Góry Marmaroskie i Czarnohora rok 2002
     (wszystkie zdjęcia dostępne są w Galerii - większość jest autorstwa Staszka W. - dzięki Staszek:), kilka Macieja G.-też dzięki:)

   

       Zgodnie z daną sobie rok wcześniej wzajemnie obietnicą, że musimy z bliska zobaczyć Góry widziane z Gorganów – jedziemy w Czarnohorę!
       Ekipa częściowo podobna. Ma nas być w sumie 10 osób. Plan jest, jak zwykle ambitny. Chcemy zacząć od miejscowości Bogdan, wejść na Popa Iwana Marmaroskiego (jeśli to tylko będzie możliwe – bo z informacji w necie wynika, że pogranicznicy nie pozwalają), przejść granicą Ukraińsko- Rumuńską w Czarnohorę, przejść w masyw Świdowca, zdobyć Bliźnicę, wejść w masyw Połoniny Czarnej i zakończyć w Jasini lub Rafajłowej. Oczywiście z góry zakładamy, że nie jest tak bardzo istotne, dokąd rzeczywiście dojdziemy, zależy nam głównie na przejściu Czarnohory

   

    8-07 poniedziałek 
       
Wszyscy spotykamy się w poniedziałek rano w Przemyślu, oprócz Piotra, który ma czekać na nas już we Lwowie.
         Wsiadamy więc na dworcu autobusowym do autobusu do Lwowa i jedziemy. Na granicy wykłócamy się o ubezpieczenie, nie chcą respektować naszych polskich polis, tylko każą wykupić ichniejsze – w końcu deklarujemy wyjazd na 3 dni i płacimy po kilka hrywien, ale i tak swoje musimy odstać – chyba z godzinę. Po przejechaniu granicy, wydaje się, że już spokojnie dojedziemy do Lwowa, niestety – nasz autobus dni swojej świetności ma już dawno za sobą, kierowca co chwilę się zatrzymuje, coś tam grzebie we flakach komory silnika, ruszamy i po jakimś czasie stajemy na dobre. Fatalnie! co prawda do odjazdu pociągu z Lwowa mamy spory zapas, ale kurczy się on niemiłosiernie, a biedny Piotrek już niecierpliwie czeka na nas na dworcu we Lwowie, opróżniając kolejne butelki piwa. W końcu jednak jakoś dojeżdżamy do dworca autobusowego, skąd dalej jedziemy trolejbusem na kolejowy – uff.. udało się zdążyć i nawet bez większych przeszkód kupić bilety na najbliższy pociąg do Rachowa. Nie mamy za wiele czasu już na cokolwiek, przy dworcu wymieniamy dolary na hrywny i pędzimy na peron. Bilety mamy wykupione na najpodlejszą klasę, siedzenia są tu mistrzowsko niewygodne, ergonomia to zupełnie nieznane tu pojęcie, jakiś palant wymyślił, żeby na oparciu siedzenia na wysokości środka kręgosłupa – na takiej wysokości kończy się oparcie – przymocować drewniana listwa, która wrzyna się w kręgi – nic to - jakoś wyszukujemy sobie miejsca, a po pewnym czasie możemy się nawet położyć, bo wagon pustoszeje. Po ok. 12 godz. lądujemy w Rachowie, jest prawie 3 w nocy. Zastanawiamy się czy uda nam się o tej porze znaleźć jakiś transport do Bogdana – to jednak ok. 12 km, no i ciemno, że w mordę dać. 
        Po kilku minutach udaje nam się dogadać z miejscowym gościem, chwilę czekamy i w końcu pakujemy się do małego busa. Nasza dziesiątka z plecakami ledwo, ledwo się tam wcisnęła, i choć to tylko 12 km, jechaliśmy jakoś strasznie długo, rzucało nami niemiłosiernie, dziury w drodze nie dawały się nawet omijać. Upoceni i zmęczeni wysiadamy w środku wsi, na przeciwko strażnicy ichniejszego  WOP-u. Rozbijamy namioty – nareszcie można iść spać


