na lekko idziemy na szczyt. Po drodze mijamy odpoczywającą grupę Węgrów pod wodzą przewodnika, zamieniamy kilka słów i dość szybko zdobywamy wierzchołek (1542 m npm.), zachwycamy się rozległą panoramą. Ze szczytu widać najwyższe pasmo Ukrainy – Czarnohorę z dominującą Howerlą i Pietrasem, rozległe połoniny Świdowca, pasmo Połoniny Czarnej, dalej Sywulę i najbliższy Syniak, a za nim piękną, ostrą grań Doboszanki… i tak dookoła.. Góry, Góry.. ale żeby nie było tak romantycznie to na szczycie Chomiaka co robią?? ano jest tu wielki plac budowlany, a z niego wyłania się olbrzymi pomnik.. leniwie pracujący robotnicy informują nas, że ma tu być kapliczka? Matki Bożej.. nie razi to moich uczuć religijnych, ale estetycznych to i owszem, nawet bardzo! a taki piękny szczyt to był kiedyś, a Góry dzikie.. . Faceci na szczycie są dość drażliwi, nic dziwnego siedzą tu wiele dni bez schodzenia na dół i budują, a materiały dostarcza im helikopter, pożądliwie patrzą na nasze dziewczyny i teksty zaczynają się robić dość jednoznaczne. Bożena zachwyca się jednak ich złotymi zębami, ja tego tak bardzo nie zauważyłem, ale wiadomo – co fachowiec to fachowiec. Bożena stwierdziła, że z ust biło im wyjątkowe bogactwo.. nawet robię im zdjęcie, tzn. robotnikom w czasie ich pracy przy kamiennej podstawie pomnika.
            Schodzimy w szybkim tempie na przełęcz, zarzucamy kochane plecaki i idziemy na malowniczą Połoninę Chomiaków, po drodze uzupełniamy zapasy wody, każdy nabiera ile może, bo wiemy, że do następnego źródła jest bardzo daleko, a słoneczko sobie grzeje.
            Na połoninie mamy piękne widoki na najbliższe i dalsze szczyty,  a dodatkową atrakcją jest pasące się tutaj stado pięknych koni (znaleziona przez Malikę podkowa wisi sobie teraz na ścianie w przedpokoju :). Mijamy też wspomnianą wcześniej, spotkaną na samym dole, przed wejściem na szlak, grupę Ukraińców. Teraz żmudne podejście na Syniaka, tym razem z plecakami. Po przejściu lasu zaczyna się gorgan, ale i widoki.. i to jest w tych Górach chyba najpiękniejsze, rozległe widoki, choć lepiej się zatrzymać, żeby się nimi zachwycać, bo gorgan jest niebezpieczny, łatwo o potknięcie się, no i nogi męczą się tym niestabilnym podłożem. Kamienie są luźne, czasami wielkie, a czasami wielkości piargu, trzeba uważać!
            Ok. 19 (czas miejscowy) zatrzymujemy się na Syniaku (1665 m n.p.m.) – cóż za widoki!! fantastyczne!! wykonuję jakąś straszliwą ilość zdjęć.. . Sam szczyt jest dość płaski, pokryty gorganem i mchem. Andrzej N. (w naszej grupie jest 2 Andrzejów) rzuca propozycję, żeby tu przenocować.. mamy ze sobą spory zapas wody, a do innego dogodnego miejsca na obóz może być jeszcze z dobre 2 – 3 godziny marszu. Propozycja bardzo nam się podoba, zachód, a może i wschód słońca w takim miejscu – rewelacja! Zostajemy. W międzyczasie mijają nas znów znajomi Ukraińcy. Rozbijamy namioty, choć wbicie szpilek stanowi nielada problem. Kuba zajmuje się ogniskiem, my posiłkiem, a słońce zaczyna chować się za Sywulę, przybierając kolor czerwieni.. dobrze, że cyfrówka jest tak pojemna i można pstrykać bez opamiętania.. Jarek też szaleje ze swoim aparatem, robi się coraz ciemniej.. a my przy ognisku i gitarze rozśpiewani na szczycie Gorganów, Gór, które kiedyś, przed II wojną światową, należały do Polski. Nasi poeci pisali o nich wiersze.. ech.. dobrze, że chociaż można teraz bez przeszkód tu przyjechać, choć żal, że tyle w tych Górach śmieci i niedbalstwa..
            Noc jest dość chłodna, ale dzięki temu…

 


Chomiak z szosy za Tatarowem


W drodze na Chomiaka


Na Chomiaku


Ekipa budowlana na szczycie Chomiaka


Na Poł. Chomiaków - za nami Syniak


Zachód słońca na Syniaku

19 lipca (środa)

