Suhard i Alpy Rodniańskie 2004 r.
    
(wszystkie zdjęcia dostępne są w Galerii - większość jest autorstwa Piotra - dzięki Piotrek:), kilka Macieja-też dzięki:)

 

   

         Będąc w Górach na Ukrainie, wielokrotnie ze znajomymi wpatrywaliśmy się na południe, w stronę Rumunii, planując, że kiedyś musimy pojechać w te przepiękne, rozległe Góry, które wołają do siebie, bo przecież byliśmy już prawie na ich stokach, wędrując po Górach Marmaroskich. Nadszedł wreszcie czas realizacji tych planów.

   

19 lipca (poniedziałek)

            Jak zwykle za pomocą Internetu kompletujemy ekipę wypadową. W większości znamy się już z wcześniejszych wyjazdów, ale jest też kilka nowych osób, ciekawe jak sobie poradzą?.. w sumie jest nas nawet sporo - 17 osób. Spotykamy się rano w Przemyślu. Każdy ma dość solidnie zapakowany plecak – musimy się jakoś zmieścić w autobusie do Czerniowiec (granica Ukraińsko – Rumuńska). Widok nie napawa optymizmem, autobus to stary ikarus, zanim podjechał na stanowisko, już jest solidnie załadowany kontrabandą. Luki bagażowe są zajęte, pod każdym fotelem upchane są jakieś paki, tak samo półka nad głowami. Każdy z nas ma wykupiony bilet z nr miejsca, ale są one już zajęte, a kierowca każe upakować nam plecaki na ostatnich siedzeniach i siadać tam gdzie są wolne miejsca. Odjazd jest na 10:15, ale zaczynają się przepychanki i wybucha awantura o miejsca. Nam jest obojętne gdzie siedzimy, ale innym nie – no i wrzeszczą. Już wiemy, że podróż nie będzie przyjemnością.. w końcu ruszamy. Granica to jak zwykle godzina stania, wypełniamy jakieś druki i deklaracje celne i w końcu jedziemy dalej. Na zewnątrz jest upał, w autobusie duchota i jakieś drzemanie.. po ok. 8 godzinach podłej jazdy dojeżdżamy do Czerniowiec, przed wojną było to polskie miasto przy granicy Polsko – Rumuńskiej… teraz widać wyraźnie, że nie jest… dworzec autobusowy to zakurzony plac z kilkoma barakami w kiepskim stanie. Z zaskoczeniem stwierdzamy, że nie ma możliwości wynajęcia busa – do tej pory nie było na Ukrainie z tym problemów, zostaje nam więc jazda na granicę taksówkami. Wiemy, że przejście graniczne jest tylko dla zmotoryzowanych, ale wierzymy, że uda nam się jakoś przeprawić.
            Nasza grupa wysiada na granicy, a ja idę dogadać się z pogranicznikami. Z dogadaniem się nie ma kłopotów, spotykam się z zaskakującą życzliwością, i to całkowicie bezinteresowną! Zostajemy uznani za autobus i musimy poczekać, aż zostanie odprawiony autobus, który właśnie stał na przejściu. Trwa to strasznie długo. Po ponad 2 godzinach, gdy robi się już ciemno, zostajemy w końcu przepuszczeni do Rumunii. Tu również nie ma żadnego transportu do najbliższego miasta Siretu
. Nie zostaje nam nic innego, jak tylko pokonać ok. 5 km na nogach. Miasteczko jest ciche i senne, tu również nie możemy znaleźć żadnego transportu do Suchawy L, w końcu jednak dogadujemy się z dwoma taksówkarzami, którzy przerzucają naszą grupę na dworzec w Suczawie, skąd mamy nocny pociąg do Vatra Dornei. Na dworcu spędzamy prawie 5 godzin, wykorzystując je na znalezienie kantoru i wymianę waluty, oraz na drzemkę. Budynek dworca jest w fatalnym stanie, brudny, zaniedbany i brzydki.