Nasz pierwszy obóz - środek wsi Bogdan

9-07 wtorek

          Budzimy się rano – pogoda śliczna! Towarzystwo zwija obóz, a ja idę do komendanta strażnicy zapytać o możliwość przejścia granicą z Popa Iwana Marmaroskiego w Czarnohorę. Jak zwykle mam przy sobie wydrukowaną listę uczestników wyprawy z danymi osobowymi, trasą wyprawy i terminami. Lista odpieczętowana jest moimi firmowymi pieczątkami (Auto-szkoła, nauka jazdy..:), nie ważne co jest na pieczątkach, grunt, że wygląda fachowo i poważnie – wielokrotnie przekonałem się, że taka lista ułatwia znacznie podróżowanie i różne formalności stają się łatwiejsze. Teraz też, bez większego trudu otrzymujemy zgodę na naszą trasę, jest odpowiednia adnotacja, podpis.. nie ma tylko pieczątki – komendant zapodział gdzieś klucz od biurka.. ale podpis powinien wystarczyć – OK. mamy glejt – idziemy.
         Ruszamy w końcu obładowani ciężkimi plecakami z zapasami jedzenia, na co najmniej 7 dni, szukamy mostu przez Białą Cisę i ścieżki wzdłuż biegu strumienia Kwaśny. W upale podążamy doliną potoku, zaraz za ostatnimi zabudowaniami zatrzymuje nas strażnik, czy ktoś w tym rodzaju, pytając dokąd idziemy i że nie można iść dalej, pokazuję jednak glejt od komandira strażnicy i nie ma problemu. Nagle słyszymy tętent koni, uskakujemy na boki, tuż obok nas w pełnym galopie przebiegły dwa konie, po chwili wróciły nieco już spokojniejsze, ale strachu nam napędziły sporo. Przyjemnie się szło wzdłuż potoku, za przyjemnie – przeszliśmy za daleko, już dużo wcześniej mieliśmy odbić w prawo i iść ścieżką w lesie dość stromo w górę. Rzuciłem pomysł, że szkoda czasu na wracanie się, lepiej iść na skróty prosto w górę, w prawo i w końcu przecież dojdziemy do ścieżki na grzbiecie piętrzącej się przed nami góry. To nie był dobry pomysł.. stok był bardzo stromy, porośnięty wysoką trawą, jeżynami, krzakami, i wszelkim możliwym badziewiem, mozolnie drapaliśmy się w górę, co chwilę ześlizgując się na stromiźnie, raniąc nogi o kolczaste jeżyny, a ramiona o splątane krzaki.. upał wyciskał z nas ostatnie krople potu.. że mnie tam nie zlinczowali.. cud!
         Umordowani dotarliśmy wreszcie do słabo widocznej ścieżki na grani, tu las był już wysoki, szło się całkiem przyjemnie, żeby jeszcze tylko jakiś strumyk, lub źródełko – ale nic z tego. Przed nami wypiętrzył się pierwszy poważniejszy szczyt na naszej trasie – Pietros. Według mapy mieliśmy strawersować go od wschodu, niestety ścieżka zniknęła w gęstwinie wysokich łopianów i jeszcze wyższych pokrzyw, w otwierającej się przed nami polanie. Przedzieraliśmy się na czuja wierząc, że znajdziemy jakieś przejście w lesie, który porastał szczyt Pietrosa. Robiło się coraz później, niepokoił nas brak wody, właściwie zużyliśmy prawie wszystkie zapasy, nie było też dogodnego miejsca na rozbicie namiotów. W pewnym momencie, na skraju kolejnej polany, zrobiliśmy postój, ustaliliśmy, że w małych grupach rozejdziemy się w różnych kierunkach i poszukamy wody. Po dobrej godzinie okazało się, że poszukiwania nie dały rezultatu. Mimo wszystko zapadła decyzja, że na tej polanie rozbijamy obóz. Trochę trwało zanim wykarczowaliśmy w olbrzymich pokrzywach ścieżkę na nieco bardziej płaską część polany, a tam jako taki placyk dla naszych 5 namiotów. Niestrudzony Maciej znalazł w końcu mini-źródełko, trzeba było nie lada cierpliwości, żeby napełnić całą butelkę, ale było chociaż picie, bo o myciu się nie było nawet mowy. Zaczynamy gotowanie, palimy fajki – bo tym razem w naszej grupie jest aż 5 fajczarzy, i jak zwykle, do późna w nocy siedzimy przy ognisku. Tym razem Maciej pełni fantastycznie rolę gitarzysty – choć znów, głównie ja tarmoszę gitarę na moich plecach .

 