    ...budzę się przed wschodem słońca. Poprzedniego dnia kilka osób było chętnych na wschód słońca, ale na moje budzenie reaguje tylko Jarek. Przed nami niebo w porannych zorzach w kolorach, których nazw chyba nawet nie znam.. i ta cisza (tylko trochę zmącona chrapaniem Andrzeja N., no ale on to potrafi chrapać!). Robi się coraz jaśniej, choć słońca jeszcze nie widać. Niepokój, czy słońca nie przysłonią chmury, lub niskie mgły co w dolinach zaległy.. ale nie – pojawia się brzeg świetlistej tarczy, coraz większy, krąglejszy.. i świat jaśnieje i nabiera radości.. jakże inne kolory mają teraz szczyty oświetlone wschodzącym słońcem, warto było zostać tu na noc! Przy powianiu słońca towarzyszy nam jeszcze Andrzej, tak rozbił namiot, że nawet nie musi z niego wychodzić, ogląda spektakl wschodu wystawiając tylko głowę z namiotu.
            Zwijamy obóz i o 9:30 wychodzimy w trasę. Wokół nas morze gór.. a my kierujemy się na ostry szczyt Małego Gorganu (1592), na którym stajemy po 1,20 h marszu (dokładnie tak jak w przewodniku). Doskonale widać stąd niedaleki i wyniosły szczyt Doboszanki, a za nią najwyższe partie Gorganów z Sywulą i Łopuszną i wiele, wiele innych w dali szczytów..
            Teraz czeka nas ostre zejście w dół do doliny Zubrynki. Jest to najtrudniejszy odcinek naszego szlaku. Najpierw stromy gorgan, później gliniasty, śliski stromy stok, powalone drzewa w lesie.. cały czas drżę o przytroczoną do plecaka gitarę i to w dodatku nie moją! mi się jakoś udaje dobrnąć do względnie bezpiecznego miejsca przy pasterskiej szopie bez upadku, ale kilkoro z nas zaliczyło bolesne wywrotki. Odpoczywamy po 2 godzinach walki na stoku, przy pasterskiej opuszczonej zagrodzie. Chłodzimy się w strumieniu i robimy posiłek. Nie spieszymy się zbytnio, chcemy dziś dojść tylko pod Doboszankę, więc trasa nie wydaje się być zbyt długa. Słoneczko pięknie przygrzewa.. żeby jeszcze nie te meszki! te małe stwory dały nam w kość! żarły nas bez opamiętania, uprzykrzały każdą chwilę odpoczynku, wciskały się w każdy zakamarek odsłoniętej części ciała. Każdego dnia przybywało nam bolesnych śladów po ich żarłocznej uczcie, szczególnie na naszych nogach, doprowadzały nas do szału.. no cóż nie może być nigdy zbyt pięknie..
            Dość tej sjesty! schodzimy dalej. Po chwili szlak prowadzi strumieniem. Kamienie są bardzo śliskie, a my częściowo idziemy korytem strumienia, a częściowo tuż obok niego, wielokrotnie przechodząc z jednego brzegu na drugi. Co za szczęście, że mamy kijki trekingowe! znacznie ułatwiają utrzymywanie równowagi w tak trudnym terenie. Zresztą, aż trudno mi sobie wyobrazić wędrówkę po tych Górach bez kijków! co prawda czasami przeszkadzały, np., w kosówce, czy w momentach gdy klinowały się pomiędzy kamieniami, ale to nieznaczne mankamenty tylko, w porównaniu z korzyściami. Zdecydowanie polecam chodzenie z kijkami! Niestety, nawet kijki czasami nie uchronią przed bolesnym upadkiem, właśnie taki upadek zalicza Bożena i skarży się na ból w kolenie. Robi użytek z usztywniacza i jakoś idzie dalej.
            Ok. 14:30 dochodzimy wreszcie do drogi, forsując wcześniej „mostek” z bali nad rwącą Zubrynką. Tutaj spotykamy grupę młodych ludzi z Polski. Jak się później okazało szli z księdzem, który ma swoją parafię w Kamieńcu Podolskim. Raczej przypadkowo trafili w te Góry, co dało się natychmiast zauważyć po ich ubraniu i ekwipunku. Okazali się jednak sympatyczni i towarzyszyli nam przez ten i następny dzień, twierdząc, że będą się czuli z nami bezpieczniej, a przynajmniej się nie pogubią :).
            Ruszamy w górę strumienia Zubrynki wyraźną drogą. Znów mija nas znajoma grupa Ukraińców, jak się później okazało, pobłądzili gdzieś przy zejściu z Małego Gorganu.
Krótko przed godz. 18 dochodzimy na Połoninę Niżną, ale tu nad strumieniem są już rozbite obce namioty, idziemy więc dalej. Przechodzimy mały mostek nad Zubrynką i wchodzimy na stromy zalesiony stok. Po kilkunastu minutach podejścia mijamy źródło, a dalej na malowniczej, rozległej polanie, rozbijamy namioty. Niedaleko pasie się stado koni, szkoda, że nie mamy kilku koni do niesienia chociażby naszych plecaków.. choć na stromy gorgan raczej przydałyby się chyba lamy..
Niebo zaczyna straszyć nas ciemnymi chmurami i pomrukami, ale obywa się tylko na strachu, natomiast meszki zaczynają swój zmasowany atak. Wieczór spędzamy przy ognisku… gitara, dziewczyny i śpiew.. i ksiądz.. :) - przy okazji - pozdrawiam serdecznie.

                                       
Obóz pod Doboszanką                        Wspólne ognisko z miłymi gośćmi

 

 


Wschód słońca na Syniaku

Obóz na Syniaku wczesnym rankiem

Doboszanka w wschodzącym słońcu

Czarnohora w promieniach wschodzącego słońca

Schodzimy z Syniaka

W dolinie Zubrynki


Doboszanka z zejścia z Małego Gorganu
 

20 lipca (czwartek)

