Borżawa, Kuk, Piskonia – lipiec 2010 r.

Zdjęcia na: http://picasaweb.google.com/halicze/BorzawaIPiskonia2010R#

 

   
 

Kolejny wyjazd w Góry na Ukrainę, dla mnie to już siódmy. Uwielbiam bezkres połonin, gdy wzrok może wędrować po horyzont po łagodnych zielonych graniach, a w sercu jakaś taka niewytłumaczalna tęsknota, rzewność, nic tylko „Atamana” śpiewać, tylko iść w ten bezkres, wtulić się w te otwarte ramiona połonin rozkołysanych wiatrem… zagubić się w tym bezkresie, rozbić namiot wśród falujących traw, posiedzieć do później nocy przy ognisku pod rozgwieżdżonym niebem… daleko, daleko od codzienności, od cywilizacji…
           Tym razem chcemy przejść połoninę Borżawę, do połoniny Kuk, później przejść w pasmo Piskoni, a następnie poprzez Mołodą i Jajko Ilemskie dojść do Doliny. Plan zakłada dwa tygodnie pobytu w Górach, ale dajemy sobie sporo luzu i zakładamy całkowicie beztroską wędrówkę, bez narzucania sobie jakichkolwiek celów – chcemy nacieszyć się widokami, mieć czas na wchłonięcie całego majestatu Gór.
            Nasza ekipa to 10 osób, jak zwykle ciekawych i sympatycznych ludzi
J, przy czym 3 osoby: Olka, Wojtka i Łukasza znam tylko z wcześniejszych maili. Z Kamilą i Kubą znamy się już z wcześniejszych wypraw. Pozostała piątka, to moi najbliżsi: Malika, Darek, Rafał i Malina, dla której jest to pierwsza tego typu górska wyprawa „na ciężko”.
           Co prawda, dźwiganie codziennie ciężkiego plecaka w górach to spory wysiłek, ale mimo wszystko daje to prawie całkowitą swobodę w działalności górskiej. A niewątpliwie poczucie wolności jest tu najbardziej dominujące i za nic nie chciałbym aby było inaczej. Tak więc w naszych plecakach są namioty, spory zapas jedzenia i mnóstwo innych, mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Nie brakuje ani siekiery, ani tym bardziej, dźwiganej przez Draka, gitary.

 

   
 

17 lipca – sobota

Przemyśl – Medyka (granica) – Stryj - Wołowiec

          Zgodnie z planem spotykamy się wszyscy w Przemyślu kilka minut po ósmej rano. Uściski rąk, wesołe powitania i szybko poznajemy się wzajemnie. Zaczynamy tradycyjnie od obfitego śniadanio-obiadu (tak na pożegnanie z krajem – schabowy z kapustą J. Wymieniamy złotówki na hrywny po ok. 200-300 hrywien i idziemy na przystanek busów, które kursują na granicę. Udaje się nam jakoś zapakować z naszymi wielkimi plecakami i po kilku minutach już zmierzamy do odprawy granicznej. Z radością stwierdzamy, że nie ma zbyt wielu ludzi, bardzo sprawnie i szybko przechodzimy na stronę Ukraińską. Tu odprawa trwa trochę dłużej, bo musimy wypełnić „karteczki-wizy”, ale i tak tempo jest prawie rekordowe. Należy pamiętać, aby dobrze zabezpieczyć oderwaną część karteczki-wizy, bo trzeba ją oddać koniecznie przy powrocie.
           Jak zwykle zaraz po przekroczeniu granicy zagaduje do nas gość, który proponuje busa w dowolne miejsce na świecie. Interesuje nas dojazd do Stryja, ale cena jest dość wygórowana, rezygnujemy więc i idziemy na dworzec busów. Niestety w ciągu najbliższych godzin nie ma nic w naszym kierunku. Wracamy więc do gościa i negocjujemy cenę. Jakoś udaje się trochę utargować i za 300 hrywien od całej grupy jedziemy do Stryja. Trochę jesteśmy upchani, bo busik nie jest zbyt duży, a i upał daje się we znaki, ale humory dopisują.
            W Stryju mamy trochę czasu na zakupy i spacer. Ok. 16 wsiadamy do pociągu, a po dwóch godzinach wysiadamy w Wołowcu u podnóża Borżawy.
             No to teraz zaczyna się właściwa wyprawa, zarzucamy plecaki i ochoczo ruszamy w Góry. Zaraz za stacją skręcamy w lewo, później pod wiaduktem (pod torami) i w końcu wychodzimy z Wołowca. Zamierzamy tylko za wsią znaleźć dogodne miejsce na biwak – za nami jest już 24 godziny podróży, tak więc nie ma sensu iść gdzieś daleko.
             Bez trudu znajdujemy dogodne miejsce nad strumieniem i rozbijamy namioty. Co prawda, wcześniej zatrzymuje nas leśniczy z wyraźnymi oznakami nadużytego alkoholu, który wmawia nam, że nie można bez jego pisemnego zezwolenia iść w Góry, ale jakoś udaje się nam go udobruchać i daje nam spokój.
             Rozbijamy namioty i szykujemy jedzenie. Cieszymy się, że już jesteśmy w Górach, że jest słoneczna pogoda, że mamy już rozpalone ognisko, że możemy wspólnie pośpiewać…