Na polance pod Pietrosem-2 obóz

10-07 środa

         Rano budzimy się zachwyceni ciszą i pogodą. Jesteśmy w środku lasu, na rozświetlonej słońcem polanie, wokół kolory, zapachy, widoki.. aż chce się iść! Szybko zwijamy namioty i ruszamy. Mamy nadzieję, że w końcu znajdziemy jakiś strumyk, bo dzień znów zapowiada się upalny. Niestety, sucho.. dobrze, że chociaż idziemy w cieniu drzew w lesie, i do tego tylko nieznacznie w górę. Po prawej stronie wyniosły i mocno zarośnięty szczyt Pietrosa, cieszymy się, że nie musimy przedzierać się przez tę gęstwinę i chaszcze. Idziemy ledwo widoczną ścieżką, ale to komfort w porównaniu z wczorajszym przedzieraniem się przez pokrzywy, nie wspominając już o tym nieszczęsnym skrócie.
         Po ok. 3 godz. wychodzimy na polankę, z której roztacza się przecudny widok! Przed nami cel naszej drogi – Pop Iwan. Prezentuje się dostojnie, wspaniale.. w końcu ma te swoje 1937 m n.p.m. W tak pięknym miejscu musimy zrobić dłuższy popas, jemy, robimy zdjęcia, opalamy się, żeby jeszcze tak była woda.. bo słoneczko pięknie grzeje. Mamy zamiar wejść dziś jeszcze na tego Popa, cel nie wydaje się być bardzo odległy.. Ruszamy dalej, idąc już po połoninie porośniętej tylko czasami jałowcem i kosówką. Widoki dookoła przecudne – na wchodzie – po lewej i nieco z tyłu widzimy całe pasmo Czarnohory, przed nami pasmo Karpat Marmaroskich z dominującym Popem, po prawej Pietros (1780), a zaraz obok Barnabas (1733). I wtedy właśnie głośny okrzyk – woda! i to jaka! ze skarpy tryska przecudne źródło, woda, wspaniale zimna, leje się do dużego wydrążonego w kłodzie drzewa koryta. Rzucamy się do niego, chlapiemy, pijemy bez końca.. miejsce jest przecudowne! Widoki zapierają dech w piersiach, piękna polanka, niesamowita woda.. nie, dalej dziś nie idziemy, tu jest zbyt pięknie, żeby nie zostać na noc.. co prawda mamy trochę niedosyt trasy – w końcu szliśmy tylko ok. 3,5 godziny, ale mimo tego rozbijamy namioty, mamy pełny luz, kąpiemy się, robimy pranie, gotujemy. Rozchodzimy się na najbliższe szczyty. Niektórzy idą na Pietrosa, inni na Barnabasa, inni kręcą się koło namiotów, wylegują na karimatach, gawędzą.. ale plaża! Wieczór pod niesamowitymi gwiazdami, przy ognisku, piosenkach – ech Góry są przecudne..

 