     Słońce szybko osusza nasze namioty i już o 9 ruszamy ostro pod górę. Po godzinie wychodzimy na piękną polanę, z której roztacza się przecudny widok. Na wchodzie Mały Gorgan i Syniak, na południu Czarnohora, Świdowiec, Połonina Czarna.. a przed nami olbrzymi, stromy stok gorganu Doboszanki. Na tle tego rumowiska kamieni widzimy trzy małe punkciki – to Ewa, Robert i Krzysiek – pognali daleko do przodu, i tak będzie już zawsze prawie.. lubią szybkie tempo. Za chwilę i my tam się pojawiamy idąc wcześniej przez przepiękną, pachnącą i ukwieconą polanę. Wchodzimy na stromy gorgan i teraz już tylko w górę, aż na samą grań Doboszanki z coraz rozleglejszymi widokami dookoła. Na grani stajemy ok. 11 godziny, a na najwyższym szczycie (Miedwieżyk 1736 m n.p.m.) ok.  2 godziny później. Z grani rozpościera się niezapomniany widok… ale to trzeba zobaczyć! znów pstrykam bez opamiętania spustem migawki w aparacie.
       Widoki zapierają dech w piersiach.. nie chce się schodzić, tym bardziej, że zejście zapowiada się dłuuugie. Tak jest w istocie. Nie ma problemu z kosówką, jest pięknie wycięta, więc idzie się spokojnie, trzeba tylko dobrze wybierać spośród wielu ścieżek prowadzących w dół, jak się okazało nasza grupa rozbiła się na 3 małe grupki i straciliśmy ze sobą kontakt,  każda schodziła trochę inaczej, ale cel jeden – zejście do Rafajłowej czyli Bystricy. Nasz szlak, po wejściu w las, prowadzi początkowo wyraźną ścieżką, później leśną drogą, z której jednak odbijamy w prawo i schodzimy stromą, zarośniętą ścieżką, przedzierając się czasami przez krzaki. Dochodzimy w końcu do strumienia, wzdłuż którego idziemy dalej w dół, teren jest podmokły i trzeba uważać, żeby nie „utopić” się w błocie, choć niektórzy mimo tego wyglądają, delikatnie mówiąc, nieszczególnie. Dochodzimy do miejsca, gdzie nie ma innego wyjścia, jak tylko sforsować spory strumień, szukamy brodu, ale i tak trzeba zdjąć buty, bo poziom wody jest wysoki. Przeprawiamy się na drugi brzeg i wychodzimy na wyraźną drogę, która wyprowadza nas na początek Rafajłowej. Siłą rzeczy na myśl przychodzi historia tych ziem.. przed wojną była tu Polska, tu ginęli nasi żołnierze.. Z Rafajłowej wiedzie "Droga Legionów" na Przełęcz Legionów. Dobrze chociaż, że pozostały historyczne nazwy oraz wyraźne ślady w postaci pomników, krzyży, czy w końcu słupków granicznych. Opisałem to trochę dokładniej w relacji z wyprawy na Świdowiec i Połoninę Czarną. Warto jednak przypomnieć, że w Rafajłowej, koło starego, zrujnowanego kościoła, stoi pomnik ku czci poległych tu legionistów.
            Zmęczenie daje się nam już dobrze we znaki, a przed nami jeszcze monotonia długiej, bo z 6 km, drogi do centrum wsi. Na szczęście na początku Rafajłowej mijamy sklep, a przy nim zastajemy pozostałych członków naszej grupy. Kupujemy trochę słodyczy, jakieś piwo, które pomimo plastykowej butelki, smakuje wyjątkowo wyśmienicie.. i po chwili wypoczynku człapiemy dalej. Obiecałem grupie, że jest możliwość kupienia niedrogiego obiadu w hotelu turystycznym, a być może i niedrogiego noclegu, podobnie jak  3 lata temu, gdy tu byłem. Jest tu także dobrze zaopatrzony sklep. Pełni nadziei dochodzimy w końcu ok. 20:30 do hotelu. Przenocować można, ale cena jest słona – po 40 hrywien i na nic nasze targi. Trudno, zamawiamy jednak obiad – każdy wybiera sobie albo kurczaka, albo kotlet, albo pierogi. Entuzjazmu z naszego zamówienia nie ma – pani jest raczej rozdrażniona, że ktoś jej głowę zawraca – a przecież to jest 16 osób, które zapłacą za posiłek.. widać nie zależy im na tym.. Pani zakomunikowała nam, że przygotowanie posiłku potrwa dobrą godzinę, idziemy więc rozbić namioty nieopodal hotelu, przy brzydkim, zaniedbanym domu. Właścicielka jest życzliwą kobietą, ale może zaoferować nam tylko miejsce przy domu i trochę wody w dużej bańce do picia. Mycie w pobliskiej rzece, a kibelek.. szkoda nawet gadać!, jest – a jakże, byli nawet odważni, którzy tam weszli, nie wytrzymywali jednak długo, jedynie „na wdechu”.. , ja się jednak nie odważyłem.

            Dopiero ok. 23 obiad był gotowy, okazało się jeszcze, że zamiast  kotletów jest parówka na ciepło.. kurczak był zdecydowanie lepszy. Siedzimy w hotelu do północy, popijamy piwo i kwas chlebowy – bardzo dobry, szczególnie gdy jest zimny i chce się pić. Zmęczeni długim dniem, z obolałymi nogami, idziemy w końcu spać do naszych namiotów.

 

 


Po gorganie na Doboszankę

Wspinaczka po gorganie

na grani

Na Doboszance

widok z Doboszanki na Pd-Zach.

zejście z Doboszanki

w kosówce

strumień w bród

21 lipca (piątek)