 

   
 

18 lipca – niedziela

Wołowiec – Płaj (Borżawa)

             Wstajemy bez pośpiechu ok. siódmej. Słoneczko zachęca do życia i wędrówki.
Tradycyjne poranne krzątanie, pakowanie i ruszamy w górę na Płaj. Nasz szlak początkowo łagodny, staje dęba. Idziemy pod liną energetyczną stromo w górę. Przed nami otwierają się coraz rozleglejsze widoki, serce rwie się do coraz rozleglejszych połonin.
           Borżawa to olbrzymia połonina porośnięta gęsto krzewami borówek (czarnej jagody) – nazywanej tutaj jasinią. W okresie letnim na połoninę przyjeżdżają liczne grupy tubylców przeczesujących grzebieniami każdy krzak jagód – jest to dla nich jedno z nielicznych źródeł dochodu. Jak się później dowiadujemy, jeden zbieracz może w ciągu dnia uzbierać nawet 40 kg jagód – w skupie otrzymują za nie ok. 11 hrywien za kilogram.
             Słońce przygrzewa coraz mocniej, a plecaki jeszcze pełne dobra wszelakiego na dwa tygodnie, ciążą niesamowicie. Pot spływa i kapie, a ja przyrzekam sobie, że już nigdy więcej nie zapakuję takiego wielkiego plecaka, że to ostatni raz! No ale te trzydzieści kilka kilko teraz trzeba tarmosić…
            Pomalutku zdobywamy wysokość, a ja próbuję pocieszyć się, że to dobra zaprawa przed wkrótce czekającą mnie wyprawą na Mont Blanc. Upał niepokojąco tężeje, przechodząc w duchotę trudną do zniesienia. Pojawiają się niskie, coraz ciemniejsze chmury. Nie ma wątpliwości, nadciąga burza.
            Wspominam moją pierwszą wyprawę na Ukrainę, początek był identyczny, też wejście na Płaj i burza na wstępie. Wiem, że na szczycie jest stacja meteorologiczna, i że można w niej znaleźć schronienie. Pniemy się więc dalej, uzupełniamy zapasy wody w źródełku po wschodniej stronie od szlaku, ale burza już nas dopada, już zaczyna padać, i robi się ciemno.
            Dochodzimy do stacji meteo i dogadujemy się z pracownikiem, że będziemy tu nocować. Początkowo niechętnie, ale w końcu się zgadza – kasuje od nas po 20 hrywien, ale cieszymy się, że schronimy się przed burzą. Ku naszemu jednak zdziwieniu, burza jakby się rozmyśliła. Deszcz przestaje padać, wiatr przegnał chmury - zgodnie z powiedzeniem – z wielkiej chmury mały deszcz. Jest dopiero ok. 16. Gotujemy obiad i cieszymy widokami oraz wolnym czasem. Na Płaju jest problem z wodą, idziemy więc spory kawałek do źródła i przynosimy z Rafałem 20 l wody.
          Podziwiamy piękny zachód słońca i tym razem bez ogniska idziemy spać do stacji.
 

 

 
 

