Mont Blanc 2010

7 – 21 sierpnia 2010 r.

Zdjęcia w galerii picasa: http://picasaweb.google.com/halicze/MontBlanc2010R#
 

   
 

Kiedy zaczyna się wyprawa w Góry? cóż, na pewno nie w momencie pakowania plecaka. Dla mnie – mam oczywiście na myśli dłuższe wyprawy – zazwyczaj zaczyna się co najmniej pół roku wcześniej. Tak było i tym razem.

            Gdzieś tam w głowie zaświtała myśl „a może by tak spróbować wejść w końcu na Blanka…” i choć początkowo wydawała się ta myśl zupełnie nierealna i fantastyczna, to zaczęła drążyć w głowie i niepokojąco wnikać w duszę… .

Oczywiście na pierwszy ogień poszły strony internetowe. Z zaciekawieniem szukałem opisów i relacji ze zdobycia – umówmy się na wstępie – najwyższego szczytu Europy – czyli Mont Blanc 4 810 m n.p.m.

            Moje doświadczenie w Górach wysokich jest raczej nikłe. Na „koncie” jedynie najwyższy szczyt Dolomitów – czyli Punta Penia w Masywie Marmolady, a więc 3 343 m n.p.m., ale zdobyty w sposób turystyczny, czyli bez raków, czekana, liny. Jak więc poważnie myśleć o wejściu na dach Europy? Czytam i czytam przeróżne opisy,  opinie, oglądam zdjęcia, a marzenia i coraz bardziej rozpalona głowa, oderwane od rzeczywistości, już roztaczają przede mną wizję zdobywcy szczytu… . Czy dać porwać się tym wizjom? a nawet jeśli tak, to z kim?..

Sporo tych wahań i jeszcze więcej wątpliwości, pewnie i nawet strachu, ale czymże byłoby życie bez marzeń, a tym bardziej próby ich realizacji… czas na działanie!

Na kilku forach dyskusyjnych ogłaszam o chęci wejścia na Blanka i poszukiwaniu chętnych. Co prawda, są instytucje, które oferują udział w wyprawie na Mt. Blanc, ale trzeba za taką przygodę z nimi słono zapłacić – nie stać mnie na taki luksus, choć niewątpliwie byłby to luksus psychiczny i organizacyjny nie do ocenienia, no ale nie na moją kieszeń niestety. Skoro nie komercyjnie, to trzeba spróbować samemu!

W lutym umieszczam wspomniane ogłoszenie i już po kilku dniach zaczynają odzywać się pierwsi zainteresowani. Przyznaję, że „kosztowało” mnie to sporo maili, początkowo wydawało się, że nie będzie kłopotów z zorganizowaniem ekipy. W zamierzeniu miałem wyjazd 1 lub 2 autami po 4 osoby w każdym – tak, aby było to najbardziej ekonomiczne. Wstępnie też ustaliłem, że całość wyjazdu musi się zamknąć w kwocie maksimum 1500 zł na osobę. Żeby zmaksymalizować szansę powodzenia przedsięwzięcia, kombinuję sobie, że trzeba iść najłatwiejszym wariantem, czyli od strony francuskiej, przez Tete Rousse i Gouter i to na dodatek w sierpniu. Wiem, że to mało ambitny wariant, że sporo ludzi itd., przyznaję – poszedłem na pewnego rodzaju łatwiznę – ale realnie oceniając swoje doświadczenie, był to wariant najrozsądniejszy – no i jak się okazało – efektywny.

            Niestety, zgłaszające się osoby są, że tak to określę, mało zdeterminowane i konkretne. Dla jednych jestem za mało wiarygodny ze względu na doświadczenie (fakt – mają rację), inni niby to chcą jechać, ale w sumie to jeszcze nie wiedzą czy to tylko zachcianka, czy realne postanowienie. Na szczęście są i tacy ludzie jak Ewa J.

Świetna dziewczyna, która wie czego chce, a chce ponownie spróbować wejść na Mont Blanc, bo wcześniejsza  próba, którą podjęła 2 lata wcześniej, ze względu na pogodę, nie powiodła się. Od razu widać, że Góry dla Ewy to wielka pasja i znacznie więcej… - z kimś takim można dogadać się błyskawicznie. Ewa na dodatek wspina się w skałkach, tak więc jest chyba najmocniejszym ogniwem w naszej ekipie. Następny poważny gość to Sławek – siła spokoju, nie mówi i nie pisze może za wiele, ale jak już coś powie, to można na nim polegać! W marcu pisze do mnie Tomek – jak to określił w mailu – „nadajemy na tych samych falach” i rzeczywiście coś w tym jest. Tomek – powiem wprost – podziwiam Cię za determinację, upór, wytrzymałość, stosunek do Gór… -  pięknie o nich potrafisz pisać. Tomek zmaga się od lat z bardzo poważną chorobą, a jednak wdrapał się z nami na Blanka! – powiem tylko, że zamiast kanapek i konserw (albo raczej oprócz), Tomek zabiera ze sobą kroplówkę, którą sam sobie dożylnie aplikuje – szok. Tomek ma z nas największe doświadczenie górskie, sporo się od Niego nauczyłem, podobnie jak i od Ewy. Również w marcu pisze do mnie Szymon. Młody chłopak, ale widać, że wie czego chce i ujmująca jest jego pogoda ducha.

Piszę tylko o tych, którzy byli na wyprawie, ale tak naprawdę, w marcu-kwietniu, chętnych było znacznie więcej. Uzgadniamy, że aby się lepiej poznać i choć trochę połazić po śniegu przed Blankiem, spotkamy się w Tatrach w tzw. długi weekend majowy (1-3 V). Z wielu osób, z którymi wymieniam mailową korespondencję, przyjeżdżają tylko wyżej wymieni. Czyli jest nas 5. Świetnie nam upłynęły dni w Tatrach, szukamy więc jeszcze 3 osób.

Pod koniec maja zgłasza się Przemek – może z niewielkim doświadczeniem górskim, ale za to z olbrzymim bagażem podróży po świecie, a na dodatek potrafi ciekawie o tym opowiadać.

W tak zwanym „międzyczasie” kompletuję sprzęt na wyprawę, a brakuje mi sporo. Trochę to kosztuje, no ale cóż, Blank jest tego wart! Tak więc udaje mi się okazyjnie kupić raki półautomaty, później czekan, ciepły śpiwór (tzw. mixt: puchowo-syntetyczny Małachowskiego, myślę że to był dobry zakup), w miarę lekką puchową kurtkę (ale nie jest konieczna), kask (otrzymuję w prezencie J), rękawice.

Korzystam też z pomysłu moich przyjaciół, którzy szykują się latem na trekking w Himalaje, i razem z nimi wybieramy się, w przedłużony weekend z Bożym Ciałem, na najwyższy szczyt Austrii – Grossglocknera 3 798 m n.p.m. Co prawda, nie zdobywamy samego szczytu – zabrakło nam niestety kilkudziesięciu metrów, ale bez większego problemu pobijam swój kolejny rekord wysokości, zdobywam bezcenne doświadczenie w chodzeniu w zespole linowym w rakach, z czekanem itp.

            W czerwcu kontaktuje się z mną Rafał – kolejny młody chłopak, jak się później okazuje, bardzo sympatyczny, pogodny członek naszej ekipy, a w końcu odzywa się Paweł, którego znam z wcześniejszej wspólnej wyprawy w Dolomity. No i mamy ekipę gotową! Dodatkowo Szymon naraił nam dwoje swoich znajomych: Marzenę i Tomka – czyli mamy ekipę 10-cio osobową, ale się narobiło!

Uzgadniamy, że jedziemy w 3 auta – Sławek zabiera w swoją omegę combi 4 osoby, a ja korzystam z uprzejmości Pawła, który w fokusa combi zabiera mnie, Szymona i Rafała. Marzena z Tomkiem jadą we dwoje, bo chcą wracać wcześniej, już po pierwszym tygodniu, my mamy zamiar działać w Alpach przez 2 tygodnie.

            Plan mamy następujący: cel główny – to oczywiście wejść na Mont Blanc, aby to osiągnąć musimy zdobyć aklimatyzację, a to ma nastąpić dzięki wejściu, na początek, na najwyższy szczyt Włoch - Grand Paradiso 4 061 m n.p.m. Następnie, do skutku, oblegamy Blanca – chodzi oczywiście o dogodne warunki pogodowe. Postanawiamy, że chcemy wejść na szczyt tak, aby widzieć to co dookoła. Samo wdrapanie się na 4 810 m, jakoś nie satysfakcjonowałoby ani mnie, ani moich przyjaciół – wejść i nie widzieć gdzie się jest – to bardzo smutne i przykre. Jeśli uda się zrealizować cel główny (na co bardzo liczymy i głowy aż się dymią z zapału i ambicjiJ), to pozostałe dni mamy zamiar wykorzystać na jakieś ciekawe szlaki w masywie Monte Rosa.

 

   
 

6,7 sierpnia (piątek, sobota)

Leszno – Wrocław - Pont

          Nie wdając się w szczegóły, bez większych problemów (no może jedynie warto wspomnieć, że Ewa tak przejęła się wyjazdem, że nie zabrała ze sobą żadnych dokumentów – co nie byłoby aż takim problemem, gdyby nie to, że musimy jechać przez Szwajcarię, która nie należy do UE – i tam sprawdzają czasami dokumenty, co i nas spotkało, ale o tym później) dojeżdżamy przez Niemcy, Szwajcarię do Włoskiego Pont w dolinie Aosty.