           Piękna pogoda zachęca do wstawania. Kąpiel w rzece i czas na „rozpustne” śniadanie – sklep tuż obok, więc robimy sobie prawdziwą ucztę: jajka na półtwardo z majonezem, a chleb z pomidorem.. pycha.
            Zaplanowana trasa na dziś to wejście doliną potoku Salatruk na polanę Ruszczyna. Liczę, że uda się złapać jakąś okazję i przejechać część uciążliwej drogi. Tak też się dzieje. Właśnie wyszliśmy na drogę w kierunku doliny, gdy z jednego z podwórek wytacza się niby czołg, wielki, stary, trzyosiowy terenowy Ził. Pytamy kierowcę czy nas podwiezie – nie ma sprawy, jedzie aż do wodospadu, czyli do miejsca z którego mamy wejść w Góry. Jest godzina 10, więc szansa na zrobienie długiej trasy jest spora, może nawet na Borewkę? Ładujemy się na skrzynię, ale czekamy jeszcze na jakąś osobę, która ma jechać z kierowcą. Po pół godzinie ruszamy. Upał i duchota okrutna, coś się zbiera nad Górami.. . Rzuca nami niemiłosiernie po wyboistej drodze, ale cieszymy się, że nie musimy w tym upale wlec się z tymi ciężkimi worami. Nagle silnik ziła zakrztusił się i umilkł. Panienka z szoferki wysiadła z kanisterkiem i po chwili wróciła z pełnym wody ze strumienia. Kierowca otworzył maskę silnika, wlał wodę, odpalił maszynę i ruszyliśmy. Niedługo jednak, na kolejnej górce silnik znów zgasł. Wysiłki kierowcy na nic się nie zdały, a po kilku zakręceniach rozrusznikiem akumulator zdechł. Kilku z nas zeskoczyło z wysokiej paki, żeby pomóc. Najpierw w ruch poszła korba.. ale zakręcić korbą takiego smoka to nie takie proste, uszarpaliśmy się jak dzikie osły, pot zalewał oczy, a stary złom ani drgnął. No to na pych go! zapalił na wstecznym, wskakujemy na pakę zadowoleni z siebie, ale silnik znów zakrztusił się i zamilkł. Sytuacja taka powtórzyła się jeszcze z 5 razy, w pewnym momencie auto zjechało do takiej dziury, że nawet dziewczyny musiały pchać, ale w końcu udało się, choć byliśmy umordowani i upoceni setnie.. ech ruska motoryzacja.. .Dojechaliśmy. Kierowca nawet nic nie chciał za kurs, ale daliśmy my kilka hrywien na piwo chociaż. Niestety niebo zaciągnęło się ciężkimi chmurami i dało się słyszeć groźne pomrukiwanie burzy.

            Przed wyjściem w Góry schodzimy na pole namiotowe, na którym zwijają obóz nasi znajomi Ukraińcy. Tym razem rozmawiamy z nimi dłużej. Wczoraj zrobili niezłą trasę! dziś też zamierzają iść na Ruszczynę, ale w górę potoku Salatruk, my zaś chcemy wybrać ścieżkę na Pn w górę potoku Sałatruczil. Jeszcze idziemy zobaczyć wodospad, Robert i Andrzej biorą pod nim natrysk.. inni kąpią się w strumieniu. Ukraińcy wychodzą, a u nas są głosy żeby ty zostać, jest tak uroczo, a burza coraz bliżej.. jednak decydujemy się na dalszą wędrówkę. Niepotrzebnie schodzimy do koryta potoku, należało iść od razu wyraźną drogą powyżej pola namiotowego. Trochę kombinujemy po kamieniach, w końcu wychodzimy na wyraźną drogę i idziemy w górę potoku. Jesteśmy coraz wyżej, ale i burza zbliża się do nas nieuchronnie. Jeszcze mamy nadzieję, że może jednak przejdzie bokiem, ale zaczyna padać. W pewnym momencie mamy kłopot z wyborem drogi, strumień się rozdziela i drogi także, wybieramy tę na prawo – znów błąd, ale przekonamy się o tym dopiero później. Wchodzimy w stromy stok w zupełnie śladową ścieżkę, która później ginie w gęstwinie młodniaka i krzaków, przez które przedzieramy się w ulewnym deszczu. Stromo pięknie, no i zaczyna robić się mokro. Kombinujemy trochę jak iść, w końcu podchodzimy bardzo stromym, zalesionym zboczem, aby ok. godz.16, nareszcie stanąć na wyraźnym trawiastym trawersie – to nasza ścieżka! Nawet deszcz przestaje padać. Teraz kierujemy się w kierunku Pn-zach, wyraźną ścieżką i po jakimś czasie dochodzimy do ładnej, lecz strasznie zaśmieconej L polanki z urokliwym źródłem. Jest godzina  17:15. Tutaj robimy przerwę na gorącą herbatę i ruszamy dalej. W chwilę po tym wychodzimy na otwartą przestrzeń i stajemy w zachwycie nad roztaczającym się widokiem.. pełzające w dolinach mgły, wyłaniające się z nich bezkresne szczyty i zbocza Gór, a wszystko to skąpane w przebijających się przez chmury promieniach słońca.. a powyżej nas usypany z gorganu ,o zielonkawym odcieniu, szczyt Małej Sywuli. Znów w ruch idą aparaty fotograficzne. W chwilę później dochodzimy do, robiącego duże wrażenie, osuwiska odsłaniającego wewnętrzne warstwy skalne, a na prawo widać już rozległą polanę Ruszczyna (1465). Przechodzimy przez strumień i postanawiamy się rozbić. Jest godzina 19:15. Rozwieszamy przemoknięte rzeczy do wysuszenia i zaczyna się obozowa krzątanina.  Piękne miejsce, ale niestety meszki i komary zaczynają zmasowany atak – istny obłęd. Z Robertem idziemy zobaczyć, czy nasi znajomi Ukraińcy są też już na polanie. Okazało się, że rozbili namioty wyżej, tuż przy ruinach po Polskim schronisku. Obiecują przyjść do nas do ogniska wieczorem. Przychodzą. Siedzimy dość długo przy ognisku, jeden z Ukraińców wspaniale gra na gitarze, trochę śpiewamy po polsku, trochę po rosyjsku, trochę śpiewają nasi goście, trochę rozmawiamy.. a nad nami przecudne rozgwieżdżone niebo, ech powinny być jutro niesamowite widoki, gdyby jeszcze nie te meszki :(.

