Moja próba przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

17-19 września 2010 r.

 

   
 

Mój opis jest jak najbardziej subiektywny, czyli związany z moimi odczuciami. Na pewno bardziej obiektywnie i bardziej fachowe porady związanie z „Przejściem” można znaleźć w licznych postach na forum dyskusyjnym portalu: http://przejsciekotliny.org/pl/forum-mainmenu-23

Tym bardziej, że to było moje pierwsze podejście, no i niestety nie doszedłem do końca. Mimo wszystko, udział w tej imprezie dał mi dużo do myślenia, przysporzył nowych doświadczeń dzięki którym mogę wyciągnąć wnioski i naukę na przyszłość.

         Nie będę się rozpisywać o samej imprezie, jej celu itd. – zachęcam do zaglądnięcia na podaną wyżej stronę – na pewno znajdziecie tam wszystkie informacje.

Najkrócej rzecz ujmując, chodzi o przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej (ok. 150 km) w max. 48 godzin, według wyznaczonej przez organizatorów trasy. Przy czym, należy być samowystarczalnym (za wyjątkiem wyżywienia i picia).

Pragnę jeszcze nadmienić, że tak właściwie, to nie jestem zwolennikiem takiego typu spędzania czasu w Górach… , ale czasami przychodzi taka chwila, że człowiek decyduje się na dziwne rzeczy, czasami z ciekawości, czasami z przekory, może czasami dla sprawdzenia samego siebie – i pewnie tak było w moim przypadku.

Dość wcześnie, bo już 1 czerwca 2010 roku zapisuję się internetowo do „Przejścia”, właściwie to mam szczęście, bo zapisy trwają tylko 15 minut i już limit jest wyczerpany. Wpłacam więc wpisowe 50 zł i zaczynam drążyć temat.

W pierwszej kolejności dokładnie przeglądam stronę: http://przejsciekotliny.org, gdzie jest mapa z zaznaczoną trasą, a na forum różne opisy, dyskusje i opinie tych co już niejedno przejście zaliczyli, lub zaliczyć zamierzają.

Po przeczytaniu wielu wątków nasuwają mi się wątpliwości co do przebiegu trasy, wygląda na to, że należy liczyć się z trudnościami orientacyjnymi, tym bardziej, że wiele odcinków „bezszlakowych” pokonać trzeba nocą.

Oczywiście cały czas nurtuje mnie pytanie, czy podołam, czy dojdę do mety, a jeśli nie, to ile zdołam przejść. Może więc, dla samego zaspokojenia tej ciekawości warto podjąć taką próbę?

Na miejsce, czyli do Szklarskiej Poręby docieram 17 września, grubo później niż planowałem, bo na 1,5 godziny przed startem. Niestety, już sama droga, może niezbyt długa, bo ok. 250 km, dała mi się we znaki. Korki, deszcz… cóż, niezbyt dobry początek. W namiocie organizatorów zgłaszam się, pokazuję wyposażenie apteczki, czołówkę i otrzymuję numer startowy, mapę i kilka gadżetów. Teraz biegiem do małego pensjonatu, w którym ma nocować część mojej rodzinki, szybka herbata i kanapka, jeszcze szybsze przebranie się i wracam na miejsce startu, czyli pod dolną stację kolejki na Szrenicę.

Należy być tu najpóźniej pół godziny przed startem, czyli 19:30. Widok jest ciekawy, mnóstwo ludzi, gwar, wyczekiwanie. Już na wstępie widzę, że zdecydowanie przesadziłem z wielkością mojego plecaka. Zdecydowana większość uczestników „Przejścia” ma na sobie malutkie plecaczki, myślę, że max. 4-5 kg. Kurczę, że ja zawsze muszę mieć tyle niezbędnych rzeczy! Cóż, nie ma już rady, muszę utachać te moje z 13 kg. Drugie spostrzeżenie to buty. Mam na sobie dość ciężkie trekingowe, w plecaku adidasy na niższe partie trasy. Większość jest obuta w adidasy już na starcie.

Mimo wszystko ruszam w dobrym nastroju. Pogoda jest bardzo sprzyjająca i oby taka się utrzymała, zwarzywszy, że przez ostatnich kilka dni było wrednie – deszczowo, zimno i wietrznie.

Dokładnie o 20:00 ruszamy w wezbranym tłumie prawie 300 uczestników. Przechodzimy przez bramkę startową i ruszamy w tłumie w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. Robi się szybko ciemno, więc większość zapala latarki, czołówki i w takim świetlistym pochodzie dochodzimy do schroniska na Hali Szrenickiej. Tu chwila na małego batona i już ruszam dalej. Idę dość raźnym tempem. Jeszcze nie czuję ciężaru plecaka, mocno pomagam sobie kijkami i idzie się nawet przyjemnie. Wyprzedzam nawet sporo osób i pomimo tak licznej grupy na starcie, to na grań Karkonoszy wchodzę prawie samotnie. Można powiedzieć, że peleton rozciągnął się już znacznie i na pewno jestem poza główną grupą maszerujących. Grań wita mnie rozgwieżdżonym niebem i lśniącym księżycem. Bez kłopotów utrzymuję niezłe tempo marszu, które w takiej scenerii – jasnej nocy daje swoistą radość.