Polanka z widokiem na Popa Iwana Marmaroskiego

Woda!! przecudna polana-obóz 3

Widok z obozu 3 na Popa

11-07 czwartek

         Dziś to już musimy zrobić długą trasę! Pogoda wspaniała, szczyt aż nas woła – już chcielibyśmy zobaczyć te widoki z jego wierzchołka! podejście wygląda imponująco, trasę widać bardzo dokładnie, bo cały szczyt Popa jest porośnięty tylko niskimi trawami i krzakami borówek. Proponuję, żeby nie iść widoczną drogą, bo ta obniża się znacznie, a potem znów pnie w górę, lecz utrzymać wysokość idąc trawersem po zboczu, aż do przełęczy przed Popem, na której widać zamieszkałą bacówkę. Grupa podziela mój pomysł, ale znów okazuje się, że najkrótsza droga wcale nie musi być najlepsza. Zbocze okazuje się być strome i pełne wykrotów, porośnięte trawą i krzakami borówek.. cóż, iść drogą to każdy potrafi, w końcu jesteśmy w dzikich Górach.. ale nie znajduje to zrozumienia u moich współtowarzyszy – schodzą na drogę.. ja w końcu też, bez wątpienia szło się nią szybciej i znacznie wygodniej. W bacówce kupujemy za grosze zimne kwaśne mleko, ale pycha! trochę rozmawiamy i – co za zdziwienie – musimy się wylegitymować – znów pokazuję glejt od komandira. Pop Iwan to już granica. Jeszcze zupełnie niedawno, w ogóle nie można było iść tędy, jesteśmy chyba pierwszymi w czasach powojennych, którzy przeszli legalnie „sistemą” – tzn. pasem drogi granicznej z Popa Iwana Marmaroskiego w Czarnohorę. Z przełęczy stromo w górę po zielonym kobiercu traw i krzewinek. Żar leje się z nieba, a z nas litry potu. Podejście jest żmudne, ale widoki rekompensują trud! Najwyższym punktem okazuje się być nie pierwszy wierzchołek (choć z daleka tak wyglądało), lecz schowany za nim, w sporej jeszcze odległości drugi, z betonowym słupem i stalowymi wzmocnieniami. Mokrzy od potu docieramy wszyscy do szczytu, chłoniemy widoki. Gdzie niegdzie w kotłach widać jeszcze śnieg, pomimo, że to połowa upalnego lata. Nareszcie widzimy Rumuńską stronę Marmaroszy, już planujemy kolejną wyprawę w Karpaty Rumuńskie :), regenerujemy siły jedząc jakieś słodkości, popijając obficie. Oczywiście obowiązkowa sesja zdjęciowa, chłopaki mają nawet naszą narodową flagę – cóż za oznaka patriotyzmu :). Nagle nadciągają czarne chmury, zaczyna grzmieć i błyskać się, nie ma żartów! Poganiam towarzystwo, bo burza na szczycie na pewno nie jest bezpieczna, już w deszczu uciekamy na przełęcz za Popem. Rozpętuje się piekło! Pioruny walą jak oszalałe, z nieba leją się strumienie wody, a nawet gradu. Skulamy się na przełęczy, okryci jakimiś kapotami, ale plecy aż bolą od wściekłego ataku gradu i deszczu. Liczymy, że za chwilę nawałnica przejdzie, ale mija 15 min. i pada w najlepsze, po pół godzinie mamy dość. Trochę spieramy się między sobą, czy czekać jeszcze, czy jednak iść w deszczu.. Piotrek pogania nas wreszcie i zbieramy się w końcu. I tak jesteśmy właściwie przemoczeni, może idąc będzie cieplej.. deszcz przechodzi w mżawkę, można iść, tylko buty znów przemoczone na wylot od deszczu i od mokrej trawy. Przypomina nam się zeszłoroczna  wędrówka po Gorganach.. . Na niebie robią się dziwne rzeczy, miejscami świeci słońce, nad Rumunią gęste czarne chmury, Czarnohora w targanej wiatrem mgle.. ale i tak pięknie widać! Schodzimy z Popa dość stromym zboczem, ślisko jak diabli!, mijamy strumyk, a tego nam było trzeba! dalej wędrujemy wygodną, szeroką i aż nadto wyraźną, drogą graniczną, otoczoną zasiekami – tzw. „sistemą”. Po lewej Ukraina, po prawej Rumunia. Droga trochę żmudna, trochę w górę, to znów w dół, ale widoki fantastyczne: to na Czarnohorę, to na Karpaty Marmaroskie.. właściwie we wszystkich kierunkach, próbujemy identyfikować widziane pasma górskie i szczyty. Aż radośniej robi się na sercu widząc szczyty na których już byliśmy (Sywula), jak i te, które jeszcze na nas czekają, jak nie w tym roku, to może w następnych latach? Ukraina, Rumunia.. tyle jeszcze Gór do zdobycia przecudnych.. ile z nich zdążymy przejść, zasmakować?, nacieszyć oczy, duszę..
         Pogoda jest niestabilna, zatrzymujemy się na posiłek, gdy znów zaczyna ostro padać, nie ma co czekać, szybko zwijamy się i idziemy przemoczeni dalej. Zaczynamy rozglądać się za dogodnym miejscem na rozbicie obozu. W ostateczności możemy rozbić namioty na tej drodze, ale szukamy jakiejś wody, a idąc granią wiemy, że może to nie być łatwa sprawa. Nie jest jednak źle. Znajdujemy zaraz przy drodze ruiny drewnianego szałasu na małej polance, a po krótkiej chwili szukania, całkiem przyzwoity strumyczek – doskonałe miejsce na nocleg, choć może nie jest tak bardzo późno. Jest późne popołudnie, a tym czasem słońce nadrabia zaległości i zaczyna grzać niemiłosiernie – chyba od upału łamią mi się w namiocie obydwie rurki (niby włókno szklane) szkieletu tuż przy szczycie kopułki, dobrze, że nie przebiły tropiku! (nie kupujecie alpinusa!), na razie reanimuje pręty plastrem, po skróceniu o odłamane odcinki. W kolejnych dniach będzie podobnie, w końcu popękały całkowicie, rozdwoiły się (namiot na gwarancji – po powrocie oddałem do reklamacji – a na następnej wyprawie historia się powtórzyła – co mnie pokusiło na tego alpinusa?!- jakaś cholerna promocja!) i cudem dotrwały do końca. Udaje nam się wysuszyć przemoczone rzeczy, obżeramy się, rozpalamy ognisko, siedzimy do późna w nocy, ech Maciej – pięknie grasz! aż się chce śpiewać do zachrypnięcia.. gdyby nie meszki, byłoby cudownie – cholerstwo gryzie nawet przez ubranie?, takie to małe, a potrafi obrzydzić życie..

 


Bacówka pod Popem-pyszne kwaśne mleko:)



Na szczycie Popa Iwana Marmaroskiego



"sistiema"- idziemy pasem granicznym Ukraina-Rumunia, z boku zasieki z drutu kolczastego