   

20 lipca (wtorek)

            Ok. 4 rano wsiadamy do pociągu do Vatra Dornei. Pociąg pomału toczy się w kierunku Gór, a my drzemiąc staramy się zregenerować siły. Po pond 5 godzinach wysiadamy. Idziemy do centrum. Tu robimy zakupy, posilamy się i wyruszamy nareszcie w Góry. Pogoda jest piękna, słoneczko przygrzewa pięknie, niektórzy narzekają, że za gorąco,  ale wg mnie jest pięknie. Idziemy polną drogą, coraz wyżej, pokonując po drodze liczne ogrodzenia i bramy – tak wygląda szlak w całym Suhardzie. Łąki, połoniny właściwie, z ogrodzeniami i licznymi stadami owiec. W dolinach liczne miejscowości, na stokach dość często stojące chaty i szałasy pasterskie. Idzie się nam ciężko, w końcu mamy nieprzespane 2 noce, jest dość mocno pod górę i grzeje pięknie.. Wychodzimy na rozłożystą połoninę u stóp Ousoru (1639), otwiera się piękny widok na okoliczne szczyty, a tuż obok szemrze miły strumyczek.. miejsce jakby samo zapraszało nas na rozbicie obozu, tym bardziej, że niebo zasłaniają granatowe chmury, słyszymy gniewne pomruki i atakują nas pierwsze grube krople deszczu. Podejmujemy błyskawiczną decyzję i rozbijamy namioty – w samą porę, wskakujemy do nich w ostatnim momencie.  Ulewa była konkretna, niektórzy skorzystali z okazji i wykąpali się w strugach deszczu, ponoć nawet na waleta.. ale tylko chłopaki.. J. Pomimo, że było dość wcześnie nie zostało nic innego do robienia, jak zasnąć przy muzyce grzmotów, i odgłosach tętniącego na tropiku deszczu… budzimy się wszyscy jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Zaczyna się obozowa krzątanina, szykujemy posiłek, rozpalamy ognisko. Maciej, jak zwykle gra na gitarze.., znów w nas to przecudowne Górskie poczucie radości, swobody..

 


Nareszcie ruszamy w trasę

Łąki Suhardu

Pierwszy obóz

21 lipca (środa)

         Pobudka o 8 rano to raczej pora dość późna, jak na góry, ale po nieprzespanych dwóch nocach należy się nam. Niestety, dla niektórych godzina ta była zbyt wczesna. Zaspana trójka z jednego namiotu mruczy, że spokojnie zdążą się spakować nawet jak wstaną godzinę później – cóż, ich wola. Doświadczenie uczy, że zwijanie obozu, jedzenie śniadania i inne czynności zajmują ok. 1,5 godziny. Wyjście zaplanowaliśmy na 10. Okazało się oczywiście, że wszyscy musimy czekać na zaspaną trójkę. Szkoda dnia, jest ładna pogoda, a rozległe łąki aż zapraszają żeby iść wyżej.. po kilkunastu minutach czekania pomału ruszamy na przełęcz  pod Ousoru licząc, że maruderzy nas dogonią. Wchodzimy na grzbiet połoniny i podziwiamy widoki. Przed nami, na PN z lekkim odbiciem na Zach. widnieje główny cel naszej dzisiejszej wędrówki Faraoane (1715). Po godzinie oczekiwania na przełęczy, dochodzą wreszcie śpiochy, jesteśmy trochę źli, więc zakładamy plecaki i idziemy w kierunku widniejącej piramidy Faraoane. Wędrówka jest trochę uciążliwa, bo musimy przechodzić przez płoty, których jest tutaj dużo. Schodzimy stromym zalesionym zboczem na polną drogę, zatrzymujemy się na chwilę przy strumyku i stwierdzamy, że znów nie ma naszej sławetnej trójki. Czekamy. Po kilkunastu minutach wyruszamy na poszukiwania. Wdrapujemy się na zbocze, wołamy, gwiżdżemy – zginęli! W końcu dostrzegamy ich daleko na zachodniej stronie zbocza. Okazało się, że szli wzdłuż płotu i tam dokąd ich wiódł płot to poszli. Dobiegamy do nich, nieźle już wkurzeni, zabieramy ich plecaki i szybko ruszamy polną drogą w kierunku grupy. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy okazuje się, że po jakimś czasie znów jednego brakuje i nie widać go nawet na drodze. Ponownie rusza ekipa poszukiwawcza, gość siedzi na drodze i marudzi, że nie mógł zdążyć (był bez plecaka) i nie wiedział dokąd iść (siedział na polnej drodze – nie dało się inaczej iść!). Znów straciliśmy ponad godzinę na to latanie za nimi. Zaciskam zęby, lepiej, żebym nic nie gadał, zarzucam swój plecak na garba i ruszamy. Niestety, jakby za karę, niebo robi się granatowe i zaczyna padać. Właśnie przechodzimy obok bacówki, na zaproszenie górali chowamy się w środku. Leje pięknie i konkretnie. Trochę próbujemy gadać, częstujemy gospodarzy czymś mocniejszym i po godzinie ruszamy dalej. Wokół bacówki jest rekordowe błoto, dobrze powyżej kostek, jeden z tej trójki ma na nogach fajne jasne adidasy i białe skarpetki… czasami lubię błoto.
            Podejście na szczyt jest dość strome, trochę mży, narzucamy szybkie tempo, trochę kosówki i stajemy pod skalistą piramidą szczytu. Na samym Faraoane mieści się tylko kilka osób. Widok piękny! Przed nami Alpy Rodniańskie, oraz najwyższy szczyt Suhardu Omu (1932) – na mapach oznaczony też jako – Omuli. Mała sesja zdjęciowa i, gdy już wszyscy docierają do szczytu, ruszamy w dalszą wędrówkę. Na niebie znów zaczynają zbierać się chmury, robi się szarawo, zaczynamy rozglądać się na miejscem na nocleg. Nie przeszliśmy zbyt wiele tego dnia, ale za to mamy piękne miejsce na obóz. Namioty rozbijamy na siodle połoniny. Poniżej błyszczy srebrnym dachem odnowiona cerkiew – zagubiona w środku Gór – kto tutaj przychodzi? Niedaleko nas przebiega spore stado półdzikich koni. Wieczór mija tradycyjnie na krzątaninie i ognisku, na szczęście nie pada.