            Na kemping docieramy o 17:30 w sobotę 7 sierpnia -  po prawie 22 godzinach jazdy i to większości w deszczu. Uff, czas najwyższy! ale za to tutaj mamy przecudny widok na otaczające nas Góry. Umiejscowienie kempingu jest fantastyczne, cieszymy oczy i dusze widokami wyniosłych szczytów, rażącymi oczy blaskiem śnieżnych wierzchołków skąpanych w słońcu. Kemping jest dość duży, dobrze wyposażony – typowo włoski standard: restauracja, sklepy itp.

Dowiadujemy się, że pogoda ma być sprzyjająca, tak więc nie pozostaje nam nic innego jak tylko szykować się na poranne wyjście w Góry. Przed snem, włoskim winem, wznosimy toast za spotkanie i powodzenie wyprawy, no i mamy chwilę żeby choć trochę bliżej poznać się wzajemnie. Nastroje są doskonałe i wszystko wskazuje na to, że ekipa będzie zgrana, a cel osiągnięty

 

   
 

8 sierpnia – niedziela

(Kemping Pont – Refugio Vittorio Emanuele II  - biwak na ok. 3 000 m n.p.m. pod Grand Paradiso)

         Wstajemy dość późno. W planie mamy wejście powyżej schroniska Vittorio Emanuele (2719 m n.p.m.) aby tam rozbić namioty, a  na poniedziałek atak szczytowy na Grand Paradiso. Tak więc na dziś mamy ok. 1 000 metrów podejścia. Co prawda musimy to zrobić na ciężko, z prowiantem i namiotami, ale liczymy że nie będzie to długa wędrówka.

            Z kempingu wychodzimy ok. 11. Pogoda rzeczywiście doskonała, choć rankiem postraszył nas trochę mały deszcz i ciemne chmury. Najpierw idziemy wyraźną drogą w górę strumienia, przechodzimy przez mostek i wchodzimy na zacieniony szlak prowadzący do schroniska. Widoki coraz rozleglejsze, nasz kemping maleje gdzieś w dolinie, a my coraz bliżej potężnych szczytów. Mijamy widokowy wodospad, przy którym oczywiście obowiązkowe zdjęcia. Wychodzimy ponad granicę lasu. Wyraźna, często wyłożona kamieniami, ścieżka wije się nieskończoną liczbą zakosów ciągle w górę. Słońce grzeje bezlitośnie, ale idzie się bardzo raźnie. Nareszcie Góry! Nasza ekipa rozbija się na mniejsze grupki, ale ok. 14 jesteśmy już wszyscy przy okazałym schronisku Vittorio Emanuele (2 719). Budynek jest spory, kształtem przypomina trochę beczkę obitą blachą, ale nieźle komponuje się z otoczeniem. Lokujemy się na osłonecznionych ławkach przed schroniskiem i podziwiamy niedalekie, niebosiężne szczyty. Widoki rewelacyjne – skały, śnieg, woda, trochę też zieleni traw, nic dziwnego, że podążają tutaj istne tłumy. Szaleję i funduję sobie piwo, które smakuje tu wyśmienicie. Wylegujemy się w grzejącym słoneczku z ośnieżonymi szczytami w tle, sączymy chłodne piwo i mamy jakby przedsmak raju J. Leniuchujemy tak dobrze ponad godzinę, w końcu zarzucamy plecaki i ruszamy dalej w poszukiwaniu dogodnego miejsca na rozbicie namiotów. Przy schronisku jest strzałka wskazująca właściwy kierunek (trzeba uważać bo sporo tam wydeptanych ścieżek). Najpierw zejście po wielkich głazach, kopczyki wskazują jak iść, dalej już w górę wg wydeptanego szlaku. Mijamy kilka ładnych miejsc z kuszącą trawą, ale warto podejść trochę wyżej, pod wyraźny stok, którym rozpoczyna się już konkretne podejście na G. Paradiso. Bez problemów można tutaj znaleźć dogodne platformy na rozbicie namiotów, no i tuż obok przepływa strumień. Co prawda jest tu bardzo kamieniście, no ale do tego trzeba się już przyzwyczaić. Ok. 17 mamy już rozbite namioty i możemy przystąpić do gotowania obiadu. Chyba nie na darmo szczyt nosi nazwę Grand Paradiso. Biwak jest niezwykle uroczy. W grzejącym słoneczku odpoczywamy, wykorzystując wolny czas na kąpiel w strumieniu, rozmowy i dogadzanie sobie kulinarnie. Rozparty wygodnie na karimacie zachwycam się widokami, które wokół nas. Pykam fajeczkę i trudno nie wpaść w zadumę w takim przecudnym miejscu. Z jednej strony potężna ściana Grand Paradiso w otoczeniu towarzyszących mu szczytów, z drugiej widok otwarty na skalisto-śnieżne turnie i masywy. Jesteśmy na wysokości ok. 2 900 m n.p.m. Mamy nadzieję, że to dobry sposób na aklimatyzację przed wejściem na 4 061 m. Rozmawiamy sobie wesoło i ustalamy plan działania na następny dzień, próbujemy wypatrzeć drogę na szczyt, ale nie mamy pewności którędy ona prowadzi, a tymczasem zachodzące słońce rozpala na czerwono skały nad nami. Grand Pardiso zachwyca prawie odcieniami purpury, cóż za spektakl światła, kolorów i cienia w wykonaniu natury, istny dar dla strudzonych wędrowców. Postanawiamy wstać nad ranem ok. 3 i ruszyć na podbój szczytu idąc śladem grup, które niewątpliwie będą tędy przechodzić.

           

 
 

9 sierpnia – poniedziałek

            (Biwak na ok. 2 900 m n.p.m. pod Grand Paradiso – Grand Paradiso 4 061 m n.p.m. – biwak - Refugio Vittorio Emanuele II – kemping w Pont – przejazd do Chamonix ).

Noc upływa nam trochę pod znakiem emocji. Najbardziej chyba przeżywa to Rafał, który już o północy zrywa się z posłania i podrywa nas na nogi myśląc, że już pora. Na szczęście mamy jeszcze sporo czasu, możemy spać dalej, ale Rafał nadaje coś przez sen, a i na mnie też działa wizja zdobywania czterotysięcznika, tak że jest to raczej kiepskie spanie. O trzeciej dzwoni budzik, a zza namiotu słychać już odgłosy ekip, które zmierzają w kierunku szczytu. Wychodzę z namiotu, spoglądam na niebo i wprost trudno opuścić głowę. Nad nami nieboskłon aż ciężki od kapiących gwiazd. Dawno nie wiedziałem tak rozgwieżdżonego nieba. Można byłoby tak długo kontemplować wpatrując się w ten gwiezdny majestat, ale czasu na to nie ma. Szybkie śniadanie (kaszka z ryżem i z bakaliami – bo to daje dużo energii i długo trzyma), plecak na plecy, czołówka i już dołączamy do świetlistego węża podążającego w kierunku szczytu. Niestety, trochę źle wybieramy „przewodników” – grupa idąca przed nami myli drogę, odbijamy za mocno w prawo i w efekcie wyrasta przed nami skalna ściana. Wracamy więc, tracąc wysokość i czas, dołączamy do kolejnej grupy i teraz już bez problemów docieramy do granicy skał i śniegu. Zatrzymujemy się na skalistym wypłaszczeniu i śladem innych zakładamy raki. Małe posilenie się i ruszamy już po śniegu w górę. Jak na razie trasa nie jest zbyt wymagająca technicznie i właściwie taka jest w całości. Podejście staje się bardziej strome, a śnieg nieco twardszy, czas na związanie się liną. Idziemy w zespole trójkowym: pierwszy Paweł, za nim Rafał, a ja zamykam pochód. Lina znacznie ogranicza swobodę i przeszkadza, ale cóż począć – idziemy już po lodowcu, a i nachylenie stoku jest dość duże – dla bezpieczeństwa lepiej się związać. Tymczasem ciemności nocy z wolna ustępują jasności, budzącego się na naszych oczach, dnia. Niebo nabiera kolorów wschodzącego słońca, a my jesteśmy coraz wyżej. Po chwili słońce oświetla iglice turni, które świecą jak pochodnie nad ciemnymi dolinami, ale nie trwa to długo – pogodne niebo jaśnieje całkowicie, a śnieg potęguje zwycięstwo dnia. Nad nami przepyszny błękit nieba i majestatyczne ośnieżone szczyty, w dole osnute chmurami doliny i niższe masywy, od których jaskrawo odbijają się rażące promienie słońca. Konieczne są okulary. Przepięknie idzie się w takiej scenerii.