Polanka z ruinami bacówki-miejsce obozu 4

12 - 07 piątek

            Staramy się wstać wcześnie, ale różnie to wychodzi.. musimy i tak trochę odczekać, aż wyschną namioty od rosy. Pogoda zachęca do wędrówki, choć zbierają się chmury. Znów idziemy „sistiemą”, znów widoki dookoła, choć droga graniczna ciągnie się przed nami aż po horyzont. Trochę mozolna wędrówka, trochę w górę to znów w dół.. jakiś niewielki deszcz po drodze.. i przecudne ciągle widoki na wszystkie strony. Nad Górami Rumuńskimi niebo granatowe, dochodzą głuche pomruki, musi nieźle tam padać.. ale szczyty wyglądają kusząco.. musimy się tam kiedyś wybrać. Na razie wędrujemy w uciążliwym upale i duchocie. Po drodze mijamy źródła Białej Cisy i w końcu opuszczamy „sistiemę” czyli granicę, trawersujemy wyraźną ścieżką granicznego jeszcze Stiha (1650). Zaczynamy rozglądać się za dogodnym miejscem na nocleg, ale niestety, wędrówka granią często wiąże się z kłopotami z wodą, tak też dzieje się i tym razem. Mijamy po drodze kilka ładnych miejsc, ale pomimo poszukiwań nie ma wody. Ktoś nawet wychodzi z propozycją wykorzystania olbrzymiej kałuży jako źródła wody, ale zdecydowanie nie zgadzam się z tym. Zmęczenie daje się nam już we znaki, namawiam jednak grupę na dalszą wędrówkę, przed nami już bliskie pasmo Czarnohory, chciałbym być bliżej Popa Iwana Czarnohorskiego, od którego zaczyna się najwyższa grań Ukrainy. Razem z Maciejem staramy się znaleźć jakąś wodę, w końcu widzimy w dali pasterskie zabudowania, mobilizujemy wszystkich do ostatniego wysiłku i docieramy do bacówki. Sympatyczna gospodyni pokazuje nam wnętrze bacówki – widzimy jak wędzą się wielkie bryły sera nad ogniskiem wewnątrz chaty, widzimy kadzie z mlekiem, serem.. Korzystamy z okazji i zamawiamy mleko i ser, niestety nie mają chleba, zamiast niego jadają tutaj mamałygę.. straszne paskództwo, o czym mieliśmy się niebawem przekonać. Hucółka prowadzi nas na małą przełęcz, gdzie tryska małe źródło, woda leje się do koryta z którego czerpana jest woda dla zwierząt. Piękne miejsce na rozbicie namiotów z przecudnym widokiem na Popa Iwana i dalsze szczyty Czarnohory. Doskonale widać naszą jutrzejszą trasę, będzie co iść.. w końcu musimy wejść na 2020 m npm. Rozkoszujemy się cudowną zimną wodą, mlekiem, wędzonym serem, a co odważniejsi próbują, przyniesionej przez gospodynię, mamałygi. Wygląda to jak papka w skład której wchodzi rozmiękła  kukurydza, ser?.. zbyt dobre nie było, i chętnych do konsumpcji też niewielu. Za to mleko i biały ser zniknęły błyskawicznie, natomiast ser wędzony w kształcie wielkiego kręgu pokonał nas. Rozkroiliśmy dla każdego po wielkim kawałku, ale nie zdołaliśmy zjeść całego. To ucztowanie zakończyło się dla kilku z nas nieciekawie, następnego dnia były sensacje żołądkowe i niektórzy z wielkim trudem wdrapali się na szczyt.
        Wieczór tradycyjnie spędziliśmy przy ognisku – szkoda, że nie było w bacówce samogonu... trochę na to liczyliśmy :).

 


mamałyga..