 


obóz w Rafajłowej

pomnik polskich Legionistów w Rafajłowej

nasz autostop

w dol. Salatruka

po burzy

"piekielne" urwisko

22 lipca (sobota)

           Przecudnie jest obudzić się w środku Gór, gdy grzeje pięknie słońce na błękicie nieba.. tak jest właśnie tego ranka.. suszymy namioty z porannej rosy, leniwie zwijamy obóz i ok. 9:30 wychodzimy w trasę. Szlak jest dobrze oznakowany czerwonymi znakami, ponoć przez polskich turystów, wygląda więc jak w polskich Górach. Zaczają otwierać się coraz rozleglejsze widoki.. pięknie jest, niestety pojawiają się też chmury i mgiełka, która nie wróży nic dobrego, a coraz większa duchota wskazuje, że coś się zmieni w pogodzie na pewno. Po ok. godzinie stajemy na Małej Sywuli (1819). Znajduje się tutaj brzydki, obskurny wręcz, betonowy słup, ale widoki są przecudne, szkoda tylko, że mgiełka ogranicza nieco rozległość panoramy.. . Po pół godzinie jesteśmy na Wielkiej Sywuli (1836) – to najwyższy szczyt Gorganów i jednocześnie najwyższy szczyt naszej wyprawy. Wznosimy więc toast, specjalnie na tę okazję przechowywaną przeze mnie w piersiówce, wódeczką wiśniową.. zjadamy jakieś smakołyki, robimy wspólne zdjęcia. Niestety sielskość odpoczynku nieco mąci ciemniejące  chmurne niebo. Zarzucamy plecaki i idziemy dalej, najpierw ostre zajście i znów podejście na Łopuszną (1694). Zastanawiam się jak wygląda dalsza część szlaku na przełęcz Borewka, kilka lat temu była to gęstwina kosówki, jeśli nic się nie zmieniło, to będzie niezła walka.. . Z naprzeciwka widzę zbliżającą się grupę turystów, są to Ukraińcy, ale od prowadzącego ich przewodnika dowiaduję się, że szlak jest wyznaczony do samej Osmołody, kosówka jest wycięta, więc do Połoniny Pohar, na której planujemy kolejny nocleg, dojdziemy bez większego kłopotu.
            Cieszy mnie to, ale jakiś smutek też we mnie, że oto dawna dzikość Gorganów zamienia się w cywilizowany i uczęszczany deptak niemal… - cóż, z roku na rok będzie tu na pewno ludzi coraz więcej i dzikość Gorganów odchodzi do wspomnień tylko, tak jak nasze Bieszczady - wygląda na to, że trzeba szukać innych Gór... .

        Na Łopusznej uwagę naszą zwracają dobrze zachowane okopy z okresu I wojny światowej i resztki kamiennych murów zakiś budowli, może bunkrów.. poniektórzy zabierają ze sobą na pamiątkę kawałki zardzewiałego drutu kolczastego. Tymczasem z dwóch stron dochodzą do nas groźne pomruki burzy, ciekawe czy zdążymy dojść na polanę i rozbić namioty? Zwiększamy nieco tempo marszu, ale przed nami jeszcze kilka wejść i zejść. Zaczyna się coraz głośniejsza kanonada nadchodzących dwóch burz, jedna nadciąga z Pd-zach., druga ze wschodu. Dobrze, że już jesteśmy poniżej głównej grani, schodzimy z Borewki, gdy dopada nas deszcz. Idziemy jednak dalej, wiemy że do celu jest niedaleko. Najgorsze jest jednak, gdy się idzie i myśli, że już jest blisko, idzie się i idzie, a celu ciągle nie ma.. nareszcie jednak dochodzimy. Nieco wcześniej mijamy strumyk, z którego będziemy później brać wodę. Deszcz przestaje padać, ale niebo jest granatowe, a grzmoty wcale nie milkną. Na Połoninie Pohar jest niestety spory tłok, duże obozowisko – jak się później okazało – Rosjan. Cofamy się więc nieco i rozbijamy na górce ponad Połoniną. Robimy to w ostatnim momencie. Dopiero teraz zaczyna się potężna ulewa, całkiem niedaleko trzaskają pioruny. Kapie nam woda w środku namiotu :(, ratujemy sytuację podstawiając kubki, a obiad gotujemy wewnątrz namiotu. Na szczęście deszcz przestaje padać wieczorem, znów więc możemy posiedzieć przy ognisku. „Nasi” Ukraińcy rozbijają się poniżej nas, na samej ścieżce.

 


Na Ruszczynie

Na tle W.Sywuli

Mała Sywula

Cała grupa na Wielkiej Sywuli

W okopach Łopusznej

Ihrowiec z grani Sywuli

23 lipca (niedziela)

            Mamy jednak szczęście do pogody, bo znów świeci słońce i możemy przed wyjściem wysuszyć mokre rzeczy. Poranny spokój Gór zakłócają jednak jakieś dzikie wrzaski z obozu Rosjan. Trwa to dobre pół godziny, zaciekawiony zaglądam co się tam dzieje – wygląda na to, że to jakaś sekta! widzę jak rytmicznie podskakują wyjąc jak pawiany doprowadzając się do jakiegoś transu, ech szkoda tych Gór.. ponoć nawet latali na golasa – tak nam mówili nasi Ukraińcy.
      Dziś chcemy tylko zejść do Osmołody, można iść trawersem i schodzić bezpośrednio, lub iść wyznaczonym szlakiem przez szczyt Ihrowca i Wysokiej. Ja jestem zdecydowany iść górą, ze mną idzie większość męskiej ekipy, pozostali chcą iść dołem. Wychodzimy razem, licząc, że będzie widoczne rozwidlenie szlaku przy jakimś kopczyku – jak to jest opisane w przewodniku. Połonina zarośnięta jest wysoką trawą, łopianami i badziewstwem, nic ładnego, ale widoczki super! Pokazuję, co prawda słabo widoczną, ścieżkę odbijającą w lewo, że to pewnie ten trawers, ale ponieważ nie ma kopczyka, nie słuchają mnie i dalej idziemy razem.. i tak już szliśmy do końca dnia.. wszyscy przez Ikrowiec i Wysoką. Wyznaczony szlak omija te szczyty trawersem, więc wędrówka nie jest specjalnie uciążliwa, widoki są za to przecudne, szkoda, że  widoczność ograniczyły nam nieco mgły. Bardzo uciążliwa jest końcówka szlaku, bardzo strome i długie zejście do potoku Łomnica. Część trawersów ścinamy, ale na końcu nie ma takiej możliwości nawet. Ok. 16:30 spotykamy się wszyscy nad potokiem, część grupy pognała wcześniej ostro do przodu i teraz chwalą się, zebranymi w czasie oczekiwania na nas, pięknymi kurkami. Warto pamiętać, że przez cały odcinek szlaku nie ma wody, należy więc wziąć ze sobą spory zapas! Z rozkoszą zażywamy kąpieli w rwącym strumieniu, to w ramach odpoczynku i rekreacji.. w tym czasie dochodzą do nas „nasi” Ukraińcy – dziś będziemy mieli wspólny obóz na skraju Osmołody. Przechodzimy przez malowniczy wiszący most i dochodzimy do wioski. Wyszukujemy dogodne miejsce na rozbicie namiotów, ale nie na polu namiotowym, bo jest tam sporo ludzi, lecz przechodzimy przez most w kierunku wsi i wybieramy miejsce po lewej stronie drogi patrząc w kierunku wsi, tuż nad rzeką – jest ok. godz. 15 .
        Szybko rozbijamy namioty i idziemy do wsi na zakupy. Wprawdzie jest niedziela, ale liczymy na to, że jakiś sklep będzie jednak otwarty. I rzeczywiście – są nawet trzy, ale zaopatrzenie jest znacznie gorsze niż w Rafajłowej. Kupujemy jednak chleb, piwo, kwas chlebowy, jakieś słodycze, połówkę do czytania.. , a w drodze do namiotów mijamy punkt skupu borówek, i kupujemy od zgromadzonych tam ludzi 1,5 litra borówek. Będzie dziś rozpusta kulinarna :).