19 lipca – poniedziałek

Płaj – Wielki Wierch – Stoj (Stohy) – Wielki Wierch – Magura - Grab

           Wstajemy wcześnie, jeszcze przed szóstą. Tak zażądał pracownik stacji. Martwi nas gęsta mgła. Na szczęście nie musimy zwijać namiotów, tak więc szybko i sprawnie szykujemy się do wyjścia. W międzyczasie przez mgłę zaczyna prześwitywać słońce, co nastraja nas optymistycznie, choć mgła nie poddaje się zbyt szybko.
            Kilkanaście minut po siódmej wychodzimy. Wchodzimy w tę mgłę, w kierunku Wielkiego Wierchu. Na szczęście mamy doskonały widok na najwyższy szczyt Borżawy – Stohy (Stoj) 1681 m n.p.m. Przepiękna, ciągnąca się długą granią strzelista połonina. Aby tam dojść musimy wejść na Wielki Wierch i dopiero z niego odbić na grań Stohów.
            Pniemy się więc rześko na szczyt, coniektórzy ułatwiają sobie wędrówkę trawersując Wielki Wierch od strony południowej. Już podczas podejścia mgła, jak magiczna zasłona, otula gęstą watą zbocza i doliny odsłaniając tylko wyższe szczyty. Wynurzamy się z tej mgły ciesząc się niesamowitym widokiem na osłonecznione Góry. Niesamowicie wyglądają oświetlone słońcem anteny stacji radiolokacyjnej na Płaju – jak pozaziemski statek kosmiczny.
            Chwilę zabawiamy na szczycie Wielkiego Wierchu 1598 m n.p.m. skąd mamy fantastyczny widok na całą grań Borżawy, po czym schodzimy na przełęcz w kierunku Stohów. Tutaj spotykamy pozostałą część grupy, zostawiamy plecaki i na lekko szybko podążamy na najwyższy szczyt. Wg H. Gąsiorowskiego to właśnie Stohy są najwyższym szczytem Bieszczadów, ale zdania są podzielone. Przeważa jednak pogląd głoszący, że to jednak Pikuj zasługuje na to miano najwyższego. Rzeczywiście, Borżawa jest dość odległym pasmem górskim i jej przynależność do Bieszczadów jest dość wątpliwa. Nie umniejsza to jednak w niczym urokowi tej potężnej połoniny. Opadające stromo zbocza, wyniosła grań, niesamowite widoki…, nic tyko się zachwycać i zachwycać, iść dalej i znów się zachwycać….
            Na Stohach do dziś widać pozostałości po sławnych kopułach radarów. Przecudny widok ze szczytu tym razem ogranicza jednak mgiełka. Dziewięć lat wcześniej widziałem stąd polskie Bieszczady (Tarnicę, Rawki), ale i tak jest fantastycznie. Z żalem wracamy pod Wielki Wierch. Droga na Stohy i spowrotem zajmuje ok. 2 godzin. Zjadamy kanapkę, zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy granią połoniny na wschód.
            Taką wędrówkę lubię najbardziej – samą granią, dookoła i zewsząd Góry i Góry.. . Choć ma to też i minusy. Mamy problem z wodą, no i ciężki plecak – ale do tego można się prawie przyzwyczaić, gorzej że nie ma wody. Nad nami znów niebo zasłania się ciemnymi chmurami. Zaczyna nieźle padać i wiać. Robi się mało przyjemnie i najlepiej byłoby znaleźć już miejsce na biwak. Deszcz i mgła uprzykrzają nam skutecznie wędrówkę, ale nie ma co się poddawać – idziemy dalej szukając dogodnego miejsca.
            Na szczęście po dobrej godzinie przestaje padać, a mgła rzednie na tyle, że można zorientować się w przestrzeni. Właśnie schodzimy z kolejnego wzniesienia ze szczytu Grab (1378), gdy stwierdzam, że to miejsce będzie się nadawało na biwak. Udaje mi się też odszukać małe źródełko – czyli miejsce niemal idealne na obóz. Szkoda tylko, że nie ma żadnego drewna na opał, a do najbliższych drzew jest spory kawał drogi i to bardzo stromego stoku. Cóż, rezygnujemy więc znów z ogniska, jesteśmy zbyt zmęczeni żeby iść po opał. Do tego dość silny wiatr przegania przez grań niskie chmury, z których co chwila spadają krople deszczu.

 

   
 

20 lipca – wtorek

Grab – Opołonok – Prislop - Kameń


        Budzi nas słońce – pięknie! Co prawda część połonin zakrywa jeszcze mgła, ale widać, że to raczej słońce wygra ten pojedynek. Krótko po godz. 9 już raźnie wędrujemy po wyraźnej drodze główną granią Borżawy. Za nami i przed nami cudowne falujące połoniny. Cieszymy się słońcem, widokami, przestrzenią i żeby było jeszcze piękniej zatrzymujemy się na popas wśród krzewów obfitych w jagody. I tak to w sielskiej atmosferze dochodzimy do przełęczy Prisłop (to dość powszechna nazwa przełęczy w Karpatach) z kamiennym krzyżem. Można przyjąć, że tym samym schodzimy z Borżawy a wchodzimy na połoninę Kuk. W dalszym ciągu towarzyszą nam niesamowite widoki i wielkie jagody. Po niedługim czasie przechodzimy koło bacówki i zagrody dla owiec. Troje z nas idzie kupić świeży ser, który zjadamy prawie w całości na poczekaniu.
            Idziemy dalej w kierunku coraz bardziej potężniejącego wierzchołka Połoniny Kuk. Niestety powtarza się scenariusz z poprzednich dni. Nadciągają ciemne chmury, słychać pomruki burzy i wygląda na to, że i tym razem nie uda się nam ujść na sucho. Chcemy być jak najbliżej Kuka, tak aby następnego dnia wejść na niego na lekko, ale pogoda stara się zniweczyć te plany. Nie ma co się jednak poddawać, zakładamy pałatki, kurtki i w strugach deszczu podążamy dalej. Szczęśliwie ulewa po chwili przechodzi i robi się jaśniej i bardziej optymistycznie. Dochodzimy do głębokiej przełęczy, która straszy nas kikutami wypalonych drzew i dewastacją wynikającą z poprowadzonego tędy rurociągu i siecią energetyczną. Przed nami wysokie i strome podejście, do Kuka już dość blisko i zastanawiam się czy nie jest to dobre miejsce na biwak. Towarzystwo chce jednak iść dalej, więc się nie upieram. Spoglądam jednak na niebo i wiedzę, że dookoła gromadzą się granatowe prawie chmury. Wiem, że za chwilę będzie tęga ulewa. Zarządzam więc natychmiastowe rozbicie namiotów, licząc że uda nam się znaleźć tu jakieś źródełko z wodą. Ponaglam do szybkich ruchów i rzeczywiście, lunęło nagle i ostro. Zerwał się bardzo silny wiatr, a deszcz bezlitośnie i wściekle siecze nasze namioty. Wokół szaleje burza. Leje tak ponad godzinę, później nawałnica nieco łagodnieje, żeby w końcu ucichnąć całkowicie. Jakie to szczęście, że zdążyliśmy schronić się w naszych namiotach. Wychodzimy na okrutnie mokry świat – mamy jeszcze trochę czasu do nocy, więc szukamy opału na ognisko. Olek znajduje małe źródełko z wodą, jest sporo drewna, czyli całkiem niezłe miejsce na nocleg. Mgły przetaczają się przez Góry i doliny podświetlone zachodzącym słońcem, wygląda to bardzo majestatycznie. Darek i Rafał grają na gitarze tworząc dodatkowo wspaniały nastrój. Dość długo siedzimy przy płonącym ognisku, śpiewamy wpatrzeni w ogień i czarne niebo nad nami. Kilkoro z nas ma zamiar wstać wcześnie rano i wejść na lekko na Kuka i wrócić do obozu. Później mamy już wszyscy razem, północnym trawersem Kuka, zejść do Miżigirie.