początek Czarnohory - z serem



Widok z obozu 5 na Popa Iwana Czarnohorskie-go

13 - 07 sobota

            Ranek powitał nas słońcem i wspaniałymi widokami. Zwijamy namioty i szybko wyruszamy w kierunku imponującego szczytu. Nawet z tej odległości widać ruiny przedwojennego polskiego obserwatorium meteorolgiczno-astronomicznego „Białym Słoniem” nazwanym. Idziemy niezłym tempem, trochę w górę, trochę w dół, żeby w końcu zacząć mozolne podchodzenie na Popa. W pewnym momencie słyszymy krzyki i gwizdy, za nami, ciężko dysząc, pędzą uzbrojeni faceci, wyglądają trochę dziwnie, każdy ma inny mundur, ale wyglądają na pograniczników. Wypytują skąd i dokąd idziemy, dlaczego itp. dobrze, że mamy glejt od komendanta z Bogdana, sprawdzają naszą opieczętowaną listę, paszporty, częstujemy ich papierosami, trochę gawędzimy i możemy iść dalej. Słoneczko grzeje pięknie, a my pniemy się coraz bardziej stromym stokiem w górę. Po drodze na polance jakieś borówki.. i coraz wyżej. Wejście na szczyt jest trochę uciżliwe, wchodzimy po gorganie, z tym, że głazy są dość duże, miejscami niegroźna kosówka. Pot zalewa oczy, ale widoki fantastyczne! W końcu zrzucam plecak przy ścianie obserwatorium – jestem na szczycie.. ale widoki!!! istne cudo!!! tu zaczyna się już znakowany na czerwono szlak turystyczny. Jest też sporo ludzi, głównie Ukraińcy. Bardzo towarzyscy i sympatyczni, ktoś częstuje mnie samogonem, co na pusty żołądek nie jest dobrym pomysłem – ale co tam! z tym, że na jednym kieliszku się nie skończyło oczywiście. Jestem wypytywany o moją pracę, jak się żyje w Polsce, narzekają, że im się żyje ciężko. Częstym pytaniem jest wysokość zarobków w PL, wg nich zarabiam strasznie dużo.. jestem innego zdania – ale nie spieram się zbytnio, tu ludzie rzeczywiście niewiele zarabiają, nawet jak na ich ceny. Ruch spory na szczycie, ale to tylko w tych Górach chyba, w końcu to najwyższe ich pasmo, i blisko już najwyższy szczyt Ukrainy – Howerla (2061 m n.p.m.). Ambicją wielu ludzi jest jej zdobycie, nawet, jeśli na nogach mają tylko trampki czy gumowce. Słyszymy grę na flecie i wesołe głosy zapraszające nas na poczęstunek. To trzech Hucułów, którzy w swoich, wydawałoby się, niewielkich tłumoczkach-plecakach, mieli całe mnóstwo jedzenia. Obdzielili nas wszystkich (10 osób!) chlebem ze słoniną, pączkami z miodem, samogonem z miodem i chrzanem – ale nam smakowało! najedliśmy się wszyscy! a w głowach trochę już szumiało.. Początkowa propozycja Piotra, żeby zostać tu na noc zaczęła się nam podobać, choć na początku mieliśmy zamiar iść dalej, a przynajmniej zejść ze szczytu. Problemem był brak wody – ale okazało się, że pod szczytem jest mała kotlinka zasypana śniegiem, z której wypływa woda.. cóż więcej potrzeba? takie widoki! i te niesamowite ruiny.. rozbijamy namioty! gotujemy jakiś posiłek, Huculi zazdroszczą nam małych maszynek gazowych typu camping-gaz, dajemy im wrzątek – nie muszą gotować nad ogniskiem. Wieje okrutnie! zapada noc. Rozpalamy ognisko w ruinach obserwatorium, wrażenie jest niesamowite! Słychać wycie wiatru, od ogniska bije miłe ciepło, na ścianach drżące cienie osób siedzących przy ogniu. Śpiewamy nasze piosenki, Huculi swoje, śpiewamy też razem, uczymy się ich piosenek, dźwięki fletu, gitary.. trochę jeszcze samogonu.. echo niesie się po Górach.. tańczymy wokół ogniska, jakiś korowód.. czuję się jakbym tańczył taniec wojenny z czeczeńskimi wojownikami..
            Wiatr wzmaga się, jest głęboka noc, czas iść spać. Mój namiot z rurkami poklejonymi plastrami budzi niepokój, czy wytrzyma napór wiejącego coraz wścieklej wiatru? zaczyna padać deszcz, a w końcu rozpętuje się burza. Namiot trzyma się jakoś, z resztą zaszyty w śpiworze jestem zbyt zmęczony żeby martwić się na zapas..

 


Nasza grupa w drodze na Popa I. Cz.