Paweł może nie idzie zbyt szybko, ale nie robi też zbyt częstych odpoczynków, tak że dość szybko zdobywamy wysokość i wyprzedzamy wiele idących przed nami zespołów. Otaczające nas szczyty maleją, a przed nami tylko ten jeden o wyraźnej kulminacji, ku której uparcie zmierzamy. O dziewiątej jesteśmy u podnóża „naszego” szczytu. Grand Paradiso strzela w niebo wyniosłą skalną turnią ze śnieżnej kopuły. Tu zaczyna się prawdziwy korek. Wejście na wierzchołek wiedzie wąską eksponowaną grańką, a sam wierzchołek nie mieści za wiele osób. Jedni więc wciskają się na szczyt, inni schodzą, a jeszcze inni usiłują znaleźć sobie miejsce do odpoczynku jak najbliżej szczytu. Rozwiązujemy się i zdejmujemy raki. Skała jest pewna i przyjazna. Każdy solo usiłuje wdrapać się jak najbliżej figury Matki Boskiej, która oznacza najwyższy punkt szczytu. Trochę to irytujące, takie przeciskanie się, no ale jak nie być w tak charakterystycznym miejscu? Najbardziej wkurzają powiązane na krótko grupki prowadzone przez komercyjnych przewodników. Nie zważając na nic, za wszelką cenę prą do przodu. Byle dotrzeć do szczytu, odbębnić swoje, zgarnąć kasę i kolejna grupa na sznurek. Przepychają się więc, depczą sobie wzajemnie po linach w niepotrzebnych tutaj rakach – no ale ich zdjęcie i później ponowne założenie to przecież niepowetowana strata czasu. Trochę to żałosne, więc nie zostaję zbyt długo na szczycie – kilka fotek i schodzę pod szczyt, wyszukując sobie jakieś zaciszne miejsce wśród skał. Na wszystkie strony mam doskonały widok, więc lokuję się wygodnie i w promieniach słońca chłonę oczami i duszą  niesamowitość Gór, chcąc zapamiętać nie tylko ich obraz, ale całą tę groźną, wysokogórską atmosferę, odczucia, radość z wejścia, ulgę, zmęczenie… Zdjęcia oczywiście nie oddadzą całej tej złożoności myśli, emocji i radości. Teraz jest czas na sycenie się chwilą, jakże krótką w stosunku do całej złożoności przygotowań, dojazdu, podejścia, ale jakże wartą tego trudu i czasu. Zjadam kanapkę, popijam gorącą herbatą z termosu, ale jeszcze nie chce mi się wracać. Siedzę więc jeszcze kilkanaście minut (bardzo przydatny okazuje się do tego celu kawałek karimaty, który zawsze noszę ze sobą) zapalam fajeczkę i czuję się doskonale, wręcz błogo.

            Czas jednak na zejście. Idziemy chwilę związani liną, ale lina przeszkadza skutecznie, a wyraźnie wydeptana ścieżka nie wygląda zbyt niebezpiecznie. Rozwiązujemy się więc i już indywidualnie mknę w dół. Mocno pomagam sobie kijkami i szybko docieram do pozostawionych namiotów. Tutaj z rozkoszą pławię się w lodowatej wodzie i szykuję sobie obiad.  Są już wszyscy, więc decydujemy, że jeszcze dzisiaj schodzimy do aut i dalej do Chamonix. Zwijamy namioty, pakujemy plecaki i ruszamy w dół. Słońce przygrzewa ostro, a zejście staje się bardzo uciążliwe. Nieskończona ilość zakosów, kamienne podłoże, no i ponad 2 000 metrów stromego zejścia maltretują nam nogi. Najgorzej dokuczają mi podeszwy stóp. Na kempingu spotykamy się wszyscy ok. 17. Ładujemy się do naszych pojazdów i ruszamy w kierunku Chamonix.

Nasza droga wiedzie przez najdłuższy tunel w Alpach, pod Mont Blanc. Niestety, tu chyba już na stałe jest długa kolejka – czekanie zajmuje nam dobrą godzinę, no i oczywiście musimy za przejazd zapłacić niezłą kasę, bo prawie 32 euro. Tunel ma długość 12 km i jedzie się w nim monotonnie, ale w końcu wyjeżdżamy we Francji, prawie w samym Chamonix. Teraz, niby sprawa prosta, musimy znaleźć jakiś kemping, na którym będziemy mogli rozbić nasze namioty. Pomimo, że kempingów tu sporo, to wszędzie dowiadujemy się, że brak wolnych miejsc. Zaczyna robić się ciemno, a my błąkamy się od jednego miejsca do drugiego ciągle bezskutecznie. Jesteśmy nieźle zmęczeni, głodni i już źli. Na szczęście, dzięki dobrej znajomości francuskiego i urokowi osobistemu Tomka, udaje się nam wcisnąć na zatłoczony kemping przy drodze pomiędzy Chamonix a les Houches (Grand Camp). Jest już ciemno, gdy wreszcie ustawiamy nasze namioty. Okrutnie zmordowani przygotowujemy sobie posiłek. Tuż obok namiotów do dyspozycji mamy łazienki oraz przestronne pomieszczenie funkcjonujące jako kuchnia. Możemy tu gotować (na swoim gazie), są ławki i stoły, bieżąca woda. Na dodatek prawie nikt tu nie zagląda, więc możemy czuć się dość swobodnie.

 

   
 

10 sierpnia – wtorek

            (Kemping - les Houches- Chamonix)

         Budzimy się po solidnej nocnej ulewie. Pocieszające jest to, że wita nas słoneczko. Nie spieszymy się zbytnio, bo postanawiamy zrobić sobie dzień rekreacyjny przed atakiem na szczyt. Wychodzę z namiotu i teraz dopiero widzę ogrom masywu Mont Blanc, pod którym mamy swój nocleg. Olbrzymi jęzor lodowca schodzący nisko ku nam, jest potrzaskany i brudny od rumoszu skalnego. Wyżej, ku niebu bieleją strome turnie sięgające 4 tysięcy metrów. Nieco dalej zielone szczyty prowadzące ku bielejącym ścianom najwyższego masywu. Widok niezwykle malowniczy i godny sławy jakim cieszy się Chamonix.

            Najpierw ruszamy do les Houches, skąd odjeżdża kolejka linowa na la Chalette. Dowiadujemy się o godziny odjazdów, cenę i przy okazji prognozę pogody na najbliższe dni. Prognoza jest trochę niepokojąca: środa ładna, czwartek kiepski, piątek znów nieco lepszy – nie ma co zwlekać – jutro na pewno ruszamy w górę. Wracamy do Chamonix, robiąc po drodze zakupy w mijanym markecie. Dojeżdżamy do centrum i zwiedzamy miasto. Zaglądamy z ciekawością do kilku sklepów turystycznych. Wszędzie sporo ludzi, z ulgą wracamy na nasz kemping. Przygotowujemy się do jutrzejszego wyjścia w Góry.

 

   
 

11 sierpnia – środa

            (les Houches – Chalette /kolejka linowa/ - Bellevue – Mont Lachat /tramwaj/ 2 077 – koło Tete Rousse 3 187)

         Wstajemy z niepokojem obserwując niebo. Cóż, upału nie ma. Dość niskie chmury ograniczają widoczność, ale nie zmieniamy planów. Pakujemy wszystko do aut i ruszamy na parking w les Houches, skąd dalej pojedziemy kolejką linową. Po drodze jeszcze wstępujemy do znanego nam marketu na małe zakupy. Na parkingu w autach pozostawiamy część naszych rzeczy starając się zabrać jak najmniej, ale jednocześnie na tyle dużo, żeby możliwe było kilkudniowe działanie w Górach.

            Sama stacja kolejki jest bardzo dobrze zorganizowana. Jest tu bezpłatny parking, w budynku jest dostępny węzeł sanitarny (można wziąć natrysk – płatny niestety), na piętrze znajduje się spora sala z ławkami i stołami – można więc przygotować posiłek, odpocząć itp.

            Kupujemy bilety (w dwie strony) – cena to 7 euro, i już po chwili pakujemy się do wagonika, który wywozi nas na wysokość 1 801 m n.p.m. Gdyby nie dość niskie chmury, na pewno byłaby stąd piękna panorama. Schodzimy kilkadziesiąt metrów do stacji tramwaju du Mont Blanc. Jest to mała, drewniana zadaszona stacja. Kupujemy bilety – okazuje się, że nie ma możliwości wjechania do najwyższej stacji. Tramwaj dojeżdża tylko do stacji Mont Lachat na wysokość 2 077 m n.p.m. Czekamy trochę ponad pół godziny, przeczekując przy okazji niewielki deszcz. Kilkanaście minut po 13 nadjeżdża tramwaj, całkiem nieźle zapakowany turystami, ale część wysiada, więc bez problemów mieścimy się wszyscy. O 13:30 wysiadamy na gwarnej stacji, tu miły akcent, bo witają nas brawami oczekujący na zjazd turyści.

            Zarzucamy plecaki i ruszamy wzdłuż torów w górę. Trochę prześwituje słońce, trochę niepokoją niskie chmury, ale w sumie nie jest źle. Po 40 minutach jesteśmy przy końcowej stacji tramwaju. Chwilę odpoczywamy, zjadamy jakieś słodycze i przyglądamy się okolicy. Szkoda że są te chmury, ale nawet mimo tego widać doskonale potęgę i grozę spływającego nieopodal lodowca. Szary, popękany, zimny – brr – jakoś tak powiewa grozą. Dalej w górze czeka nas podejście wśród skał, kamieni i szarości. Widok dość posępny, nie zachwyca ani kolorami, ani liniami.

            Zaczynamy monotonne podejście. Sporo ludzi schodzi, niewielu idzie w naszym kierunku. Ok. 15:15 przechodzimy koło kamiennego budynku schronu Baraque Forestiere des Rognes (2 768). Wygląda solidnie, nie zaglądam jednak do środka, ale wiem, że są tam dość dobre warunki do nocowania. Początkowo zamierzałem tam nawet nocować, ale ponieważ idziemy z namiotami to zatrzymanie się tutaj byłoby niecelowe. Okolica jest posępna – głównie przez zalegające nisko chmury. Idziemy dalej pomiędzy dużymi głazami i po chwili znów dość stromo w górę zakosami w kierunku schroniska Tete Rousse. Zaczynają pojawiać się płaty śniegu, a wiatr staje się trochę bardziej dokuczliwy, ale i słoneczko jakby częściej się pojawia, więc mamy ciągle nadzieję, że pogoda będzie sprzyjająca. W końcu nad ośnieżonym kuluarem, wysoko w górze dostrzegamy schronisko. Wygląda ma bardzo niedostępne i odległe, w rzeczywistości dochodzimy do niego dość spokojnie (godz. ok. 17:15) idąc na końcu po mokrym i grząskim śniegu.