 

   
 

21 lipca – środa

Kameń – Kuk – Miżigirie - Negrowiec


           Wstajemy wczesnym rankiem. Jest jeszcze przed wschodem słońca. Szybkie śniadanie i szybkim tempem wspinamy się w kierunku Połoniny Kuk. Idziemy w pięć osób: Kamila, Kuba, Olek, Wojtek i ja. Najpierw stromą ścieżką, później wyraźną błotnistą drogą wychodzimy na przecudną połoninę. Pod nami ścielą się gęste mgły, a jednocześnie wstaje słońce – niesamowity spektakl światła i cienia. Czujemy się jak na wyspach otoczonych oceanem mgieł - wyspy to najwyższe okoliczne szczyty. Po drodze mijamy niemalże tłumy zbieraczy jagód, którzy tutaj wyjechali na przenajróżniejszych pojazdach, pewnie pamiętających jeszcze czasy wielkiej wojny ojczyźnianej
J.
            Na szczycie Kuka stajemy o godz. 7:30, po ponad półtorej podejścia. Zachwycamy się oświetlonymi słońcem mgłami, szczytami – jakiś taki magiczny świat wokół. Cisza, spokój, przestrzeń, szkoda że jednak mgła ogranicza widoki, ale ma to jakiś niesamowity urok. Cóż, trzeba wracać.
            Schodzimy do obozu, tu czeka na nas reszta towarzystwa. Zawijamy namioty i leśną ścieżką trawersujemy zbocze połoniny. Słoneczko pięknie sobie świeci, a nasza ścieżka znika w wysokiej, gęstej i niestety mokrej trawie. Wychodzimy w końcu na wyraźną drogę, dość mocno zmoczeni. Mamy wspaniały widok na sam szczyt Kuka i dalszą część połoniny, aż żal schodzić. Naszym oczom ukazują się żółte znaki szlaku – liczymy, że doprowadzą nas do Miżigirie. Robi się fajny upał, dobrze że idziemy w lesie. W pewnym momencie rozdzielamy się. Olek, Kuba i Wojtek chcą iść przez szczyt, a pozostali drogą ze szlakiem po trawersie. Umawiamy się na spotkanie w Miżigirie i ruszamy. Zejście jest długie i bardzo uciążliwe. Znów wychodzimy na otwartą przestrzeń i upał daje się we znaki każdemu. Gdy wydaje się nam, że do celu jest już blisko, okazuje się, że musimy skręcić na wschód i przejść jeszcze kilka kilometrów.
            Co za szczęście, że idziemy wzdłuż strumienia! W dogodnym miejscu zatrzymujemy się i zażywamy wspaniałej kąpieli w cudownie zimnej wodzie. Nareszcie po kilku dniach mamy wodo pod dostatkiem i możemy pluskać się do woli (nie licząc wcześniejszych ulew).
            Zajmuje nam to sporo czasu i trochę martwimy się, że bojowa szczytująca trójka naszych przyjaciół już na nas czeka niecierpliwie w Miżigirie, gdy nagle widzimy ich schodzących z góry w naszym kierunku. Tak więc znów razem ruszamy w kierunku miasteczka.
            Wychodzimy na brzegu sporej rzeki. Widok jest smętny – na brzegach zgromadzone są sterty śmieci, jakieś butelki, plastyki, i mnóstwo innego badziewia – tragedia. Niestety taki obrazek to już prawie standard na Ukrainie. Na obrzeżach każdej miejscowości piętrzą się sterty śmieci, a każda rzeka zamienia się w dogodny środek ich transportu. Widok straszny i odrażający. Widać jednak im to nie przeszkadza, wyrzucają wszystko gdzie popadnie, byle dalej od siebie, a najlepiej właśnie do rzeki! No cóż, Góry mają cudne, ale zasyfią ten kraj zupełnie, brud, bałagan i śmieci narastają w porażającym tempie
L
            W końcu dochodzimy do miasta. Chcemy coś zjeść, ale nie za bardzo jest gdzie. Cóż, zadawalamy się więc zimnym piwem i pysznym kwasem chlebowym. Kupujemy chleb, jakieś warzywa i owoce.
            Okazuje się, że Wojtek musi wracać do kraju, bo ma jakieś kłopoty z egzaminem na uczelni – szkoda i żal, ale nie ma rady – żegnamy się więc serdecznie i już w dziewiątkę wsiadamy do autobusu i jedziemy do Negorwca, a tak właściwie prawie do Kołoczawy.
Wysiadamy widząc znów żółte znaki szlaku. Wg mapy powinny doprowadzić nas na szczyty Negrowca i Piszkoni (Piskoni).
            Godzina robi się dość późna, a i zmęczenie daje się nam już we znaki, szukamy więc miejsca na obóz. Nie jest to łatwe. Zaraz za rzeką droga stromo pnie się w górę i raczej nie ma co liczyć na jakąś wodę. Trafiamy na szczęście do zagrody, w której kosi trawę sympatyczny chłopak i zgadza się na rozbicie tam namiotów. Jest tu też małe źródełko, tak więc możemy nareszcie odpocząć i zabrać się za gotowanie posiłku.
            Wieczór mija nam przy ognisku i śpiewograniu.