 


Widok z przełęczy pod Ousoru w kierunku Faraoane

 

 

 

 

 



Obóz drugi na siodle połoniny

22 lipca (czwartek)

            Tym razem wszyscy mają powiedziane, że rano nie czekamy na nikogo! Budzę towarzystwo, nie ma entuzjazmu, ale zaczyna się poranny ruch. Ok. 10 wychodzimy. Nasza znana trójka oczywiście znów nie wyrobiła, ale nie czekamy – trudno. Przemierzamy rozległe hale, znów płoty, ale tym razem są bramy, lub rozsuwane belki. Idziemy cały czas właściwie polną drogą, choć w pewnym momencie pytamy o kierunek mijanego pasterza. Jest nas 14, nasza trójka zrezygnowała z wędrówki – stwierdzili, że nie po to przyjechali do Rumunii, żeby się tak męczyć – w końcu mają wakacje i chcą odpocząć!
Pogoda niewyraźna, z niepokojem obserwujemy niebo. Przed nami widać duże stado owiec i bacówkę oraz niedaleki już szczyt Omu. Niespodziewanie duże psy pasterskie, groźnie ujadając, otaczają naszą grupę i nie wygląda to przyjemnie. Bestie szczerzą wielkie zębiska i wcale nie ustępują nam drogi. Pasterze nie reagują. Ruszam pomału do przodu z kilkoma psami tuż przy nogach, kurcze, wygląda jakby chciały mnie pożreć żywcem. Dostrzegam przy ogrodzeniu solidny drąg, tanio nie oddam swojej skóry! Rudy, widać też się nie poddaje, wymachuje kijem, ale to doprowadza sforę do wściekłości. Żałuję, że nie mamy jakiś petard! Wniosek na przyszłość – warto mieć pod ręką petardy – mogą się przydać do odstraszania agresywnych zwierzaków. Wolniutko przechodzimy niebezpieczny rewir i zatrzymujemy się niedaleko przy małym źródełku uzupełniając zapasy wody. Trochę to trwa, bo ciurka ledwo, ledwo, gdy ruszamy w dalszą drogę, wokół grzmi już groźnie i zaczyna padać, robi się ciemno, zimno. Deszcz zaczyna przybierać na sile, chowamy się w gęstym lesie, chcąc przeczekać nawałnicę. Nad nami szaleje burza, pioruny walą jak oszalałe, deszcz zamienia się w grad. Jest nam mokro i zimno, skuleni pod pałatkami czekamy, żeby chociaż trochę mniej padało. Wokół zasnute wszystko mgłami i ciągle leje. Po ponad pół godzinie mamy dość tego siedzenia, na szczęście deszcz prawie przestał padać, a wiatr nieco rozwiał chmury – ruszamy. Idziemy ostro pod górę, trzeba się rozgrzać, a wszyscy jesteśmy przemoczeni. Niestety połonina ustępuje miejsca kosówce. Brr, jest wysoka i mokra! Jeśli ktoś nie był jeszcze mokry, to teraz nie ma szans! Droga, po której idziemy trawersuje szczyt Omu, nie ma wielu chętnych na wspinanie się na niego. Decydują się na to tylko dwaj Piotrzy i Rudy, my czekamy na nich za szczytem na przełęczy. Przestało padać i nawet otwierają się widoki. Wiemy już, że dziś nie dojdziemy na przełęcz Rotunda. Dostrzegamy dogodne miejsce na rozbicie namiotów, robimy to właściwie na drodze przy strumyku. Rozbijamy się błyskawicznie, bo znów zaczyna padać, w ostatniej chwili wskakujemy do namiotów, chroniąc się w nich przed kolejną gwałtowną ulewą. Gotujemy w namiotach. Mamy jednak szczęście, deszcz mija, możemy rozpalić ognisko i rozpocząć wielkie suszenie. Zapada noc, a nas otula gęsta mgła, jaka czeka nas pogoda w następnych dniach?