            W środku jest przytulnie, czysto i ciepło. Jest kuchnia turystyczna, brakuje natomiast wody. Trzeba wyjść na zewnątrz, nabrać śniegu, lub iść trochę dalej i nabrać wody ze strumyka płynącego pomiędzy kamieniami i śniegiem.

            Szykujemy sobie jedzenie i ciekawie rozglądamy się po schronisku. Okazuje się że jest tu wyjątkowo pusto. Jak na pełnię sezonu, zadziwiająco mało ludzi. Sporo ludzi zeszło w dół zaniepokojeni niepewną pogodą. Z okien schroniska rozpościerają się fantastyczne widoki na przepastne doliny i na wyniosłe ośnieżone szczyty – rewelacja! Pytamy o pogodę, prognoza nie jest jednoznaczna – trochę opadów, trochę słońca, ale w piątek raczej ma być na krótko polepszenie pogody – nadzieja więc nas nie opuszcza, bo to przecież od pogody najwięcej zależy.

            Siedzi się miło, ale na nas już czas. Wychodzimy po śniegu trochę ponad schronisko. Dochodzimy do wywłaszczenia pod pionową skalną ścianą ze sławnym Kuluarem Rolling Stones, nad którym, jak orle gniazdo, przycupnięte jest schronisko Gouter. Widzimy tu rozbitych kilka namiotów. Do wyboru mamy miejsce wśród kamieni, albo na śniegu. Wybieramy kamienie – co prawda bardzo nierówno, ale chyba trochę cieplej i bardziej sucho. Nasze namioty rozstawiamy niedaleko, dość schludnego, budynku toalety – mamy więc swojego rodzaju luksus. W ubikacji jest nawet czysto, wygodnie i ciepło J. Widok mamy na olbrzymie cielsko stromego masywu, z którego opada potrzaskany, pozrywany lodowiec. Do naszych uszu co rusz dobiega odgłos lecących w dół kamieni i lawinek – zastanawiamy się, czy to odzywa się sławny kuluar, który jutro będziemy musieli pokonać, czy raczej odgłosy te dobiegają z innych skalnych rynien i lodowca. Zapewne z jednego i z drugiego.

            O godz. 19  namioty stoją i możemy pomyśleć o strategii działania dalej. Czujemy spory respekt przed Rolling Stones’em – postanawiamy więc wstać wcześnie rano o 4 i przejść tamtędy zanim – jak to określił Sławek – obudzą się kamienie. Następnie iść do schronu Vallot i tam przenocować, a z niego zaatakować szczyt. Namioty z niepotrzebnym ekwipunkiem chcemy pozostawić tu gdzie są. Pomimo chłodu, wystających kamieni i wysokości ok. 3 200 m n.p.m. śpi się całkiem nieźle. Niestety w nocy zaczyna dość mocno wiać, a na dodatek intensywnie pada deszcz z gęstym śniegiem.

 

   
 

12 sierpnia – czwartek

            (koło Tete Rousse 3 200 – Refuge de l’Agid du Gouter 3 782)

Budzę się rano o 4. Słyszę jednak bębniący o tropik namiotu deszcz. Wychylam głowę na zewnątrz, wieje, wali śniegiem – nic, tylko zaszyć się w śpiworze i spać dalej. Kimam więc w nadziei, że może się trochę poprawi, i rzeczywiście po ok. godzinie nastaje cisza. Ubieram się i wychodzę na mokry, ośnieżony świat. Zimno okrutnie. Jakoś tak brak entuzjazmu do dalszego działania i budzenia przyjaciół. Tym bardziej, że pogoda nie wygląda na stabilną. Gotuję wodę i w tym czasie znów zaczyna, nawet nie padać, a lać. Ledwo udaje mi się schować do namiotu. Pada i pada, cóż począć – wchodzę do śpiwora i kimam do w miarę jasnego rana. Pomału budzą się inni, ale nikt nie ma ochoty na szybkie zbieranie się. Na szczęście już nie leje, ale mży cały czas, dookoła mgła – paskudnie. Niektórzy jedzą śniadanie w namiotach, inni idą do schroniska. Po śniadaniu i ja idę do schroniska. Miny mamy smętne i zastanawiamy się co robić – na razie czekamy. Mało to konstruktywne, ale czasami lepiej dać czasowi czas…

            Przejaśnia się, co prawda mżawka nie odpuszcza, ale postanawiamy jednak iść w górę. Godzina oczywiście jest znacznie późniejsza niż to zakładaliśmy wcześniej i na pewno nie ma co liczyć na „śpiące kamienie”, ale widzimy schodzących ludzi z góry, więc i my możemy podążać tę samą drogą – choć w przeciwnym kierunku.

            Zostawiamy mokre namioty i trochę rzeczy w środku i pomału zaczynami piąć się po mokrym śniegu w kierunku skalistej ściany. Tym razem na głowach mamy kaski, ja dobywam czekan, ale nie wiążemy się linami, a raki zamierzamy założyć tuż przed kulurarem. Wchodzimy w skałę. Wiedzie tędy wyraźna ścieżka, czasami zasypana śniegiem, czasami zabezpieczona stalowymi linami czy klamrami. Generalnie jest ślisko i nieprzyjemnie, na szczęście przestaje padać, choć mgła znacznie ogranicza widoczność. Z góry schodzi sporo ludzi – dziwią się, że my idziemy w przeciwnym kierunku. Twierdzą, że wyżej jest bardzo zimno, jest świeży śnieg i w ogóle kaszana - wejście na Blanka lepiej przełożyć na inny dzień. My jednak mamy w głowie prognozę pogody mówiącą, że nazajutrz może się poprawić, więc uparcie brniemy w górę wbrew pesymizmowi schodzących. Tuż przed kuluarem zatrzymujemy się i zakładamy raki. Właśnie schodzi liczna, powiązana ze sobą grupa Rosjan. W niej przerażona kobiecina potyka się kilka razy i wywraca w samym środku groźnej rynny, z pomocą towarzyszy zbiera się jednak i pędzą dalej. Wygląda to trochę rozpaczliwie, bo robi się nerwowo, jakieś krzyki – panika prawie. W pewnym momencie widzę Sławka, który pierwszy z naszej grupy szybkim krokiem przemierza feralny odcinek szlaku. Trudno cokolwiek zobaczyć w górze kuluaru, bo mgła znacznie ogranicza widoczność. Sławek jest już za połową drogi i wówczas nadlatuje spory kamlot – grzmotnął tuż przed Sławkiem, wybijając mu prawie czekan z ręki (na czekanie później oglądamy wyraźne, głębokie wgniecenie), drugi równie spory kamień uderza mu w plecak, tuż za głową – ale horror. Na szczęście Sławek to nie ułomek, ale kawał chłopa – utrzymuje równowagę i wreszcie jest już bezpieczny pomiędzy skałami. Nie ma natomiast szczęścia kolejny schodzący Rosjanin. Słyszymy walący znów w dół kamień (coś o gabarytach mikrofalówki), odbija się kilkakrotnie od stromego zbocza, zmieniając kierunki i niestety uderza w nogę przebiegającego. Prawdopodobnie łamiąc mu nogę, bo później widzimy krążący helikopter ratowniczy. Również solidny kamień spada tuż za Ewą. Teraz pora na mnie. Odczekuję moment po lecącym kolejnym kamieniu i szybko przebierając oraczonymi nogami przedostaję się na drugą stronę kuluaru. Niby to tylko ok. 50 metrów, a człowiek się nieźle spoci i zadyszy.

            Dalej to już tylko mozolne zdobywanie wysokości. Nie zdejmuję raków, choć sporo tu skały i kamieni, ale świeży śnieg sprawia, że jest bardzo ślisko - bezpieczniej i wygodniej iść w rakach jednak. Przydaje się też czekan, pomaga w utrzymaniu równowagi i czasami można się na nim wciągnąć. Pomalutku, pomalutku, ale wyraźnie zdobywam wysokość i do zawieszonego na skale schroniska jest coraz bliżej. Mgła też nieco w górze jest rzadsza i nie jest tak szaro i posępnie.

            Po godz. 15 jesteśmy w Gouter. Trochę dziwne to schronisko – nie ma np. miejsca na gotowanie. Bardzo to uciążliwe, bo na zewnątrz wieje paskudnie, jest zimno, a nawet prószy śniegiem, gdzie więc coś ugotować? Bardzo mi się to nie podoba – i tak sporo osób, i ja też, kombinują z tym gotowaniem. Nie ma szans na dalszą wędrówkę do Vallota, jest już dość późno, ślady są zasypane śniegiem, no i mgła i wiatr raczej nie zachęcają do wyjścia ze schroniska. Okazuje się, o dziwo, że są wolne miejsca noclegowe. Co prawda przyjemność taka kosztuje 24 euro, ale decydujemy się bez wahania na takie rozwiązanie. Humor poprawia mi wiadomość, że moje ubezpieczenie górskie, w ramach członkowstwa w OEAV, daje mi znaczną zniżkę w opłacie za nocleg – płacę 14 euro. Nocleg mamy w budynku tuż obok schroniska. Jest to duża ciemnawa sala z ciągiem piętrowych prycz po obu stronach wejścia. W sumie przeznaczona dla 40 osób. W małym przedsionku można na półeczkach rozpakować swoje rzeczy, są też wieszaki. Ponadto, wbrew zakazowi, gotujemy tu posiłek. Z resztą nie tylko my, bo robi tak sporo innych osób, co spotyka się z głośną reprymendą gospodarza schroniska i skutkuje wygaszeniem kuchenek, ale nie na długo. Pogoda na zewnątrz jest paskudna i nie ma sposobu żeby tam gotować. Oczywiście w schronisku nie ma wody, a w naszym baraku nie ma też prądu. Paskudnie wygląda też toaleta. Do dyspozycji turystów jest tylko jedna kabina, więc jest spora kolejka, a w środku bród taki, że odechciewa się wszystkiego. Ergonomia kabiny jest chyba pomyślana jak dla zawodowych gimnastyków, pozycja  „na narciarza” w porównaniu z tym tutaj, to luksus – porażka całkowita. W nocy, gdy fizjologia bezlitośnie wiedzie mnie do tego przybytku, udaje mi się chociaż skorzystać z kabiny dla personelu – przynajmniej czystej.