Dochodzę do Śnieżnych Kotłów i czuję jakbym przekroczył koło podbiegunowe. Wchodzę w mgłę, a wiatr jak zimnymi mackami otacza mnie lodowatym tumanem. Robi się okrutnie zimno. Przy zabudowaniach anten przekaźnikowych zatrzymuję się na chwilę i zakładam pod goretexa dodatkowo polara. Po kilku krokach jestem zmuszony jeszcze raz się zatrzymać żeby wyszukać i założyć rękawiczki, bo dłonie skostniały mi z zimna. Liczę na to, że ruch rozgrzeje mnie i nie będę musiał ubierać się ponownie. Tak też jest w istocie. Nawet mgła zostaje gdzieś za mną i znów jest gwieździście nad głową. Niestety, trasa wiedzie głównym szlakiem graniowym, tak więc trzeba iść po bruku, czasami nawet po asfaltowej drodze – makabra. Przed Odrodzeniem zagaduję do jednego gościa, który już ma pewne doświadczenie w „Przejściach”, twierdzi, że warto wejść do schroniska, bo można napić się gorącej herbaty. Zbaczamy więc trochę ze szlaku i idziemy do schroniska. Okazuje się jednak, że schronisko jest owszem otwarte, ale można tylko wejść do korytarza, bufet jest już zamknięty. Jest ok. 12 w nocy. Zdejmuję polara i ruszam dalej. Teraz ciągle w górę. Ok. 2 wchodzę do schroniska „Śląski Dom”. Tutaj robi sobie przerwę spora grupa wędrowców. Wielu opatruje już obtarte stopy, niektórzy trochę drzemią. Ustawiam się w długiej kolejce przy bufecie. Kupuję, a właściwie otrzymuję gratis (płacę tylko za cytrynę) dwie gorące herbaty, z ulgą siadam i zjadam kilka bułek. Przy okazji suszę trochę rzeczy zmoczone przez mgłę.

Prawie po godzinie ruszam dalej, tym razem przede mną najwyższy szczyt trasy, czyli Śnieżka 1602 m n.p.m. Podejście zajmuje mi 25 minut. Nie zatrzymuję się w otwartym schronisku, tylko raźnie schodzę w kierunku Przełęczy Okraj. Niektórzy narzekają na to zejście ze Śnieżki, na schody i dość dużą stromiznę. Ja nie czuję specjalnego dyskomfortu. Korzystam aktywnie z kijków, które umiejętnie wykorzystywane zdecydowanie odciążają stawy kolanowe. Kilkanaście minut po 4 widzę szlakowskaz na Przełęcz Okraj – 40 min., już prawie cieszę się, że tak niedaleko, ale niestety, trasa wiedzie przez Skalny Stół, a to dodatkowe 20 minut. Znów solidne podejście i najbardziej chyba uciążliwy odcinek jaki przeszedłem – czyli zejście na samą przełęcz – stromo, ślisko i paskudnie…

 Zaczynam odczuwać zmęczenie i mam ochotę na konkretny posiłek i odpoczynek. Przed schroniskiem jest pierwszy punkt kontrolny – zapisują mój numer, częstują wafelkiem i raczą dobrym słowem.

Dochodzę do schroniska – uff, nareszcie. Jest godzina 5:30. Trochę szkoda, że wschód słońca przesiedzę w schronisku, ale jakoś nie mam ochoty na dalszą marszrutę. Z ulgą zdejmuję buty, szybkie mycie, zamawiam żurek i małe piwo. Po godzinie błogości znów plecak na plecy i w drogę.

Trochę po asfalcie, trochę po żwirówce i wchodzę w Rudawy Janowickie. Mam trochę ładnych widoków na Karkonosze i Kotlinę. Mijam pierwszy punkt transportowy (organizatorzy zapewniają zwózkę do Szklarskiej z trasy w określonych wcześniej punktach). Dowiaduję się, że w Karkonoszach zrezygnowało z wędrówki ok. 30 osób.

Zmęczenie daje się już pewnie trochę we znaki, bo tempo mi spada, ale nie jest jeszcze źle. Co prawda myślałem, że tak długa wędrówka będzie okazją do jakichś przemyśleń, rozważań itp…, ale jakoś to nie działa. Przynajmniej w moim przypadku. Chyba zmęczenie jest zbyt duże i idzie się tak trochę jak w próżni, może nawet bezmyślnie, może z uporczywą myślą, żeby dojść… sam nie wiem, ale wędrówka po tylu godzinach nie daje już radości ani przyjemności.

W Rudawach Janowickich nie ma za wiele punktów widokowych. Idzie się prawie cały czas leśnymi drogami. Daje się odczuć monotonię. Słoneczko prześwituje, więc chociaż to daje poczucie ciepła i odrobinę przyjemności. Marzę o gorącym natrysku.