       Wieczorem wspólne ognisko z naszymi dobrymi znajomymi ze szlaku: wspólne śpiewanie i toasty, które niektórym mocno zaszumiały w głowie.. ale pięknie jest bardzo..

 

 


Na Poł. Pohar


Na tle Wysokiej


W drodze na Wysoką

Mostek nad Łomnicą
 

24 lipca (poniedziałek)

            Ranek jest piękny - słoneczny i upalny. Dziś wyjście zaplanowaliśmy dopiero na 11. Po wczorajszym ognisku to dobre rozwiązanie. Pławimy się w strumieniu i spokojnie szykujemy do wyjścia. Spoglądamy na widoczny w oddali  szczyt Grofy, pod którym chcemy rozbić dziś obóz. Dzisiejsza trasa nie powinna być zbyt długa, ponadto jeden z nas – Jarek, już szedł tą trasą 2 tygodnie wcześniej i wygląda na to, że nie powinno być kłopotów z wybraniem właściwego szlaku. Kłopoty jednak były, aczkolwiek niewielkie. Ruszamy na zachód drogą wzdłuż potoku Mołoda i nie było pewne kiedy mamy odbić w lewo na Pd – zach. Wybraliśmy dobrze, ale gdzieś po godzinie marszu Jarek wyraźnie zwątpił i atmosfera się trochę „zagęściła”. Zatrzymaliśmy się blisko składu drewna, zwożonego tu z okolicznych zalesionych zboczy gór. Robert dowiedział się od pracujących tu ludzi, że idziemy jednak dobrą drogą, co prawda dalsza część szlaku znacznie odbiegała od usłyszanego opisu, ale właściwie nie ma nawet specjalnie jak zabłądzić. Ścieżka wyraźnie prowadzi długi czas wzdłuż strumienia Kotelec, wspina się coraz bardziej stromo, dwukrotnie przekraczamy strumień po zdezelowanych mostkach. Pod koniec opuszczamy strumień, jest dość ostre podejście w lesie i w końcu, ok. 16:15 stajemy na skraju Połoniny Płyśćce, tuż obok źródła. Jest tu też chata, prawdopodobnie w zamierzeniach budowniczych ma być to w przyszłości schronisko, tymczasem straszy swoim widokiem. Można jednak wejść do środka, a nawet przenocować na poddaszu, na co decyduje się Ewa, Robert, Darek, a później też Jarek. Pozostali rozbijają namioty blisko chaty, jednak nie jest łatwo znaleźć dogodne miejsce na tyle namiotów. Wyżej dogodnego miejsca jest znacznie więcej, ale tu mamy wodę i możliwość schronienia się razem w chacie, gdyby zaczęło padać, a to jest bardzo możliwe, bo chmury zbierają się ciemne i słychać jak grzmi.
            Zaczyna się zwyczajne życie obozowe: namioty, gotowanie.. gdy nagle zjawia się przy nas liczna grupa młodzieży Ukraińskiej. Jak zwykle, przychodzą w sandałkach, trampkach.. ale ci mają jeszcze dwa duże wiadra i wielki, wyjący radio-magnetofon. Prosimy o wyłączenie tegoż, są wyraźnie źli. Niechętnie spełniają naszą prośbę, pewnie liczyli, że to oni tu będą spać, a tym czasem zajęliśmy chatę i jej otoczenie. Z ociąganiem idą więc wyżej, znów włączając radio na cały regulator. Długo jeszcze w nocy będziemy słyszeć to wycie radia, a także podpite głosy wrzeszczących dzieciaków: „śmierć Lachom”.

            Wygląda, że burza powędrowała gdzieś na Pd – zach., a do zachodu słońca jest sporo czasu, decydujemy się więc z Andrzejem na wypad na Grofę. Idziemy na lekko w szybkim tempie i po 30 min. jesteśmy na szczycie (1748 m n.p.m.). Widoki są rewelacyjne, nawet pomimo mgiełki i ciemnych burzowych chmur w oddali. Najbardziej dokuczają meszki! Te malutkie muszki żrą bez opamiętania, doprowadzają niemal do szału! w te ostatnie dni były szczególnie dokuczliwe. Na szczycie spędzamy dwie godziny w oczekiwaniu na zachód słońca. Robimy sporo zdjęć i uciekamy w dół już w zapadającym mroku. Wieczorem zasiadamy przy ognisku wspólnie z naszymi ukraińskimi dobrymi znajomymi, którzy również niedaleko rozbili swoje namioty i tak jak my narzekają na głośne zachowanie młodych Ukraińców.