 


Panorama w kierunku Alp Rodniańskich
 

23 lipca (piątek)

Z niepokojem obserwujemy chmury, mamy obawy w czasie zwijania namiotów czy nas przypadkiem nie zmoczy. Jednak wyruszamy dobrze widocznym szlakiem w kierunku przełęczy Rotunda. Wiemy, że na przełęczy jest sklep – marzą nam się różne smakołyki, ba – wręcz niektórzy mają różne fantazje, co też kupią: czekolady, piwo, świeże pieczywo.. na razie musimy tam dojść, a sprawa nie wygląda dobrze. Krótko po wymarszu zaczyna mocno grzmieć i błyskać się, w końcu zaczyna się okrutna burza, która łapie nas na otwartej połoninie, tuż przed szczytem. Zatrzymujemy się w strugach deszczu i z niepokojem kulimy się przy każdej błyskawicy i jednoczesnym przeraźliwym grzmocie. Wokół nas walą pioruny, a stok, na którym stoimy, zalewa woda. Kanonada i ulewa trwają ponad pół godziny, nie ruszamy się nawet na krok, bo jesteśmy tuż przy grani. Wreszcie burza przetacza się na inne zbocze, a deszcz nie jest już tak intensywny. Znów jesteśmy kompletnie przemoczeni, tzn. buty, bo pałatki uchroniły nas od zmoknięcia, ale marsz w deszczu robi swoje i w końcu i tak jesteśmy dość mokrzy. Otacza nas gęsta mgła, dobrze, że szlak jest dość wyraźnie zaznaczony i nie ma większych problemów z odnajdowaniem drogi. Teraz już tylko marzymy o sklepie. Wędrówka na mokro i we mgle dłuży się nam, ale po jakimś czasie zaczynają pojawiać się jakieś budynki i wyraźniejsza droga, słychać nawet odgłos samochodów. Również niebo lituje się nad nami i zaczyna pojawiać się słońce. Nareszcie dochodzimy do schroniska-sklepu, tak naprawdę to ani schronisko, ani sklep, ale piwo i kilka czekolad jest. Robimy dłuższy postój, robi się pięknie gorąco i słonecznie, suszymy więc co tylko się da i szykujemy jedzonko. Widać, że kabana jest popularna w okolicy, bo ruch jest spory, są to głównie jacyś miejscowi i przejezdni zmotoryzowani. Obok nas grupa młodych Rumunów rozpala grila i smażą małe kotleciki, zapach wokół roznosi się przecudny, że ślinka cieknie wszystkim. Jakie jest nasze zdziwienie i radość, gdy sympatyczni chłopacy ofiarują nam całą miskę usmażonych kotlecików! Zjadamy z wielkim apetytem i radością, humory poprawiają się radykalnie. Niestety w sklepie nie ma chleba, a na to liczyliśmy. Właściciel obiecuje, że będzie jutro rano – zamawiamy więc sporą ilość i postanawiamy rozbić namioty kilkaset metrów dalej na rozległej polanie. Rozpalamy duże ognisko, mamy znów sporo rzeczy do suszenia, Rudy z bratem Igorem przegrali losowanie, idą więc do sklepu po skrzynkę piwa i siedzenie przy ognisku zyskuje jeszcze na atrakcyjności J. Siedzimy długo w nocy, przekładamy skarpety i buty przy ogniu żeby nazajutrz były suche.