 

   
 

22 lipca – czwartek

Negrowiec - Darwajka

Od rana słońce ostro przygrzewa. Zwijamy obóz i ruszamy stromo pod górę, po cudnych trawach połoniny, z której roztaczają się widoki na Połoninę Krasną, na Strimbę, Piskonię i wiele, wiele innych pasm górskich… .
            Od czasu do czasu przystajemy w cieniu nielicznych drzew. Tu znajdujemy chwilę wytchnienia i minimalnego chłodu Udaje się też uzupełnić zapasy wody w małym źródle. Z łąk przechodzimy do lasu i pomału zdobywamy wysokość. Właśnie zamierzamy zrobić sobie dłuższą przerwę na herbatę i kanapki przy małym strumyczku, gdy nagle słyszymy zbliżającą się burzę. Tradycyjnie już lunęło gwałtownie i obficie. Ledwo udaje się nam poupychać ponownie wszystko do plecaków. Chwilę stoimy pod drzewami, ale deszcz jakoś nie chce zbyt szybko odpuścić, ubieramy się więc odpowiednio, i znów w strugach deszczu, pniemy się stromym, zalesionym stokiem w górę, ku połoninie Darwajka  - 1506 m n.p.m. (Darawijka).
            W końcu pokazuje się słońce i możemy nawet trochę się wysuszyć na małej leśnej polance z jagodami. Po chwili ruszamy dalej, aż nareszcie wychodzimy na cudną grań połoniny. Piskonia, czy też Piszkonia (różna pisownia w różnych źródłach), a ta wita nas przepięknymi widokami. Sama połonina jest niezwykle malownicza i cudna, a dookoła rozciąga się fantastyczny widok na nieskończone niemal morze szczytów. Widzimy charakterystyczne szczyty Gorganów, falującą grań Połoniny Krasnej, strzeliste szczyty Strimby i całe mnóstwo bliższych i dalszych pasm. Przecudne miejsce na biwak. Brakuje tylko wody
L. Ruszamy na poszukiwania. Malutkie źródełko znajdują Olek z Rafałem – czyli możemy śmiało rozbijać namioty, tym bardziej, że znów słyszymy groźne pomruki burzy, a ciemne chmury suną ku nam od strony Połoniny Krasnej. Uwijamy się szybko i udaje się nam schować do namiotów przed deszczem. Nie pada jednak długo. Co prawda gotujemy w namiotach, ale później możemy już śmiało je opuścić. Do wody jest spory kawałek drogi, więc staramy się gospodarować nią oszczędnie. Znów nie ma w rozsądnej odległości niczego do palenia. Czyli i tym razem nie ma ogniska – trudno, ale i tak biwak jest w niesamowicie pięknym miejscu.
            Pojawia się myśl, żeby nazajutrz obudzić się wcześnie i wyjść na wschód słońca, co prawda dookoła jest sporo mgieł, ale może ranek będzie pogodny…

 

   
 