 


Obóz w Osmołodzie

Idziemy na Płyśćce

Na Pol. Płyśćce

 Kanusiaki z Pol. Płyśćce

Widok z Grofy

na Grofie

25 lipca (wtorek)

            Śpimy sobie smacznie w namiocie, gdy nagle budzi nas wyjące tuż obok radio z ukraińskim szlagierem typu disco-polo! to młodzież przyszła z radiem i wiadrami po wodę, a godzina jest 5 z minutami! Andrzej N. reaguje błyskawicznie i skutecznie, ale słownie tylko, młodzieniec wyłącza radio, ale po nabraniu wody i odejściu kilku kroków, znów słyszymy ryk ukraińskiego szlagieru. Zasypiamy jeszcze na chwilę i wstajemy ok. 7. Dziś mamy dzień na lekko, część z nas zostaje w „bazie”, część idzie na pobliską Grofę, a ja z czwórką męską idziemy na Popadię. Wychodzimy ok. 9. Bez ciężkich plecaków idzie się szybko i bardzo przyjemnie. Szlak jest wyraźny i bardzo widokowy, choć dość uciążliwy ze względu na wiele długich podejść i zejść. Pierwsze takie podejście jest na Parenki (1736). Pogoda jest doskonała i widoki rozpościerają się stąd wspaniałe, doskonale widać też szczyt Popadii. Kosówka na całym szlaku jest dokładnie wycięta, nic więc nie utrudnia specjalnie wędrówki. Na przełęczy pod Małą Popadią widzimy dwoje ludzi zwijających namiot. Okazuje się, że to starsze już trochę małżeństwo z Polski. Zamieniamy kilka zdań z sympatycznymi ludźmi, widać, że to doświadczeni turyści. Mężczyzna bardzo przypomina znanego Andrzeja Gwiazdę, ale jakoś tak głupio mi pytać. Dowiadujemy się, że oni też idą dziś na Popadię i dalej, dawną granicą polsko-czechosłowacką, w stronę Połoniny Czarnej. Mówimy więc sobie do zobaczenia, bo my będziemy wracać tę samą drogą, i w szybkim tempie wchodzimy na Małą Popadię (1598). Tu chwilka odpoczynku i jakiś batonik „na ząb”. Ciekawie i z zachwytem rozglądamy się dookoła, ale dłuższą kontemplację zostawiamy na Popadię.. i ruszamy wyraźną ścieżką w kierunku Popadii. Najpierw oczywiście zejście na przełęcz i już podejście po gorganie na szczyt. Przechodzimy przez wyraźne linie okopów – nie pierwsza to już pozostałość z okresu I wojny światowej. Ok 11:30 stajemy na Popadii. Jest tu pięknie zachowany słupek graniczny z jednej strony z godłem Czechosłowacji (lew w koronie) i Polski (orzeł w koronie). Już 5 lat temu dziwiłem się niezmiernie, że słupek ten przetrwał tyle lat, od 1920 roku – bo taka data jest na nim uwidoczniona. Jest to słupek nr 1 – od niego były numerowane następne, mniejsze słupki graniczne, a na Pantyrze jest podobnie okazały jak ten na Popadii (opis w wyprawie na Świdowiec i Połoninę Czarną).
            Widoki są rewelacyjne… wokół tylko Góry, Góry i Góry… ech, po tylu dniach, gdy to piszę, na samo wspomnienie serce i dusza rwą się w tamto miejsce…, ale żeby nie było nam za dobrze, to musimy odpierać zmasowany atak meszek.. co za potworne paskudztwa! ale żeby było z kolei bardziej uroczyście, to dobywam piersiówki z wyborną wiśniową (jeszcze z Polski) i wznosimy toast za Góry!.. a żeby jeszcze przyjemniej, to zostajemy poczęstowani przez Andrzeja doskonałym piwem.. i tak to delektujemy się widokami Gór po horyzont i piwem… o chwilo trwaj! Na myśl przychodzą obrazy sprzed 5 laty, gdy wszedłem tu z grupą wspaniałych ludzi. Wówczas szliśmy od zachodu, a później stoczyliśmy zażartą walkę z kosówką na stokach pobliskiego Koretwina i Pietrasa.. teraz wygląda na to, że Gorgany znacznie straciły już na swej dzikości i niedostępności… .
            Siedzimy długą chwilę na szczycie, gotujemy herbatę i szykujemy kanapki, ale czas na powrót, wybieramy tę samą drogę. Idziemy w dość szybkim tempie. Na podejściu na Małą Popadię ponownie spotykamy parę starszych ludzi, rozmawiamy chwilę, i dowiadujemy się, że to rzeczywiście Gwiazdowie z Gdańska. (Po powrocie do Polski media podniosą wielką wrzawę, że Gwiazdowie zaginęli gdzieś na Ukaranie, nawet dzwoniłem w tej sprawie do radiowej Trójki uspakajając, że wcale nie zginęli, tylko spokojne sobie chodzą po Karpatach Wschodnich).
       Wracamy do obozu na Połoninę Płyśćce napawając się ciągle wspaniałymi widokami,  roztaczającymi się z grani, którą idziemy. Blisko góruje Grofa, na którą poszła druga grupa, widzimy nawet jak kilka osób właśnie wchodzi na szczyt. Do naszych namiotów docieramy tuż przed nagłą ulewą. Pada krótko, ale dość intensywnie. Meszki atakują wściekle..

      Wieczorem zasiadamy do ostatniego już ogniska. Dołączają do nas nasi znajomi Ukraińcy i tak na śpiewaniu, rozmowach mija wieczór i część nocy... późno kładziemy się spać.