 


Widok w kierunku Gór Rodniańskich
 



Przed kabaną

24 lipca (sobota)

Wstajemy wcześnie, kilkoro z nas idzie do sklepu po zamówione chleby. Trwa poranna krzątanina. Pogoda raczej optymistyczna, widzimy wyniosły szczyt, na który dziś chcemy wejść Ineu (2279), to ponad tysiąc metrów różnicy poziomów, ale szczyt wygląda przecudnie. Ruszamy ostro pod górę. Najpierw zdobywamy SAUA GAJEI ( 1721), za nim jest strome zejście w kosówce i trawers do malowniczych jeziorek. Przy pierwszym z nich Lala Mare (1815), zatrzymujemy się na dłużej. Łapie nas przelotny deszcz, ale zaraz wychodzi słońce. Męska część ekipy decyduje się na kąpiel w jeziorze, cudnie – choć niezbyt ciepło :). Dziewczęta jakoś bez entuzjazmu do kąpieli... Miejsce jest przepiękne, z jednej strony stromy stok przechodzący w skalną turnię, pokryty niżej trawami, krzakami borówek i kwitnącymi na różowo różanecznikami, z drugiej -  rozległa dolina i widok na liczne szczyty gór. Sjesta trwa chyba z 2 godziny, aż żal opuszczać to miejsce. Ruszamy jednak, i to stromo w górę na przełęcz Saua Ineutuluri, a zaraz za nią Saua cu Lac (2140). Tu szlak wiedzie na szczyt Ineu, można też minąć szczyt trawersem. Wykąpani idą na szczyt, niewykąpane idą trawersem i czekają na nas na następnej przełęczy. Podejście jest strome, ale łatwe, za to widok ze szczytu jest imponujący i powalający na kolana... Schodzimy i dalej idziemy już razem granią, z której roztaczają się fantastyczne widoki. Sama grań jest dość wąska i falista. Trochę kamieni, trochę skał,  w większości jednak połoninna. Uwielbiam taką trasę, rozległe widoki, urozmaicone trudności, czasami trzeba iść po skale, piękna pogoda. Jednak po kilku godzinach wędrówki wszyscy czujemy zmęczenie, staramy się wypatrzyć jakieś dogodne miejsce na nocleg, co na grani nie jest łatwe. Wypatrujemy, co prawda, przełęcz za Gargalau, ale dziewczyny się buntują, że to za daleko. W okolicy szczytu Cisa (2036), mijamy małą półkę poniżej grani, schodzimy na nią i rozbijamy namioty. Do wody trzeba zejść, co prawda, bardzo nisko, ale za to widoki są wspaniałe i zejście jest przyjemne. Tym razem nie ma ogniska, zupełnie nie ma co palić! Na dodatek zrywa się silny wiatr, musimy uważać żeby niczego nam nie zwiało, bo dolina przed nami jest bardzo stroma. W szumie wiatru, łopocie szarpanego tropiku namiotu zasypiamy po ciężkim dniu wędrówki.

 


Przed Ineu


Rózaneczniki nad Lala Mare


Na grani Gór Rodniańskich

25 lipca (niedziela)