23 lipca – piątek

Darwajka – Jasnowiec – Negrowiec – Piskonia - Ozieranka

Jakoś tak się nam dobrze śpi, że budzimy się, gdy jest już jasno. Z ciekawością wyglądam z namiotu i natychmiast mam ochotę z niego wyskoczyć. Piękne słoneczko na bezchmurnym niebie, fantastyczne widoki dookoła. Nogi aż same rwą się do wędrówki na bliskie połoninne szczyty. Spoglądamy w górę i widzimy tam stado koni a wśród nich wędrującą raźnie ku nam Kamilę, która jako jedyna nie przegapiła wschodu słońca i wyszła na jego spotkanie wcześnie rano.
            Już kilka minut po ósmej zaczynamy podejście po trawiastej grani. Naszym oczom odsłaniają się coraz rozleglejsze stoki gór. Na północy ciągnie się długie pasmo Gorganów – sporo wspomnień, za nami Połonina Krasna i Strimba – też jest co wspominać z wędrówki po nich…, tak właściwie, to gdzie nie spojrzeć, to same znajome szczyty i zapisana w nich pamięć wędrówek, wzruszeń i przeżyć…
            Cudnie się idzie taką powietrzną granią w słońcu i widokami. Najpierw wchodzimy na szczyt Jasnowiec (1600), krótki odpoczynek, następnie dość strome zejście, ponowne podejście i na Negrowcu (1709 m n.p.m.) jesteśmy przed godz. 10. Rozkoszujemy się chwilą: widokami, słońcem, przestrzenią… . Niespiesznie wędrujemy dalej dość wyraźnym szlakiem po grani połoniny to trochę w dół, to znów w górę. Po półtorej godzinie dochodzimy do metalowego krzyża. Znów trochę zdjęć, chwila na gorącą herbatę i kanapki z widokiem z góry na Góry.
            Tutaj, niestety znów kolejne pożegnanie. Tym razem opuszcza nas Łukasz, który chce jeszcze wyskoczyć w Góry Rumunii. Tak więc w ósemkę idziemy granią dalej, a Łukasz odbija na zachód do Sinewiru. Idziemy według, nawet nieźle oznakowanego czerwonymi znakami, szlaku.
            Tymczasem na niebie, już tradycyjnie, zbierają się ciemne chmury. Nie mamy najmniejszych złudzeń, co nas czeka w najbliższych godzinach. Pytanie tylko czy będzie to zwykła ulewa, czy ulewa połączona z burzą. Zaczynamy zejście wyraźną drogą w kierunku Sinewiru i Ozieranki – celu naszej dzisiejszej wędrówki. Dochodzimy do znaku rozwidlenia szlaków (czerwony – do Sinewiru 6 km; niebieski – muzeum lasu i spławu drewna – czyli nasza Ozieranka – 2 km). Po drodze mijamy jeszcze ścieżkę do śródleśnego osuwiskowego jeziora Ozirce, które planujemy zobaczyć nazajutrz. Wchodzimy w gęsty las i tu dopada nas deszcz. Nie jest może ulewny, ale pada sobie miarowo i równo. Dochodzimy do celu. Widzimy ładny budynek dawnego muzeum, niestety dość mocno zaniedbany, dalej nad rzeką straszą ruiny dawnej klauzy. Chowamy się pod zadaszeniem muzeum, a ja idę do pobliskiego domu zapytać o możliwość noclegu. Dowiaduję się tam, że owszem możemy się rozbić przy tzw. kolibie, ale trzeba będzie zapłacić. Idziemy na polankę koło klauzy i z ciekawością zaglądamy do zbudowanej z drewnianych okrąglaków koliby. Z zaskoczeniem stwierdzamy że jest tam czysto, przestronnie, sucho i całkiem przyjemnie. Są stoły, ławy i miejsce na ognisko. Decydujemy się więc na nocleg w tym miejscu, tym bardziej, że ciągle pada, a koliba daje możliwość wygodnego przygotowania posiłku i przytulnego posiedzenia przy ognisku.
            Na upartego można tam nawet przenocować. Przygotowujemy obiad – obok jest obfite źródło. Przestaje padać rozbijamy więc tuż obok namioty. Dowiadujemy się od zarządzającego kolibą, że ok. 3 km w górę rzeki jest osada, a w niej coś w rodzaju sklepu. Olek, Rafał i Darek ruszają więc na zakupy. Udaje się im stopem pokonać całą drogę i przynoszą chleb, piwo i kilka innych zakupów. W kolibie rozpalamy ognisko i bardzo przyjemnie spędzamy wieczór.

 

   
 

24 lipca – sobota

Ozieranka

          Na dzisiaj mamy zaplanowany dzień rekreacyjny. Czyli błogie lenistwo, kąpiel w rzece, pranie i objadanie się J. Ranek jest pogodny, niektórzy ruszają szybko do jeziora w lesie inni zażywają kąpieli w rzece. Niestety, sielanka nie trwa zbyt długo. Zaczyna grzmieć i nieźle padać. Tym razem już grubo przed południem. Na szczęście mamy swoją kolibę, więc biesiadujemy sobie w niej beztrosko. Mnie udaje się jeszcze przed ulewą uzbierać trochę jagód, tak więc mam pyszny słodki deser.
            Pada już do końca dnia. Znów kilka osób wybiera się do sklepu, ale tym razem już pokonują całą drogę na nogach, no i w deszczu. Okazuje się jednak, że brakuje chleba, cóż – może uda się uzupełnić braki następnego dnia. Podobnie jak w poprzednim dniu siedzimy przy ognisku, śpiewamy i tak mija nam sobotni wieczór. Kładziemy się spać przy akompaniamencie bębniących o tropik namiotu strug deszczu.

.