            Emocje dają o sobie znać. Jakoś nie mogę zasnąć. W takiej zbiorówce, gdzie śpi 40 osób nie łatwo o ciszę, co chwilę ktoś szeleści, gada przez sen, chrapie… Zapadam w krótkie drzemki, z resztą nie tylko ja, moi koledzy mają podobne kłopoty ze snem.

 

   
 

13 sierpnia – piątek

            (schronisko Gouter – Mont Blanc 4 810 m n.p.m. – Tete Rousse – Chamonix)

 O drugiej w nocy rozpoczyna się ruch. Zamierzaliśmy wstać o 2:30. ale i tak nie ma mowy o spaniu, więc również zaczynamy przygotowania do wyjścia. Szykuję śniadanie (znów kaszka z ryżem i bakaliami), usiłuję dużo wypić gorącej herbaty, oraz szykuję napój w camelbaku. Panuje spory zamęt, bo przedsionek mały, a każdy coś tam pakuje, buzują kartusze, jedni jedzą inni się już przysposabiają do wyjścia.

            Na zewnątrz widać gwiazdy i zimno jest przenikliwe. Nadzieja na ładną pogodę coraz większa, choć data może dla niektórych nieszczególna: piątek i trzynastego. Trochę się grzebiemy z wyjściem, wszyscy prawie już wyszli, a nasza trójka jeszcze ciągle niegotowa. W końcu ok. 3:30 ruszamy i my. W ciemności widzimy tylko fragment białej połaci śniegu, tyle co w świetle czołówki, ale idziemy za sporym wężem powiązanych grup. W ciemności nocy majaczą postaci z czołówkami, sporo z nich jest gdzieś już wysoko nad nami. Lina plącze się między nogami, trzeba uważać żeby nie przydepnąć jej rakami. Paweł jak zwykle niestrudzenie prze do góry. Śnieg jest zróżnicowany, czasami zapadamy się powyżej kostek, a czasami jest twardy jak beton, tak że trudno „ugryźć” go czekanem. Niektórzy idą tylko z kijkami, ale wg mnie nie jest to dobry pomysł. Grań w niektórych momentach jest bardzo eksponowana i stroma, poślizgnięcie się może być tragiczne, a kijkiem trudno się asekurować. Marzena właśnie w ten sposób traci jeden z kijków. Poślizgnęła się, na szczęście Tomek utrzymał ją na linie, ale kijek pofrunął w siną dal, a taki ładny był…

            Znów możemy zachwycać się wschodem słońca. Najpierw niesamowity widok wijącego się świetlistego węża ludzi i ich czołówek w ciemności nocy, później zaczyna szarzeć. Pod nami skłębione chmury, prawie pod stopami, zaczynają być podświetlane wschodzącym słońcem. Prawie nie widać, gdzie chmury, a gdzie śnieg, za to nad nami cudowne kolory wschodu słońca. Jaśnieje coraz bardziej, a my popadamy w coraz większy zachwyt. Ze skłębionych chmur wystrzeliwują tylko najwyższe skalno-śnieżne turnie, a słońce zaczyna na nich grać kolorami. Gdzieniegdzie jeszcze zupełnie ciemno, a w innym miejscu już rażąco jasno. Widać już wyraźnie odcinającą się na tle nieba ostrą grań prowadzącą ku szczytowi. Po drodze mijamy sporo zespołów. Niektórzy zawracają, co dziwi mnie bardzo, bo warunki są przecież fantastyczne na atak szczytowy. Niektórzy siadają na śniegu i odpoczywają, niektórzy nawet leżą – widać trochę za słaba aklimatyzacja. Paweł ciągnie wytrwale, coraz wyżej i coraz bliżej upragnionego celu. Spoglądam na altimetr w moim zegarku i wygląda na to, że do szczytu już całkiem niedaleko. Całe szczęście, bo o ile na początku szło się całkiem swobodnie, to powyżej 4 600 m jakoś tak ciężko stawia się kroki. Trochę dziwne uczucie, niby nie brakuje mi powietrza, ale po dwóch, trzech krokach jakoś tak strasznie trudno unieść nogę…, ale już wiem, już czuję to dogłębnie, że za chwilę na pewno staniemy na szczycie! Trudo mi wypatrzeć ile jeszcze do góry, bo słońce świeci dokładnie w twarz i oślepia. Żeby założyć okulary musiałbym zatrzymać się, zdjąć plecak i poszukać ich w kieszeni, a szczyt i lina ciągnie. Idę więc pomału z pochyloną głową, kaptur daje osłonę przed oślepiającymi promieniami. Jeszcze trochę myślę sobie, już słyszę głośne okrzyki radości, czyli rzeczywiście niedaleko. Mozolnie zdobywam wysokość, nie mogę się zatrzymać, bo lina jest już napięta, a głupio mi być kotwicą. Z góry schodzi kilka osób, są rozpromienieni poklepują nas po ramionach mówiąc, że to już tuż, tuż. Spoglądam na zegarek, dochodzi ósma. I w tym momencie widzę, że wyżej iść się nie da. Szczyt Mont Blanc – 4 810 m! jestem na najwyższym szczycie Europy! Spełniło się marzenie, które wydawało się jeszcze nie tak dawno niemożliwe do zrealizowania! Stoję i trudno i wydobyć z siebie głos, i to wcale nie z braku powietrza. Łzy lecą mi z oczu, prawie ryczę ze wzruszenia. Ściskamy się z Pawłem i Rafałem. Cudowna chwila radości, wzruszenia, ulgi, zachwytu. Chciałbym podzielić się tą radością z innymi, a szczególnie tymi którzy zostali na dole w domu – dzwonię do żony, ale nie mogę wykrztusić słowa…- jestem na szczycie – jest cudownie. Zakładam w końcu okulary, rozglądamy się dookoła. Jest bardzo zimno, choć i tak mamy szczęście, bo wiatr jest bardzo delikatny. Powinienem ubrać polara (wchodziłem tylko w cienkim goretex’e), ale w ferworze robienia zdjęć, witania się z kolejnymi przyjaciółmi na szczycie zapominam o tym, a właściwie nie czuję zimna. Słońce grzeje cudnie, oświetla jaskrawo najwyższe szczyty. Doliny i niższe masywy otulone są skłębionymi, błyszczącymi chmurami, nad nami przecudny błękit nieba. Na szczycie jesteśmy tylko naszą grupą (bez Marzeny i Tomka, którzy weszli tu najwcześniej, ale szybko uciekli, bo zimno dało im się mocno we znaki). Następne grupy są dość daleko jeszcze, tak więc mamy szczyt tylko dla siebie. Robimy sobie zdjęcia. No i oczywiście mogę z czystym sumieniem wyciągnąć z plecaka piersiówkę z wiśniową nalewką – specjalnie na tę okazję przygotowaną. Wypijamy radośnie toast. Każdy wychyla kieliszek – smakuje wybornie. Nie wiem ile czasu spędzamy na szczycie, ale myślę, że dobrze ponad godzinę. Staram się zapamiętać to wszystko co wokół mnie, to co we mnie. Tę ciszę, to osłonecznienie, ten majestat wysokich Gór, tę radość i wzruszenie.., każdy z nas promienieje radością najprawdziwszą – piękne jest takie wspólne przeżywanie radości i szczęścia.

            Jakże lekko schodzi się teraz, gdy cel został osiągnięty. Pogoda w dalszym ciągu doskonała, choć pod nami kłębią się chmury, aż żal schodzić w zamgloną dolinę. Co chwilę oglądam się za siebie i wpatruję w wznoszący się coraz wyżej za mną wspaniały, wyniosły szczyt. Czy jeszcze kiedyś tam powrócę? Idziemy w pełnym słońcu, zachwycając się widokami, których nie widzieliśmy podczas podejścia, bo było jeszcze zbyt ciemno, albo słońce świeciło inaczej, a to też zmienia zdecydowanie światłocień krajobrazu. Dochodzimy do Vallota, odpoczywamy chwilę, rozwiązujemy się i dalej już schodzimy solo. O ok. 11:30 jesteśmy ponownie w schronisku Gouter.

            Szykuję sobie szybki obiad, chwilę jeszcze siedzimy w bufecie, jeszcze pełni emocji opowiadamy o ostatnich przeżyciach, i decydujemy, że jeszcze dziś schodzimy do Chamonix. Pakujemy plecaki i ruszamy w dół, no naszych namiotów. Tym razem przy przekraczaniu kuluaru obeszło się bez incydentów. Zejście zajmuje nam około godziny. Po krótkim odpoczynku zwijamy namioty i schodzimy dalej. Niestety, wchodzimy w ten małoatrakcyjny odcinek szlaku prowadzący do stacji tramwaju. Na dodatek, widziana z góry mgła rzeczywiście otacza nas nieprzyjemnie, tak że czasami niewiele widać. Chcemy zdążyć na ostatni kurs tramwaju, więc trochę przyspieszamy i udaje się nam dotrzeć na czas do stacji. Prawie 2 800 m zejścia za jednym zamachem – brzmi imponująco, aż dziw, że jakoś całkiem dobrze zniosły to moje nogi. Czekając na tramwaj czujemy jednak spore zmęczenie i zimno.