Już blisko szczytu i ruin obserwatorium

Uczta z Hucułami przy Białym Słoniu

Nasze namioty na szczycie Popa na tle obserwatorium (ale widoki!!)-obóz 6

14 - 07 niedziela

            Budzimy się ciekawi, jaka pogoda przywita nas tym razem. Nasłuchuję uważnie czy nie słychać kropli deszczu na tropiku – nie pada. Wychylam głowę z namiotu – wokół morze chmur i mgieł. Nie wygląda to najlepiej, zauważamy jednak, że od strony wschodniej zaczyna się przejaśniać, wiatr przepędza mgłę, a po jakimś czasie dostrzegamy nieśmiały błękit nieba. Już wiemy, że czas na zwijanie obozu. Namioty są zupełnie mokre, ale wreszcie pojawia się słońce, a wiatr przyspiesza suszenie. Dziś nie musimy się spieszyć, chcemy dojść tylko do Jeziorka Niesamowitego, po drodze odbijając na Szpyci. Słoneczko zaczyna grzać przepięknie. Nie mamy zbyt dużo wody, bo nocą temperatura spadła i z zaśnieżonego kotła nie płynęła już woda -  strumyczek zamarzł. Idziemy granią podziwiając niesamowite widoki, liczymy, że znajdziemy jakieś źródełko. I rzeczywiście, gdzieś przed Dzembornią bije małe, ale wyraźne źródełko, z rozkoszą uzupełniamy zapasy wody i przy okazji wylegujemy się na trawie wystawiając się do słońca – w końcu to niedziela..
            Od czasu do czasu przechodzi kilku turystów. My też ruszamy dalej po wyniosłych połoninach Czarnohory, wchodzimy na Munczel (1998), Brebenieskuł (2037) idziemy dalej na Rebrę, mijając po drodze po lewej stronie nieco w dole, największy w Czarnohorze staw, nazywany właściwie jeziorem Brebenieskuł, ponoć ładniejszy niż Jeziorko Niesamowite. Tak naprawdę jest niewielki, ma ok. 0,4 ha powierzchni i 2,8 m głębokości, leży na wysokości 1800 m n.p.m. Za Rebrą robimy dłuższy postój. Część zostaje z plecakami w okopach pamiętających I wojnę, a część „na lekko” biegnie na Szpyci. Pogoda i widoki są fantastyczne, podziwiamy więc fantastycznie ukształtowane skalne iglice dochodzące do 40 m, robią wrażenie, choć myślałem, widząc wcześniej zdjęcia, że są trochę wyższe. Jakiś czas siedzimy sobie na skalnej półce i chłoniemy widoki, teraz od grani dzielą nas wyniosłe Wielkie Kozły, ale wiemy, że do miejsca noclegu nie mamy daleko. Nie chcemy też zbyt wcześnie dojść do Jeziorka Niesamowitego – w końcu to park narodowy i właściwie nie wolno tu obozować. Nasyciwszy się widokami wracamy do plecaków i spokojnie dochodzimy do Niesamowitego (1750). Wg legendy, poruszenie jego wód przynosi nieszczęście, a już na pewno niespodziewane i wściekłe burze.. jakoś tak bardzo się tym nie przejmujemy. Jeziorko wygląda z góry bardzo malowniczo i pięknie. Do brzegów dochodzą pola kosówki, szkoda tylko, że jest tu tyle śmieci. Zalegamy nad jeziorkiem. Raczymy się wspaniałą wodą ze strumyka wpadającego do jeziora ze stoku, a nawet decydujemy się na kąpiel – woda wspaniała! Leniwie spędzamy resztę dnia, wylegując się na karimatach. Dochodzą do nas dziwne hałasy, słyszymy jakieś wystrzały, odgłosy śmigłowca.. później dowiadujemy się, że na Howerli były jakieś wielkie uroczystości z udziałem VIP-ów związane z przypadającym właśnie na dziś świętem narodowym. Wieczorem rozbijamy namioty, w międzyczasie dochodzą do nas turyści ukraińscy, którzy też tu nocują. Wieczór spędzamy razem przy ognisku i gitarze.

 


Na grani Czarnohory na tle Popa I. Cz.

Widok na grań Czarnohory w kier. Pn. W tle Howerla.

Na Szpyci

Jeziorko Niesamowite-obóz 7

15 - 07 poniedziałek

            Wstajemy w porannym słoneczku. Szybko zwijamy namioty i wyruszmy w kierunku Howerli. Już na początku musimy wspiąć się na Turkuł (1930), a później wejścia i zejścia na poszczególne szczyty grani: Dancerz (1855), Pożyżewska (1822), Breskuł (1950) w końcu ostatnie konkretne podejście i jesteśmy na Howerli (2061). Widok na szczycie raczej fatalny. Dużo śmieci, dużo ludzi.. ale widoki jak zwykle – wspaniałe.. choć widzimy także szybko zbierające się chmury, zaczyna grzmieć i padać. Upał zamienił się natychmiast w przejmujące zimno. Ubieramy się w ciepłe i nieprzemakalne rzeczy, ale współczuję licznym ukraińskim turystom, są zupełnie przemoczeni i zmarznięci, niektórzy nie mają nic do ubrania – mają krótkie spodenki i podkoszulki i nic więcej, chyba zapamiętają sobie tę lekcję zmienności górskiej pogody na długo. My szybko uciekamy ze szczytu na zachód, w kierunku wyniosłego Pietrosa. Howerla zasnuta chmurami, smagana deszczem i wiatrem, zostaje za nami. Na przełęczy przestaje już padać i wychodzi palące słońce, ale tam w górze ciągle jeszcze ciemno. Idziemy dość szybkim tempem, trawersujemy Pietrosa, mamy nadzieję, że uda nam się jeszcze dziś zejść do Kwasów. Wizja zimnego piwa, świeżego chleba, lodów jest bardzo mobilizująca. Droga jednak wije się w nieskończoność licznymi trawersami. Czuję, że moje stopy zaczynają mieć dość, po drodze wielokrotnie chłodzę je w strumykach, ale moje stare „skarpy”, tak jak i rok temu, bezlitośnie obtarły mnie i odparzyły (a niby taka dobra firma:( ). Idziemy już bardzo długo, tak właściwie nie mieliśmy tego dnia żadnych dłuższych odpoczynków. Ok. godz. 19 – to już 10 godzin w trasie – mamy wszyscy dość, jesteśmy głodni i zmęczeni, a do Kwasów jeszcze szmat drogi. Postanawiamy rozbić namioty na pierwszym lepszym nadającym się do tego miejscu. W końcu ok. 20 dochodzimy do miejsca w miarę płaskiego i z wodą, rozbijamy namioty, robimy posiłek i widzimy przepiękny zachód słońca nad górującą w oddali Bliźnicą – najwyższym szczytem Świdowca. Słońce chowa się za wyniosły szczyt, przypominający kształtną powabną pierś kobiety.. kilkoro z nas chce jeszcze tam wejść- mamy jeszcze do dyspozycji 3 – 4 dni, inni planują tylko zejście do Kwasów i powrót do domu. Zmęczenie nie pozwala na zbyt długie siedzenie przy ognisku, chociaż „Czerwony pas” brzmiał w tej scenerii przejmująco, no i niosło się to śpiewanie po Górach dalekim echem...