   
 

25 lipca – niedziela

Ozieranka

Muzyka deszczu nie zmienia się. Rano nie chce się nam nawet wyglądać z namiotu. Nie ma sensu zwijać się w taką pogodę, tym bardziej, że tu mamy przynajmniej gdzie się wspólnie schronić. Liczymy, że może ulewa przejdzie i uda się dziś dojść do Sinewirskiej Polany. Tym bardziej, że za każdy dzień pobytu tutaj musimy zapłacić coś ponad 30 hrywien. Pada jednak cały czas, może tyko zmienia się intensywność opadów. Zagadujemy do gościa zajmującego się kolibą pytając o możliwość zakupienia chleba. Obiecuje, że coś postara się załatwić, i rzeczywiście po jakimś czasie przynosi nam dwa bochenki chleba- trochę mało, ale dobre i to. Zostaje nam znów siedzenie w kolibie. Na ile to możliwe dogadzamy sobie kulinarnie piekąc nad ogniskiem różności (pyszne). Gramy w karty, kości i na gitarze ;). W pewnym momencie do muzeum podjeżdżają dwa auta i wysiada z nich dziwne towarzystwo – widać znajomi tzw. zarządcy.  Słyszymy huk wystrzałów – jeden z gości strzela z pistoletu nieopodal w jakiś cel pomiędzy drzewami – robi się nam trochę nieswojo.
            Postanawiamy, że bez względu na pogodę jutro ruszamy dalej

 

 

 

 

26 lipca – poniedziałek

Ozieranka – Sinewirska Polana – Sinewirskie Jezioro - Sinewirska Polana

              Ranek na szczęście jest w miarę pogodny. Co prawda dookoła snują się mgły, ale jest nadzieja na poprawę pogody. Zwijamy wilgotne namioty i ruszamy do Sinewirskiej Polany. Olek i Kuba idą górą (na wschód), reszta drogą (na zachód). Idziemy wzdłuż rzeki Ozierinka, która wpada do Terebli, tutaj też dochodzimy do główniejszej drogi wiodącej do Sinewirskiej Polany. Przechodzimy ok. 10 km i w środku wsi spotykamy Olka i Kubę. Możemy spokojnie uzupełnić zapasy, bo sklepów tu nie brakuje. Idziemy dalej razem w górę wsi, licząc że uda się nam rozbić namioty przy turbazie. Okazuje się jednak, że chcą tam od nas po 30 hrywien od namiotu – nie wiem skąd oni biorą te ceny, tym bardziej, że niewiele oferują w zamian. Cena noclegu w pokoju jest w ogóle jak z kosmosu – 50 hrywien od osoby. To więcej niż w Polsce, a standard noclegu znacznie niższy. Zrezygnowani wracamy kilkadziesiąt metrów do mijanych wcześniej barów. Chcemy zjeść jakiś obiad. Nie jest to takie łatwe. Brakuje nam już trochę hrywien, a nigdzie na chcą przyjąć euro ani nie ma możliwości wymienienia waluty. Trochę to dziwne, bo to, jak na warunki ukraińskie, dość znana miejscowość turystyczna i przyjeżdżają tu turyści zagraniczni. Za ostatnie hrywny kupujemy jakieś skromne dania, które wcale nie są tu tanie, a porcje raczej niewielkich rozmiarów. Trochę źli idziemy dalej, z zamiarem rozbicia namiotów gdzieś za wsią. W pewnym momencie widzę znajomego kierowcę busa, który rok wcześniej wiózł nas do Uść Czornej. Witamy się radośnie i proszę go o pomoc w wymianie pieniędzy. Idziemy razem do kierownika  turbazy, który bez problemów wymienia po przyzwoitym kursie 50 euro. W dodatku częstuje herbatą, kawą, niezłą wódką, zagrychą…szykuje się niezła impreza, cóż, na mnie jednak czekają przyjaciele – dziękuję więc za życzliwość i gościnność i wracam do czekającej na mnie grupy.
            Idziemy jeszcze chwilę, i znów zaczyna nieźle padać. Chowamy się w przydrożnej szopie przeczekując najintensywniejszy deszcz. W kilka osób, na lekko, idziemy dalej drogą aby wyszukać dogodnego miejsca na rozbicie namiotów. Ok. 2 km za wsią, po lewej stronie znajdujemy w miarę dobre miejsce ze źródełkiem. Rozbijamy namioty. Miejsca jest niewiele i wszędzie jakieś śmieci, ale udaje się nam jakoś rozbić pośród młodych świerków. Pogoda nie jest zbyt pewna, ale postanawiamy przejść się nad, jak by nie było, sławne Sinewirskie Jezioro. Po drodze znów musimy chować się przed nagłą ulewą. Stoimy jakiś czas w szopie, później przechodzimy do małego baru i tu pijąc piwo czekamy na poprawę pogody. Umawiam się ze sprzedawczynią, że jutro rano o 9 przyjdę tu na zakupy, a ona przygotuje mi jajka, pieczywo i kilka innych produktów, bo teraz nie ma.
            Trochę przestaje padać. Przechodzimy przez bramę (jest tu też kilka sklepików, gdzie można kupić pamiątki) i musimy zapłacić za wejście do rezerwatu. O ile pamiętam 5 hrywien od osoby. Zapewne droga nad jezioro byłaby znacznie bardziej ciekawa, gdyby była ładniejsza pogoda. Ciągle jednak siąpi deszcz i robi się jakoś tak ciemno, ponuro. Po ok. 20 minutach jesteśmy nad brzegiem jeziora. Znów musimy się schronić pod dachem baru (jest tu cały kompleks gastronomiczny z hotelem włącznie) bo deszcz pada intensywnie.
             Próbujemy wykorzystać okazję i coś zjeść, ale okazuje się, że jest zbyt późno i nie chcą nam już nic sprzedać
L. Obchodzimy jezioro dookoła i w ciągle siąpiącym deszczu wracamy do namiotów. Zmoczeni i trochę zziębnięci jemy kolację w namiotach i idziemy spać z nadzieją, że pogoda się zmieni na lepszą.