Rano budzimy się widząc nad głowami błękit nieba. Niektórzy narzekają na obtarte stopy i pęcherze, postanawiamy, że dzisiejsza trasa będzie krótka – w końcu dziś niedziela.
        Ruszamy dalej granią i zachwycamy się tym co widzimy dookoła. Idzie się świetnie. Trochę wchodzimy, trochę schodzimy, zdobywamy Gargalau (2159) i dość szybko dochodzimy do upatrzonego wcześniej na nocleg miejsca nad jeziorkiem Cailor. Po pertraktacjach postanawiamy jednak iść dalej, grań kusi widokami i radością wędrówki. W okolicach szczytu Galatululi (2048), pojawia się mgła i zaczyna padać, na dodatek szlak wiedzie znów przez kosówkę. Za szczytem zatrzymujemy się na dłużej bo leje coraz mocniej i zbliża się burza. Grzmi i nadciągają ciężkie, granatowe chmury. Obserwujemy je z niepokojem, lecz ku naszej radości, wiatr przepędza burzę i chmury na Pd. Część rusza jeszcze w deszczu, inni nieco później. Liczę na to, że uda nam się dojść do zaznaczonego na mapie miejsca noclegowego na przełęczy zwornikowej o nazwie Saua Intre Izvoare. Robi się już późno, wychodzę właśnie na połoninę, z której rozpościera się, poprzez mgły, przecudny widok na Pietrosa (2303) – najwyższy szczyt tych Gór. Przepływa nawet mały strumyczek – miejsce wymarzone na nocleg. Rozbijamy namioty, a Góry w nagrodę za trudy dnia obdarowują nas przepięknym zachodem słońca i czystym niebem. Zbieramy wyschnięte i wyrwane śnieżnymi lawinami gałęzie kosówki, które palą się znakomicie. Co prawda robi się okrutnie zimno, ale humory dopisują.

 


Malownicza i piękna grań

Grań Rodniańskich

Obóz z widokiem na Pietrosa

26 lipca (poniedziałek)

Ranek jest słoneczny, a widoki powalające. Na wyciągnięcie ręki widzimy najwyższe szczyty Alp Rodniańskich z Pietrosem na czele. Widok ten zawdzięczamy zawijającej się grani w kształcie litery U. Raźnie ruszamy w trasę, dziś zdobywamy przecież Pietrosa! Wędrówka granią Rodniańskich to czysta przyjemność i radość!
        Wspinamy się stromym trawiastym stokiem na Repede (2074) i Cormaia (2033). Na przełęczy Tarnita „La Cruce” (1985) rozdzielamy się. Jedna grupa idzie granią na Pietrosa, ja z drugą grupą chcemy zobaczyć  jeszcze jeziorka Taurille Buhaescului. Trochę kluczymy, zanim znajdujemy do nich dojście. Idziemy wśród kamieni, skał i traw. Wędrówka trwa dłużej niż sądziliśmy, ale urok kotła z jeziorkami rekompensuje trudy. Przy jednym z nich robimy odpoczynek, gotujemy posiłek i zachwycamy się widokami. Przed nami piętrzy się 500 metrowa stroma grań Pietrosa. Niestety, pogoda znów się psuje, niebo zasłaniają ciemne chmury i zaczyna padać. Opatuleni w pałatki pniemy się jednak wytrwale w górę, szkoda tylko, że mgła ogranicza widoki. Im wyżej tym robi się zimniej, deszcz targany silnym wiatrem zamienia się w grad. Wychodzimy na przełęcz Curmatura Pietrosului. Dalej już samą granią docieramy do szczytu. Jest okrutnie zimno, wieje wiatr, ale też dzięki temu rozwiewa nieco chmury i widzimy część Gór od wschodu przez Pd po Zach. Od strony PN wszystko w gęstych chmurach – szkoda, chciałem zobaczyć Góry na Ukrainie, po których tyle już chodziliśmy. Robimy fotki i szybko schodzimy w dół w kierunku Borsy. I znów pogoda płata nam figla, nagle wychodzi słońce i świat nabiera kolorów! Zejście jest karkołomne, liczne trawersy piarżystym stokiem. Po raz pierwszy też udało mi się zobaczyć niesamowite zjawisko, gdy tęcza rozpościera się pod nogami. Byliśmy nad tęczą i wolniutko schodziliśmy w nią. Nad głowami rozwarł się błękit nieba, a w dole wiatr rozpędzał mgły... i ta tęcza... niesamowite. Dolina, do której schodziliśmy jest niesamowicie malownicza. W skalnym kotle, wśród zieleni traw błyszczy w słońcu zielonkawe duże jezioro, dalej dolina przełamuje się i roztacza się widok na dalekie Góry i obniżenie, w którym widać liczne osady, w tym Borsę.
          W słońcu dochodzimy do jeziora Iezer (1786) i tradycyjnie decydujemy się na kąpiel. Woda jest lodowato zimna, więc kąpiel nie trwa długo. Maciej próbuje wydoić krowę, która spokojnie pasie się obok jeziora, ale krowa nie wykazuje dobrej woli, albo też talent i urok dojarza nie był wystarczający, bo krowa obdarzyła go tylko kilkoma kropelkami mleka. Zadawalamy się wodą – gotujemy herbatę i przygotowujemy posiłek. Nie chce się nam schodzić do Borsy i postanawiamy przenocować przy stacji meteorologicznej, wg mapy zaznaczone jest tam pole namiotowe. Miny nam rzedną, gdy widzimy straszny bałagan i sterty śmieci, ale jednak decydujemy się na rozbicie namiotów, bo miejsce jest mimo wszystko bardzo malownicze. Wieczorem zrywa się bardzo silny wiatr i znów zaczyna padać deszcz. Chowamy się w namiotach, żałuję, że nie możemy zrobić pożegnalnego ogniska, pykam fajeczkę w wejściu namiotu, gdy nagle dostrzegam idące w górę znane postacie. To nasza wytrwała trójka! Okazało się, że po zwiedzeniu kilku dyskotek i lokali postanowili na koniec zobaczyć z bliska Pietrosa i jeziorko pod nim.