O 18:30 wsiadamy do wagonu i zjeżdżamy jedną stację, tu przesiadamy się do wagonika kolejki linowej i wkrótce jesteśmy przy naszych autach. Pakujemy plecaki i znów jedziemy na znamy nam kemping. Po drodze jeszcze zakupy, tak żeby uczcić sukces i w końcu rozbijamy namioty w tym samym miejscu przy kuchni. Jesteśmy głodni i zmęczeni, ale największą radość i ulgę sprawia mi gorący natrysk.

Mimo zmęczenia dość długo siedzimy jeszcze przy stole, zajadamy smakołyki, wznosimy kilka toastów dobrym winem, piwem i co tam kto miał jeszcze…, jeszcze pełni wrażeń opowiadamy o swoich przeżyciach, emocjach, cieszymy się wspólnie z osiągnięcia wymarzonego przez nas celu. Wiemy, że dopisało nam szczęście, bo wcale nie tak wielu atakujących szczyt, bez przewodnika i doświadczenia, osiąga szczęśliwie jego wierzchołek. Planujemy dokładniej działania na najbliższe dni – zgodnie z wcześniejszymi założeniami mamy zamiar pojechać w masyw Monte Rosa, ale niestety już bez obydwu Tomków i Marzeny, którzy muszą wracać do domu.

 

   
 

14 sierpnia - sobota

(Chamonix – Alagna Valsesia – przejazd autami)

Może jeszcze nie do końca wypoczęci zwijamy namioty. Żegnamy się z Tomkami i Marzeną – choć część drogi będziemy jeszcze jechać wspólnie – oni jadą już do Polski, my przez Szwajcarię, miejscowość Gondo do Włoch. Pogoda niestety jest kiepska – niskie chmury, zaczyna padać, a później już całą drogę leje w najlepsze. Trochę emocji mamy na granicy francusko-szwajcarskiej, a właściwie to ma Ewa, która jedzie ze Sławkiem w aucie – właśnie zatrzymali ich do kontroli, no a jak już napisałem wcześniej, Ewa nie ma absolutnie żadnych dokumentów. Pewnie tym bardziej było to podejrzane, że jesteśmy w dwa auta – sami faceci i tylko jedna dziewczyna… Udaje się jednak jakoś dogadać i po godzinie możemy jechać dalej. Droga jest długa i męcząca. Kręta, wąska, no i cały czas leje deszcz, tak że niewiele widać, a na pewno byłoby co oglądać, bo pokonujemy wysoką przełęcz, przez którą wiedzie droga łącząca Szwajcarię i Włochy. Wieczorem, bardzo już głodni zatrzymujemy się w uroczej i przytulnej restauracji, do Alagny mamy jeszcze z 3 godziny drogi. Fundujemy sobie fantastyczną pizzę i nieco pokrzepieni, ciągle w ulewnym deszczu i już całkowitej ciemności dojeżdżamy na kemping w Alagnie.

Martwimy się, jak tu w takiej ulewie rozbijać namioty, ale mamy szczęście, bo uzyskujemy zgodę na rozstawienie namiotów pod dachem, na drewnianym podeście – takie bardzo sympatyczne miejsce z ławkami i stołami oraz grami typu „piłkarzyki”, bilard. Bardzo nas to cieszy, bo mamy gdzie usiąść, przygotować posiłek, no i nie mokną nam namioty. Z pasją, zespołowo gramy w piłkarzyki, co daje nam dużo radości i emocji. Zasypiamy zmęczeni z nadzieją, że pogoda się poprawi.

 

   
 

15 sierpnia – niedziela

(w Alagnie Valsesia)

Śpimy długo. Może nawet zerwałbym się wcześniej na nogi, ale ciągle słyszę głośny szum deszczu, więc nawet nie chce mi się otwierać oczu. No ale ileż można spać? Pomimo szumu, jakoś tak zaskakująco jest jasno. Wyglądam na zewnątrz i widzę, że świeci słońce, a szum, który wziąłem za deszcz, pochodzi od przepływającej tuż obok górskiej rzeki – w nocy nikt z nas jej nie zauważył. Uff – co za ulga – nie pada - jest pięknie. Wysoko zadzierając głowy widzimy nad nami wspaniałe szczyty, niektóre zielone, połogie porośnięte lasami, łąkami, inne strzeliste, groźnie strome bielejące śniegiem, jeszcze inne zasnute chmurami.

Postanawiamy zrobić sobie spacer po miasteczku, zobaczyć jak z kolejką linową, a w poniedziałek ruszyć w Góry. Alagna to bardzo urocze miasteczko, wciśnięte pomiędzy potężnymi szczytami – doskonała baza wypadowa w przekraczający cztery tysiące metrów masyw Monte Rosa. Można powiedzieć, takie nasze Zakopane, ale znacznie mniejsze, spokojniejsze, jakieś takie klimatyczne. Wszystkie domy są tu w typowym dla tego rejonu stylu. Bardzo charakterystyczne są dla nich pokryte płaskimi kamieniami dachy. Główna ulica przez miasteczko pnie się stromo w górę. Mijamy kościół, sprawdzamy o której jest msza. Zaczyna mżyć, a my szukamy gdzie tu można byłoby coś zjeść o tej porze. W końcu trafiamy do urokliwej knajpki, w której pomimo sjesty, wyjątkowo można zjeść pyszne tosty w różnych smakach i z różnymi dodatkami (mają tutaj swoją regionalną nazwę, ale już nie pamiętam jaką), do tego kieliszek świetnego czerwonego włoskiego wina i pomimo padającego deszczu, poprawia nam się nastrój.

Niestety Przemek otrzymuje smutną wiadomość – musi wracać w trybie natychmiastowym do domu. Sławek ofiaruje się podwieźć go do miasta, z którego będzie mógł wrócić do Polski autobusem – szkoda, że nie mógł z nami jeszcze trochę pochodzić po tych Górach.

Pod wieczór idziemy na mszę do kościoła – cóż, Boże – przychodzę do Ciebie z całym bagażem przeżyć…, ale to zbyt osobiste, żeby tu o tym pisać…

Na zakończenie mszy, jest modlitwa za alpinistów, którzy chodzą po Monte Rosie – nie znamy włoskiego, ale to akurat udaje nam się dość dobrze zrozumieć.

 

   
 

16 sierpnia - poniedziałek

(Alagna Valsesia – P. Indren (3 260) – schronisko Gnifetti (3 611)

Pogoda nas trochę straszy chmurami i nawet lekkim deszczem, ale z prognozy wynika, że nie powinno być źle. Pakujemy się więc na trzy dni i idziemy do stacji kolejki linowej. Nie spieszymy się zbytnio, bo kolejka wywiezie nas aż na wysokość 3 260 m n.p.m., a stamtąd zamierzamy podejść jeszcze trochę i znaleźć miejsce na biwak. Idziemy więc na ciężko ze sporymi plecakami, co wywołuje po drodze sporą sensację – kilka osób pyta mnie ile to waży – fakt, tu prawie nikt nie chodzi z takimi dużymi plecakami, no chyba że Polacy, albo czasami Czesi. Nam też nie uśmiecha się to dźwiganie, no ale dowiadujemy się, że nocleg w schronisku kosztuje 50 euro!, no to my już lepiej zabiwakujemy w naszych namiotach.

Pani w kasie kolejki pogania nas, ostrzegając że za chwilę będzie przerwa na sjestę i kolejka się zatrzyma, płacimy za bilet w dwie strony 35 euro, w tym 5 euro jest kaucją za plastikową elektroniczną kartę, które odzyskujemy po jej oddaniu po powrocie – szybko wsiadamy do kapsuły i już jedziemy stromo w górę. Niskie chmury ograniczają widoczność, ale wyraźnie widać jak zielona dolina zmienia się w kamienno-skaliste ponure pustkowie, a szarość dnia potęguje jeszcze wrażenie zimna i przygnębienia. Dojeżdżamy do pierwszej stacji przesiadkowej. Przechodzimy kawałek i wsiadamy do większej kolejki kabinowej. Teraz już zaczyna się kraina śniegu i lodu. Wysiadamy i szybko idziemy do kolejnej stacji. Spieszymy się, żeby zdążyć przed tą przerwą na sjestę, a do przejścia jest spory kawałek. Wokół gęsta mgła, ale już dopadamy do kolejki i wskakujemy do przesuwającej się kapsuły…. – coś mi tu nie gra – myślę sobie, i zanim zdążyłem o tym głośno powiedzieć, już wiemy, że wskoczyliśmy nie do tej kolejki do której powinniśmy. Zamiast w górę, zjeżdżamy ostro i długo w dół, tyle tylko, że po drugiej stronie zbocza. Kurcze – żeby tylko nas tu nie unieruchomili na czas sjesty, bo będziemy tak dyndać przez dwie godziny, a zimno jest paskudnie. No to sobie zafundowaliśmy przejażdżkę! Postanawiamy nie wysiadać na dole, tylko pozostać w kapsule i wrócić nią na górę – może się uda. Zataczamy na dole kółeczko, a zdziwionemu panu mówimy, że to mistake i znów pniemy się na górę. Na szczęście kolejka nie zatrzymuje się w połowie, tyko zaraz po tym jak z niej wysiadamy. Cóż, straciliśmy sporo czasu i musimy teraz przeczekać przerwę w stacji kolejki. Nie jest tak źle – jest tu ciepło, można wypić gorącą kawę i coś zjeść. Po ponad godzinie idziemy w końcu do właściwej stacji (kawałek w górę po mokrym śniegu i w dalszym ciągu we mgle, ale teraz już wiemy, że to nie ta pierwsza, tyko trochę bardziej odległa – ech ta mgła – człowiek głupieje w niej i traci orientację).