 

   
 

27 lipca – wtorek

Sinewirska Polana – Słoboda – …- powrót do domu

           Budzimy się z nadzieją, że dojdziemy dzisiaj w Gorgany. Trudno jednak jednoznacznie ocenić jak będzie z pogodą. Widzimy niskie chmury, ale gdzieniegdzie prześwituje błękit nieba. Na moim barometrze jakby drgnęło w górę – zwijamy więc znów wilgotne namioty, a ja pędzę do baru po zakupy. Niestety nikogo ani widu, ani słychu – prawdopodobnie sprzedawczyni zapomniała, albo zastosowała czas zakarpacki – czyli o godzinę do tyłu. Nie mam jednak czasu na zbyt długie czekanie. Wracam do swoich, zjadamy puszkowe pasztety (a miały być jajka w majonezie i pomidory..) i ruszamy w kierunku Słobody – wsi na „końcu świata”. Powtarza się historia sprzed 9 lat – wieś wita nas deszczem. Pamiętam, że jest tu sympatyczny sklep, gdzie można usiąść i nawet coś zjeść. Rzeczywiście jest, ale już nie taki sympatyczny. Sklep wygląda znacznie gorzej niż to pamiętam z pierwszego pobytu. Mimo wszystko zatrzymujemy się przy nim, bo leje coraz mocniej. Chowamy się pod jakimś niedalekim daszkiem. Czekamy na poprawę pogody, ale patrząc na niskie chmury raczej nie ma na to nadziei. Raczej zapowiada się na długotrwałe opady. Potwierdzają to też miejscowi, z którymi trochę rozmawiamy przy piwie. Mówią, że może popadać i kilka dni L. Mamy już serdecznie dość tego deszczu, wilgoci i chmur. Postanawiamy wracać. Pani w sklepie informuje nas, że za godzinę przyjedzie jakiś bus, którym będziemy mogli zjechać na dół. Tak też jest w istocie. Udaje się nam dogadać z kierowcą i zabiera nas do Miżigirie. Tutaj prawie natychmiast wsiadamy do busa do Wołowca. Dochodzimy do dworca i czasu wystarcza nam tylko na kupienie biletów do Stryja. Nadjeżdża pociąg i za 2 godziny jesteśmy w Stryju. Wiemy, z ubiegłorocznej wyprawy, że mamy stąd autobus do Przemyśla. Niedogodność jest tylko taka, że jest w nim tradycyjnie okropnie duszno, wlecze się niemiłosiernie, no i przyjeżdża na granicę tak późno, że trzeba tam tkwić do rana, bo nie ma już żadnego pociągu w nocy z Przemyśla.
            Może więc jakiś bus? i rzeczywiście już mamy propozycję – ale cena jest jakaś zaporowa – próbuję negocjować, ale bez rezultatów. Nie to nie – mówię, że idziemy na autobus. Niektórzy z grupy są na mnie źli, że nic z tego, ale okazuje się, że jednak warto było, bo cena wędruje w dół! Więc jedziemy.
            Na granicy jesteśmy kilka minut po 21 (już wg czasu polskiego). Sprawnie i dość szybko przechodzimy na stronę Polską, ale tu nie mamy jak dostać się do Przemyśla, żadnego busa ani nawet taksówki, a ostatni pociąg mamy o 22:10. Ale i tym razem mamy szczęście – podchodzi do nas chłopak i proponuje podwiezienie na dworzec PKP swoim golfem. Nie wiem jak to zrobił, ale w strugach deszczu zrobił dwa kursy między granicą a dworcem (może w 20 minut) i w ostatniej chwili wsiadamy do pociągu.
             Cóż, tak więc dość sprawnie udało się nam wrócić z Gór… - szkoda tyko, że nie udało się nam wejść na gorgańskie szczyty. Może jeszcze będzie okazja i uda się spojrzeć na cudne Góry z Mołodej i z Jajka Ilemskiego… - raczej tak – obiecałem to przecież Olkowi.., a po wtóre – czy długo uda mi się wytrzymać bez połonin?...

 

   
 

Uwagi

Mapy do pobrania: http://www.navigation.com.ua/rastrovi-mapy/carpathian-rastr-maps.html - jest trochę z tym „zabawy” – ja pobrałem odpowiednie arkusze, trochę podretuszowałem, wydrukowałem, wyciąłem i posklejałem…- wyszły z tego całkiem przyzwoite mapy.

Jakby co, służę odpowiednimi plikami map.

Mapy do kupienia: http://www.rewasz.com.pl

 

   

relacja, opis wyprawy na Borżawę, Połoninę Kuk, Piskonię, Piszkonię