Zastanawiam się nad zmianą butów na adidasy, ale leśne drogi są dość błotniste, więc postanawiam poczekać z tą zamianą do Janowic, gdy będę musiał iść znów dość długi odcinek asfaltem.

Ok. 10 z minutami przechodzę koło kolejnego punktu kontrolnego pod Wołkiem. Odpoczywam chwilę na małej leśnej, osłonecznionej polance i ruszam dalej, czuję już dość mocne zmęczenie i ból mięśni nóg L.

Wędruję właściwie prawie cały czas samotnie, od czasu do czasu ktoś mnie, niestety, wyprzedza, czasami dochodzę do kogoś odpoczywającego lub idącego wolniej, ale raczej rzadko.

Ok. 11:30 dochodzę do zamku Bolczów. Kieruję się do Janowic, ale po drodze zatrzymuję się przy strumieniu. Rozkładam karimatę, trochę się myję, z ulgą moczę nogi w zimnej wodzie, zmieniam skarpety. Gotuję na gazie wodę i rozkoszuję się gorącą herbatą i kanapkami. Zjadam trochę słodyczy. Częstuję też kilka osób przechodzących obok kubkiem herbaty. Bez entuzjazmu, po prawie godzinie, zbieram się. Zmieniam buty na adidasy, uff, bo za ulga i lekkość na stopach. Niestety w plecaku z kolei przybyło z 3 kg i zaczyna mocno mi ciążyć i męczyć to dźwiganie.

Przechodzę Janowice i odtąd już razem z przyjaciółmi – Bożenką i Andrzejem podążamy dalej w kierunku Różanki – kolejnego punktu kontrolnego, a jednocześnie punktu żywieniowego, gdzie mają nas raczyć sławnym makaronem i herbatą ze sokiem.

Ok. 14 docieramy na miejsce – jest to ładna polana z widokiem na dalszą część wędrówki. Makaron jest rzeczywiście rewelacyjny, a herbata z sokiem malinowym smakuje bajecznie. Mała sjesta, próbuję nawet chwilę się zdrzemnąć na karimacie, ale marnie to mi wychodzi. Robi się jakoś tak wietrzenie i zimno, nie chce mi się wyciągać śpiwora, więc ze snu nici.

Teraz w grupie kilkuosobowej ruszamy w dół, w kierunku Gór Kaczawskich. Przechodzimy przez główną drogę (kierunek na Jelenią Górę) i wędrujemy dalej szlakiem niebieskim. Znów w górę i lasem. Postanawiam zmniejszyć ciężar plecaka i znów na nogi zakładam buty trekingowe, a adidasy wracają do plecaka.  Zaczynają mi doskwierać podeszwy stóp i jakieś otarcia bielizny. Bożenka narzeka na odciski na spodzie pięty. Tempo spada i trochę to przypomina drogę przez mękę…

Zaliczamy punkt kontrolny nr 3 na Przełęczy Komarnickiej, jeszcze kilka kilometrów i dojdziemy do kolejnego punktu transportowego za Przełęczą Widok. Zaczynam się zastanawiać, czy nie skończyć tej przygody właśnie w tym miejscu. Stopy i otarcia doskwierają coraz bardziej, wiem że z takimi dolegliwościami wędrówka nie ma większego sensu.

Trochę po godz. 19 dochodzimy do drogi asfaltowej pod Widokiem. Tu zastajemy kilka osób oczekujących na transport do Szklarskiej. Dołączam z Bożeną do nich. Andrzej jest twardy i decyduje się na dalszą wędrówkę. Ja odpuszczam. Na moim GPS-ie mam pokonany dystans: 84 km, cóż, rewelacji nie ma – 22 godziny marszu.

Na busa czekamy prawie 2 godziny straszliwie przy tym marznąc, pewnie zmęczenie spowodowało, że mamy mniejszą odporność na zimno.

Po godzinie 22 docieram do pensjonatu, w którym ulokowała się moja rodzinka. Z rozkoszą zrzucam plecak i zażywam długiej gorącej kąpieli pod prysznicem. Amen.

 

   
 

Kilka przemyśleń o „Przejściu”.

- za ciężki plecak – spokojnie na trasie można kupić żywność i picie

- za ciężkie buty – olbrzymia większość osób szła w adidasach i mimo kamieni i błota, dała radę

- koniecznie zmieniać bieliznę w czasie wędrówki

Nadpodziw dobrze wytrzymały mi kolana, bolały natomiast stawy biodrowe, mięśnie ramion (od kijków, ale to dobrze), różne otarcia w nieciekawych miejscach i najbardziej podeszwy stóp.

Jestem pełen uznania i szacunku dla tych, którzy przeszli całą trasę – to są prawdziwi giganci! Trasę przeszło, podobnie jak w przejściach wcześniejszych, ok. 30% uczestników.

Czy podejmę próbę w przyszłym roku? – nie wiem, prawdę mówiąc przyjemności w tym nie ma za wiele, Góry schodzą na drugi, a może jeszcze dalszy plan… - cóż – zobaczymy J.