Znów wsiadamy do sporej kabiny i w końcu wysiadamy przy P. Indren na wysokości ponad 3 tys. metrów. Dobrze, że mamy aklimatyzację, bo takie szybkie pokonanie wysokości dla niektórych źle się kończy. Zakładamy raki, ale bez wiązania się idziemy po śniegu w górę. Kierujemy się po śladach, wierząc że prowadzą we właściwym kierunku (konfrontujemy to z mapą i raczej jest ok.) Pokonujemy skalno-śnieżną, dość stromą grzędę i zatrzymujemy się niezdecydowani. Ślady są teraz mniej wyraźne, nie widać dalej niż na 30 metrów. W końcu dostrzegamy wydeptany śnieg – idziemy więc dalej w górę. Idzie się nieźle, ale obserwuję wysokość na altimetrze i coś nam nie gra. Zamierzaliśmy biwakować gdzieś w okolicach niższego schroniska Citta di Montova na wysokości ok. 3 500 m, a tym czasem jesteśmy już na wysokości 3 700 m, czyli nawet powyżej schroniska Gnifetti (3 611 m n.p.m.). Zatrzymujemy się więc trochę bezradni, bo w tym mleku nic nie widać. Dochodzi do nas kilka osób, oni też szukają schroniska, ale trochę bardziej znają teren i pokazują kierunek na zachód. Idziemy więc za nimi po kopnym, sięgającym prawie kolan, śniegu. W pewnym momencie mgła się trochę rozwiewa i naszym oczom na moment ukazuje się skalisty szczyt ze schroniskiem – uff, ale ulga. Dostrzegamy jeszcze coś - ziejące głębią spore szczeliny, i to całkiem blisko, prawie pod nogami. Widzę panikę w oczach prowadzących nas Włochów. Coś tam krzyczą i wycofują się pospiesznie, my oczywiście też. Wiążemy się linami i bardzo ostrożnie próbujemy znaleźć dojście do zapamiętanego wzrokowo schroniska, bo znów nic nie widać. Wolniutko posuwamy się po niepewnym terenie, omijamy szczeliny, niektóre wręcz przeskakujemy (na Blanku nie mieliśmy takich „atrakcji”). Wiatr znów odsłonił zasłonę chmur i widzimy, że do schroniska Gnifetti jest już blisko. Wspinamy się na skalny próg, na którym stoi kapliczka, a zaraz za nią, kilkanaście schodków niżej, jest już bezpieczne schronisko. Z ulgą wchodzimy do środka. Zdejmujemy raki, uprzęże i siadamy w ciepłym przytulnym bufecie.

Wiemy na pewno, że miejsce na biwak przy schronisku jest mało bezpieczne – delikatnie mówiąc. Do tego bardzo silny wiatr, mgła… całkowicie ostudziły nasz zamiar biwakowania tutaj w namiotach. Pytamy jednak o możliwość ustawienia namiotów w okolicach schroniska. Pani zdziwiona odpowiada, że można powyżej, ale nie radzi, a na terenie samego schroniska nie można. Są natomiast wolne miejsca w schronisku. Cena – 50 euro – no to wiemy, ale pytamy czy nie można trochę taniej – otóż można – ale bez wyżywienia – 25 euro. No tak, większość przychodzi tu zupełnie na lekko, tylko z małymi plecaczkami i oczywiste jest, że kupują noclegi z pełnym wyżywieniem (śniadanie i obiad), a my jak wielbłądy. W tej sytuacji oczywiście decydujemy się na nocleg w schronisku, ale na tym nie koniec miłych niespodzianek. Pokazuję kartę członkowską klubu OEAV – no to mam zniżkę i płacę 14 euro, a ponieważ jesteśmy jedną grupą, to zniżka przechodzi też na wszystkich moich przyjaciół! To bardzo miłe uczucie, gdy z 50 cena spada do 14 euro – a radość tym większa, bo grupowa. Zadowoleni współtowarzysze z wdzięczności fundują mi, i sobie też, szklanicę świetnego czerwonego wina.

Schronisko, mimo że dość duże, jest bardzo przyjazne i sympatyczne. W kranach płynie woda, jest ciepło, czysto, a z okien roztaczają się fantastyczne widoki. Zajmujemy sześcioosobowy pokoik. Miejsca bardzo mało, właściwie są tu tylko dwa trzypiętrowe łóżka i wieszak na ścianie. Część rzeczy zostawiamy na korytarzu, a część można pozostawić na półkach w korytarzu wejściowym – tam gdzie raki i buty. Jest też mała kuchnia turystyczna, więc możemy legalnie gotować. Toalety czyste i zdecydowanie wygodniejsze niż te pamiętne w Gouter. Ech, cóż za niespodziewany luksus – ciepło, przytulnie, bezpiecznie, a za oknami wichura i śnieg. Jak będzie rankiem, czy uda nam się wyjść na szczyt? – zobaczymy.

 

   
 

17 sierpnia – wtorek

(schronisko Gnifetti 3 611 – P.Gnifetti (Signalkuppe) 4554 (schronisko Margherita) - schronisko Gnifetti)

Budzi nas ogólny ruch i gwar. Jest godzina 3 w nocy. Nie chce się wstawać z tak wspaniale wygodnego łóżka, ale nie przyszliśmy tutaj wylegiwać się. Dołączamy do grupy szykującej się do wyjścia. Z tym, że oni mają podane śniadanie, a my szykujemy sami, ale to nieistotne. Znów wychodzimy prawie na końcu. Oczywiście jest całkowicie ciemno, więc wyszukujemy wydeptanych w śniegu śladów i wypatrujemy świetlistego węża czołówek. Niestety, znów jest mgła, może nie tak gęsta jak dzień wcześniej, ale ogranicza widoczność. Napadało sporo świeżego śniegu, więc staramy się iść już przetartym śladem. Wiatr rozgania mgłę i znów możemy cieszyć się spektaklem wschodzącego nad Górami słońca. Doliny zasnute są mgłami, a nad nami pojawia się błękit nieba. Dość szybko robi się jasno, ale zimno jest dotkliwe, bo wieje silny wiatr. Wkrótce dochodzimy do głównej grupy idącej na szczyt. Znów wiele osób zatrzymuje się, odpoczywa, czy nawet wycofuje. Tempo nie jest zbyt szybkie, ale nie ma co wyprzedzać, bo ci z przodu muszą przecierać szlak, a śnieg sięga kolan. Idziemy więc spokojnie i cierpliwie, ale niektórzy próbują nas wyprzedzać. Wpychają się więc na siłę plącząc się z naszymi linami, prawie po nich depcząc, a później oczywiście zwalniają, bo jak iść szybko w kopnym śniegu. Irytuje mnie takie zachowanie cwaniaków, a nawet w końcu rzucam w ich kierunku jakąś dość konkretną, niewybredną wiązkę. Zapewne nie rozumieją, ale chyba wyczuwają, że to nie nabożne życzenia i po chwili już spokojnie i mozolnie przedzieramy się przez świeży puch. Znów idziemy koło mniejszych i większych szczelin, później pod potężnym nawisem śnieżnym – brr – jakby to runęło, aż strach pomyśleć. Bardzo długa i męcząca jest ta wędrówka. Możemy za to podziwiać rozległe widoki na całe morze fantastycznych szczytów, ze wspaniałym Matterhornem w roli głównej. Niestety, chmury upodobały sobie ten szczyt chyba na dobre, bo widzimy go tylko przez chwilę. Wiatr targa chmurami w dzikich porywach i czasami widoki zapierają dech w piersiach, a za chwilę znów tonie wszystko w gęstej mgle. Ciągle walcząc z wichurą i śniegiem docieramy w końcu ok. 11:30 do najwyżej położonego (zawieszonego?) schroniska w Alpach – Margherita na wysokości 4 554 m n.p.m. Niesamowite, że na takiej wysokości zbudowano tu schronisko, i to całkiem sporych rozmiarów. Z ulgą zasiadamy w ciepłym, zacisznym wnętrzu. Zjadamy kanapki, popijamy z termosu herbatą i po ok. godzinie zaczynamy zejście. Nieco wypoczęci dzielnie stawiamy czoło wiatrowi i z zachwytem przyglądamy się surowej panoramie. Straszą wielkie zerwy lodowca na stromych zboczach potężnych szczytów. Jaskrawo bieleją odbitym słońcem niezliczone turnie, masywy i szczyty, odcinając się ostro na tle błękitnego nieba. W dole królują gęste chmury, z których wyrastają potężne, niebosiężne szczyty, ale i te często zakrywa gęsta, mglista zasłona.

Wracamy tę samą drogą, którą wcześniej wchodziliśmy na szczyt. To dobrze, bo w pewnym momencie dopada nas tak gęsta mgła, że znów tracimy orientację. Silny wiatr całkowicie zawiał wydeptane ślady, tak że zupełnie nie wiadomo jak iść. Dookoła tyko jednostajna biel. To niesamowite, jak wydawałoby się, w łatwym terenie szybko można się całkowicie pogubić, we mgle. W orientacji pomaga mi GPS, na którym mam zapisany ślad wejściowy. Schodzimy niżej, a mgła się rozwiewa i znów możemy się cieszyć błękitem nieba i cudnymi widokami. Przed nami droga w dół, a na niej ciemne, maluteńkie kropki alpinistów na tle śnieżnej bieli pod potężnym, groźnym nawisem… - groza i piękno, fantastyczny widok.