 


Widok najwyższej partii Rodniańskich


Grupa na tle Pietrosa

W drodze na "dach" Rodniańskich

Widok z Pietrosa

27 lipca (wtorek)

            Ranek znów jest słoneczny. Zwijamy namioty, jeszcze tęskne i pełne zachwytu spojrzenie na skalny kocioł za nami i schodzimy w dół do Borsy. Borsa to dość duże miasteczko, jest tu bank, bankomat, sporo sklepów, co ułatwia nam życie. Grzeje niesamowicie. W Borsie okupujemy sklep i szukamy połączenia z Vatra Dornei. Nie ma autobusu i musimy wynająć busa, co okazuje się dużym problemem, co dziwi nas bardzo, bo na ulicach stoi busów cała masa, ale kierowcy chcą jechać tylko do Włoch! wg nich nie opłaca się im jechać przez góry w kierunku granicy Ukraińskiej. Wreszcie znajdujemy jakiegoś chętnego, ale cena jest wysoka i nie ma mowy na obniżenie stawki, targowanie nie wchodzi w grę. Decydujemy się jednak i cała 17 ładuje się z plecakami do środka. Rzeczywiście droga pnie się na wysoką przełęcz Prislop (1416), i podróż zajmuje nam sporo czasu. Wysiadamy po przejechaniu ok. 80 km na stacji kolejowej w Iacobeni tuż przed odjazdem pociągu do Suczawy, w biegu kupujemy bilety i wskakujemy do pociągu. Po drodze widzimy, jak dużo wody spadło w górach. Niektóre miejscowości są podtopione, a droga do Suczawy zalana wodą – dobrze, że jedziemy pociągiem.
            Wysiadamy na obskurnym dworcu kolejowym w Suczawie i do centrum jedziemy trolejbusem. W nocy mamy autobus do Przemyśla, wolimy zawczasu zająć sobie miejsce w kolejce, bo pomimo wysokiej ceny za bilet 1000 000 lei, wcale nie łatwo dostać się do autobusu. Zdążyliśmy jednak też zjeść w restauracji niezłą pizzę, uzupełnić prowiant na drogę, a także kupić olbrzymiego arbuza, którego nie zdołaliśmy całego zjeść.

 


W kotle Iezer z Pietrosem w tle

28 lipca (środa)

            Nad ranem – chyba o 4 wsiadamy do autobusu, były kłopoty z miejscami, ale na szczęście wszyscy pakują się do środka, znów kontrabanda w każdym zakamarku... dłuuga podróż.. ale w końcu wysiadamy późnym popołudniem w Przemyślu. Żegnamy się z żalem i umawiamy na spotkanie w bacówce u Rudego jesienią. Będzie co wspominać i oglądać.

 

   

   W czasie planowania i pobytu w Rumunii korzystałem z:
 - opisów  znalezionych w Internecie
 - mapa węgierska Muntii Rodnei 1: 50 000.  Budapeszt 2003.,
- przewodnik Pascala „Rumunia” 2001 r.

   

relacja z wyprawy w Alpy Rodniańskie, Suchard, Rumunia