 


Opuszczamy malowicze Jezioro Niesamowite

Na szczycie Howerli

Zejście z Howerli w kierunku Pietrosa

16- 07 wtorek

            Od rana właściwie daje się we znaki upał. Cieszymy się jednak, bo wiemy, że na dole już czeka na nas zimne piwo! Zmarnowani jeszcze wczorajszym uciążliwym marszem, ruszamy raźnie w dolinę. Idziemy, idziemy i idziemy, ciągle w dół, kolana zaczynają się buntować (nie ma to jak kijki – ale o tym przekonałem się dopiero później – zabierajcie kijki trekingowe w góry!), a tych Kwasów ciągle nie ma :(. Zejście jest strasznie uciążliwe! Upał nas dobijał, grzało niemiłosiernie! Ciągle w dół i w dół.. i to w pełnym słońcu, tylko czasami wchodzimy do lasu, droga prawie cały czas prowadzi przez łąki, a później pola. W końcu, prawie po 3 godzinach marszu, docieramy do Kwasów! szukamy gorączkowo sklepu, jest! właściwie na stacji kolejowej, ale zaopatrzenie kiepskie. Piwo jest, ale ciepłe, są zdziwieni, że chcemy zimne. Na naszą prośbę dopiero pani wkłada kilka butelek do lodówki. Kupujemy w dużych ilościach lody, ciastka, pieczywo i co tam jeszcze było.. niezły utarg miała pani. Jakoś nie ma w nas zapału na wejście w Świdowiec. Czujemy zmęczenie, a podejście na Bliźnicę jest dość strome i uciążliwe 1881 m n.p.m. wychodzi nam, że to 1300 m podejścia w pionie, na razie pijemy piwo i ogarnia nas błogostan odpoczynku. Kupujemy w sklepie skrzynkę piwa, idziemy z nią nad Czarną Cisę. Tuż przy wiadukcie kolejowym rozkładamy się obozem. Piwo chłodzimy w rzece, a sami wylegujemy się na karimatach, leżymy na kamieniach i pławimy w bystrym nurcie rzeki. Szykujemy jedzenie, popijamy piwem, a nawet czymś mocniejszym, niektórzy odpływają w niebyt snu.. inni rozkoszują się kąpielą. Postanawiamy, że na tym jednak kończymy akcję górską. Piotrkowi, jak zwykle spieszy się do domu, wsiada więc w najwcześniejszy pociąg, ok. godz. 17, do Iwano-Frankowska, machamy mu na pożegnanie, a sami czekamy nad rzeką na nocny, bezpośredni pociąg do Lwowa. Nasz pociąg ma odjazd ok. 3 w nocy, kupujemy miejsca w plackartach. Ładujemy się do naszego wagonu w chwili, gdy zaczyna się ogromna ulewa i burza, w wagonie jest tradycyjnie duszno, ale mamy szczęście – jedno okno jest wybite u góry, sadowimy się tuż obok niego i zasypiamy budząc się dopiero rano przed Lwowem.

   

17- 07 środa

            Wysiadamy we Lwowie, postanawiamy zwiedzić miasto. Znajdujemy marny hotel Arena. Nocleg jest tani, ale warunki fatalne, nie ma wody w kranach, ale to w dzień normalne. Zwiedzamy miasto, jest piękne ponoć.. na mnie jakoś nie robi wrażenia. Słyszę jak przewodniczka na Górze Zamkowej objaśnia polskiej grupie co gdzie się znajduje, wszyscy są zachwyceni, ale jakoś nie podzielam tego zachwytu. Nocą właściwie nie śpimy, chodzimy po rynku, i biesiadujemy w piwiarni pod parasolami, nawiązujemy kontakty z miejscowymi, słuchając niesamowitych opowieści jednego Czeczena.

   

18- 07 czwartek 

       Rano wsiadamy w busa i lądujemy na granicy. Sprawnie przekraczamy granicę i kolejnym busem dojeżdżamy do Przemyśla. Żegnamy się nie bez żalu.. umawiamy się na tradycyjne spotkanie jesienią w bacówce, no i na wyprawę w przyszłym roku na Świdowiec.