Ok. 15:30 jesteśmy szczęśliwie ponowie w naszym ciepłym schronisku. Zmęczeni, ale usatysfakcjonowani szykujemy obiad, a później siedzimy w jadalni rozmawiamy sobie beztrosko, gramy w kości. Na następny dzień planujemy wejść na kolejny czterotysięcznik i zejść już w dół do Alagny, trochę mamy już dość zimna.

 

   
 

18 sierpnia – środa

(schronisko Gnifetti – Piramide Vincent 4 215 - schronisko Gnifetti - P. Indren 3 260 – Alagna)

Tym razem wstajemy później. Przed nami trochę krótsze podejście, więc wychodzimy ze schroniska ok. ósmej. Pogoda podobna do wczorajszej, tyko wiatr niestety jeszcze silniejszy, czasami wręcz zwala z nóg.

Wytrwale pniemy się w górę, częściowo wczorajszym śladem, dopiero nieco później odbijamy na wchód i stromym podejściem wchodzimy na szczyt Piramide Vincent (4 215). Widoki mamy podobne do tych z dnia poprzedniego, czyli przecudne. Dobrze, że trasa nie jest długa, ani zbyt wysoka, bo wiatr jest bardzo uciążliwy i z ulgą zaczynamy zejście do schroniska. Ok. 11:30 jesteśmy już w schronisku. Krótki odpoczynek, małe conieco „na ruszt” i pakujemy się pospiesznie. Chcemy zdążyć na kolejkę przed przerwą na sjestę. Tym razem trasę widzimy dobrze, ale i tak przed zejściem skalną grzędą mylimy drogę i tracimy cenne minuty. Do stacji kolejki dopadamy dosłownie w momencie odjazdu kabiny. Cóż, pozostaje nam poczekać prawie godzinę na kolejny kurs. Trochę zimno, bo czekamy na zewnątrz, ale mam za to czas na wypalenie małej fajki i podumaniu sobie o tym co tu przeżyłem.

Nadjeżdża wagonik – tym razem szybko i sprawnie zjeżdżamy do Alagny. Tu wstępujemy do znanej nam już knajpki na pyszne tosty i zatrzymujemy się na noc na kempingu. Nareszcie można się wykąpać w gorącej wodzie, a później spokojnie podsumować nasz pobyt w tych Górach. Znów udało się nam się spędzić kilka wspaniałych, trudnych dni w niesamowitych Górach, cieszymy się że szczęśliwie, i że nikomu nic nie dolega.

 

   
 

19 sierpnia – czwartek

(Alagna - Święta Góra Varallo – Jezioro Bodeńskie)

Z kempingu wyjeżdżamy ok. 10. W drodze powrotnej do kraju chcemy zwiedzić Świętą Górę Varallo, a na nocleg zatrzymać się gdzieś nad Jeziorem Bodeńskim w Niemczech.

Krótko przed południem zatrzymujemy się w Varallo, klimatycznym miasteczku z górującym nad nim wysokim szczytem z jasnymi zabudowaniami dużego klasztoru. Można tam wejść krętą drogą, lub wjechać wagonikiem kolejki linowej. Wjazd nie jest drogi, korzystamy więc z kolejki. Całe wzgórze zabudowane jest licznymi kaplicami, w których są sceny biblijne. W centrum jest piękna bazylika. Miejsce niezwykle urocze i z niesamowitym klimatem. Roztacza się stąd piękny widok na miasto i całą dolinę, a także na otaczające nas Góry. Na dokładne zwiedzanie nie mamy za dużo czasu, ale z ciekawością kluczymy po zacienionych alejkach i zaglądamy do licznych kaplic, których jest tu 45. Po prawie 2 godzinach zjeżdżamy w dół i idziemy do sympatycznej knajpki na pizzę.

Czas płynie nieubłagalnie, a przed nami jeszcze długa droga. Przejeżdżamy wzdłuż strasznie długiego Jeziora Maggiore, późnej tunel Bernardino – to już Szwajcaria, Niemcy i w końcu późno w nocy – ok. 23, z trudem znajdujemy miejsce na kempingu nad Jeziorem Bodeńskim. Cena wysoka, warunki fatalne.

 

   
 

20 sierpnia – piątek

(Jezioro Bodeńskie – Wrocław – dom)

Pogoda trochę mglista, ale słoneczko dość przyjemnie przygrzewa. Idziemy nad jezioro. Jestem zaskoczony brakiem jakiejkolwiek infrastruktury dla turystów (pomijam tych co pływają różnej maści łodziami). Brzeg jeziora zasłany jest dużymi kamieniami i zarośnięty krzakami i drzewami. Właściwie nie ma dogodnego miejsca żeby wygrzać się na słoneczku, czy popływać. Trochę się pluskamy, trochę leniuchujemy, idziemy na obiad (niesmaczny) – jestem zdegustowany i z ulgą zwijamy namioty i wracamy już jednym ciągiem do Wrocławia.

Ok. północy jesteśmy przy dworcu PKP – nasza wyprawa dobiegła końca.

 

   
  Podsumowując całość wyprawy:

 To były wspaniałe dni, pełne wrażeń, nowych doświadczeń, niesamowitych przeżyć. Dziękuję Wam, moi przyjaciele, za spędzone wspólnie dni, za wspólną wędrówkę, za to, że udało się zrealizować marzenie, które jeszcze rok wcześniej wydawało się nierealne.

Na wstępnie padło pytanie – kiedy zaczyna się wyprawa w Góry – wiadomo, dużo wcześniej niż pakowanie plecaka, a kiedy się kończy? – myślę, że tak naprawdę nie kończy się nigdy. Przeżycia są tak intensywne, że pozostają w pamięci na długo, a z takiej wyprawy jak nasza – uwieńczonej wejściem na Mont Blanc – na pewno pozostaną na zawsze - do końca życia, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu

Sukces wyprawy na Blanka to wynik dobrej logistyki:

- aklimatyzacja – w naszym przypadku było to wejście na Grand Paradiso

- kondycja – o to trzeba zadbać na długo przed wyjazdem – ja np. trochę biegałem – 4-5 razy w tygodniu po ok. 8 km + ćwiczenia ogólne.

- odpowiedni sprzęt – niczego nam nie zabrakło, nic nie zawiodło (no może niektóre namioty mogłyby być lepszej jakości), dokładny spis rzeczy do zabrania można znaleźć na każdej stronie z opisem zdobywania Mont Balnc – i nie tylko.

- odpowiedni ludzie – to wychodzi dopiero w trakcie wyprawy, pomimo że nie znaliśmy się wcześniej stanowiliśmy zgodny zespół. Nie doszło do żadnych kłótni, czy niedomówień – super ludzie! Życzliwi, pogodni, niedorobiazgowi.

- pogoda – fakt, mieliśmy sporo szczęścia, ale założyliśmy, że na Mont Blanc wejdziemy wówczas, gdy będzie dobra widoczność, mieliśmy spory zapas dni aby to zrealizować, a że udało się za pierwszym podejściem, to nasze szczęście  i dlatego mogliśmy pojechać jeszcze w masyw Monte Rosa. Wg mnie nieporozumieniem jest wyjazd na kilka dni z zamiarem wejścia tylko na MB, bez zapasu kilku dni (zważywszy na sam dojazd i jego koszty). Nie można lekceważyć aklimatyzacji, no i samo wejście na szczyt we mgle, gdy nic nie widać, jest dla mnie bez większego sensu.

- dojazd: wyruszyliśmy z Wrocławia – autostrada przez Niemcy – Szwajcaria (winieta roczna 40 CHF) – płatny tunel Św. Bernarda (27 CHF) – Włochy – Aosta – Pont – tunel pod Mont Blanc (32 euro) – Chamonix - les Houches – Szwajcaria – Gondo – Włochy – Alagna – Wrocław.

- koszty – tak jak zakładaliśmy całkowity koszt nie przekroczył 1 500 zł na osobę. (oczywiście można taniej, ale trochę przyjemności i komfortu czasami człowiekowi się należy, a już jak ma się na karku trochę lat – tym bardziej J).

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej w związku z opisaną przeze mnie wyprawą – służę wiadomościami.

Linki:

http://mojegory.blog.onet.pl/2,ID412982197,SL413157372,index.html – o wyprawie na blogu Tomka

http://picasaweb.google.pl/107352691868868111436/AlpySierpien2010?feat=directlink# - zdjęcia Ewy

http://picasaweb.google.pl/marzena12.10/WyprawaMontBlanc# - zdjęcia Marzeny

http://picasaweb.google.pl/pawzer/Alpy82010# - zdjęcia Pawła

http://picasaweb.google.com/DrPaiHiWoo/Alpy2010# - zdjęcia Przemka

http://picasaweb.google.pl/118194370552905614358/Alpy082010# - zdjęcia Sławka

http://picasaweb.google.com/105290236630761992440/MontBlanc10# - zdjęcia Tomka

 

relacje w sieci:

http://www.turnia.pl/wyprawy/4793.php

http://www.turystyka-gorska.pl/przew/mtblanc1.html

http://www.fuw.edu.pl/~rosiek/photo/mont_blanc/mb_suc.html

http://eturystyka.org/content/view/559/191/

http://usmiechniety25.w.interia.pl/ - ciekawa i dość dokładna relacja

http://www.napieraj.pl/xoops/modules/wfsection/article.php?articleid=55 – techniki linowe cz. 1

http://www.napieraj.pl/xoops/modules/wfsection/article.php?articleid=101 – techniki linowe, cz. 2

 

   

wyprawa, opis wyprawy, trekking na Mont Blanc