 


Na Parenki - z Popadią w tle

Na Małej Popadii

Widok z Małej Popadii

Na Popadii

Widok z Popadii w kier Grofy

w kier. Sywuli

Spotkanie z Gwiazdami

Grofa z Parenki

Słupek na Popadii

Odpoczynek na Popadii Zmasowany atak meszek Ostatnie ognisko

26 lipca (środa)

          Rano budzi nas przepiękne słońce, ale nie ma rady – musimy się pakować i żegnać się z Górami. Autobus z Osmołody do Kałusza mamy o godz. 14 więc bez specjalnego pośpiechu schodzimy malowniczą doliną. W Osmołodzie rozkładamy się w tym samym miejscu nad rzeką, gdzie 2 dni wcześniej mieliśmy obóz. Gotujemy obiad i opalamy się rozciągnięci na karimatach w oczekiwaniu na godzinę odjazdu autobusu. W końcu idziemy na przystanek, z pewnym opóźnieniem podjeżdża stary, zdezelowany autobus – wygląda jakby nigdy nie był nowy.. ruszamy. Upał jak w piekle. Jedziemy po wybojach i dziurach, gdy w pewnym momencie pojazd nieruchomieje, a silnik gaśnie. Kierowca z pół godziny grzebie w silniku jakimś śrubokrętem i „cud techniki” rusza dalej! W Kałuszu żegnamy się z Jarkiem, który jedzie stąd bezpośrednim autobusem do Warszawy. My przesiadamy się na autobus do Stanisławowa (Iwano-Frankowska). Tu jedziemy trolejbusem na dworzec kolejowy, gdzie w przechowalni zostawiamy plecaki i ruszamy na miasto, które 3 lata wcześniej zrobiło na nas całkiem miłe wrażenie – teraz jakoś mniej, ale nie było tak źle.
W drodze do rynku przechodzimy przez barwny i zatłoczony bazar. Naszym marzeniem od kilku dni był wielki arbuz.. teraz więc z radością każemy sobie pokroić olbrzymiego arbuza i zjadamy na poczekaniu ociekając sokiem..
Na rynku zasiadamy na kilka godzin w pizzerii, gdzie delektujemy się chłodnym piwem, pysznymi, świeżo upieczonymi, paluchami z makiem, i pizzą.. Przed północą wracamy na dworzec i tu robi się trochę nerwowo, powstaje spore zamieszanie przy kupnie biletów do Lwowa.

 


Bazar w Stanisławowie
 

27 lipca (czwartek)

          Okazało się, że są dwa pociągi do Lwowa, ale ku mojemu zaskoczeniu, pociąg, który odjeżdża o pół godziny wcześniej, do Lwowa przyjeżdża aż o 4 godziny później! Przemilczę lepiej fakt, jak to musieliśmy oddawać bilety, i kupować ponownie.. pomijając ten incydent i to, że konduktor źle nas poinformował, co do godziny przyjazdu do Lwowa, podróż minęła dość wygodnie w wagonie plackartnym. Prawie wszyscy spali, tylko Robert i Andrzej skutecznie rywalizowali z Ukraińcami w opróżnianiu butelek z samogonem.. no ale dzięki temu nie przespaliśmy Lwowa! Budzimy się poderwani ich krzykiem, że to już Lwów! wyskakujemy z wagonu na wpół zaspani i byle jak spakowani.. jest godz. 3:30. Idziemy do parku koło dworca, zajmujemy wolną ławkę (wcale nie jest to takie łatwe, na większości z nich śpią ludzie, a brud wokół niesamowity!). Próbuję znaleźć jakiegoś busa na granicę do Szagini. W końcu dogadujemy się z jednym kierowcą i już ok. 5:30 rano jesteśmy na granicy. Mamy nadzieję, że o tak wczesnej godzinie nie będzie dużej kolejki, ale prawda jest okrutna! Setki ludzi oczekuje na przejście, nawet nie ma co marzyć, żeby udało się to w ciągu 3 godzin, nie ma też mowy o wejściu bez kolejki, pomimo, że próbujemy dogadać się z Ukraińskimi pogranicznikami. Ludzie stoją w grupkach po kilkadziesiąt osób na alejce do przejścia, a my zdesperowani pchamy się na sam początek. Za nami wrzask i wyzwiska! ale nie zważamy na to – właściwie prawie wszyscy w tłumnej kolejce to przemytnicy, obklejeni papierosami i wódką, a my mamy za sobą już 24 godziny podróży, a przed nami jeszcze z 12. Idziemy więc twardo, aż zatrzymujemy się przed budą celników Ukraińskich. Tu czekamy z pół godziny i wreszcie przechodzimy na stronę Polską – uff! teraz do busa i w kilkanaście minut jesteśmy w Przemyślu – zarabiamy jeszcze godzinę, bo znów musimy przestawić zegarki, ale tym razem cofamy wskazówki. W Przemyślu wsiadamy już w różne pociągi, choć większość z nas jedzie pociągiem relacji Przemyśl – Szczecin.
            To był piękny czas w Górach spędzony z świetnymi ludźmi! Zostaje nadzieja, że jeszcze nie raz spotkamy się na wspólnych górskich eskapadach

 

 

   

   W czasie planowania i pobytu w Gorganach korzystałem z:
 - reprintów polskich map WIG-ówek. Mikuliczyn, Rafajłowa, Porochy
 - mapa ukraińska Centralne Gorgany 1: 50 000.  Kijów 2003.,
- mapa - Karpaty Wschodnie 2. 1:300 000
- przewodnik Księgarni Podróżniczej Bezdroża - Góry Ukrainy z plecakiem. Gorgany. K. Bzowski, E. Malewska-Kłusek
- przewodnik - Ukraińskie Beskidy Wschodnie tom 2. J. Gudowski

   

relacja z wyprawy w Gorgany, trekking w Gorganach, opis wyprawy w Gorgany