Korsyka - Pn część GR20 rok 2007
(zdjęcia z galerii umieszczone są pod dniowymi relacjami w postaci łącz, lub zapraszam do osobnego ich oglądnięcia w ramach galerii, obok umieściłem miniaturki dodatkowych fotek, bardziej osobistych - wszystkie zdjęcia i łącza otwierają się w osobnych oknach; biały tekst - dane wg przewodnika)
skan mapy z odcinkiem GR20 - który przeszliśmy(383 KB)

ogólna mapa Korsyki(325 KB)

   
 

Z obolałym sercem decydujemy się na ten wyjazd, choć planowany od prawie roku, mógł nie dojść do skutku.. dzięki namowom wielu ludzi decydujemy się jednak, choć tak strasznie, okrutnie ciężko…

   
 

Naszą podróż zaczynamy już w sobotę wieczorem 30 czerwca. Staramy się maksymalnie upchać nasze plecaki i bagaże, aby zajęły jak najmniej miejsca w naszym Punto 2. Mamy nie lada problem. W końcu wybieramy się na prawie 3 tygodnie do dość drogiego kraju, więc zabieramy sporo jedzenia. Nie możemy też rezygnować z ciepłych ubrań, bo wiemy, że w wysokich górach Korsyki, pomimo lata, bywa czasami bardzo zimno, i tak było w istocie. Na razie jakoś mieścimy się w 3 osoby, ale we Wrocławiu ma się dosiąść dwoje kolejnych uczestników wyprawy, oczywiście z plecakami… . Całe szczęście, że nasi przyjaciele z Wrocławia mają większe auto, no i że wyrazili chęć zabrania do siebie jednego plecaka i nasze górskie buty.

   
 

1 lipca - niedziela

Wrocław – Genua przez Przeł. Brener i Jezioro Garda (1 800 km) .
           Krótko po północy jesteśmy we Wrocławiu i zabieramy z dworca PKP Ewę i Kubę. Nie mają specjalnie szczęśliwych min widząc skromność przestrzeni w naszym aucie, ale jakoś się jednak mieścimy :). No to ruszamy! Jedziemy na zachód. Niemcy, Austria, Włochy. Nad ranem naszym oczom ukazują się wysokie szczyty Alp.. – trzeba będzie jednak tu kiedyś przyjechać na wędrówkę.. . Nasze auto napędzane, co prawda drogą, ale za to doskonałej jakości benzyną niemiecką szybko pokonuje kolejną setkę kilometrów. Jedziemy prawie bez przerwy, bo Darek zmienia mnie za kierownicą i nie musimy zatrzymywać się na drzemkę. Po pokonaniu przełęczy Brener mamy spory zapas czasu, postanawiamy więc zboczyć z głównej trasy i zobaczyć niezwykle malownicze jezioro Garda, wciśnięte wąską rynną pomiędzy szczytami gór. Pogoda zachęca do kąpieli, tylko ten wiatr. Jezioro Garda to znany w Europie akwen na którym uprawia się wszelkiego rodzaju sporty wodne, szczególnie te związane z wiatrem – bo wieje tu chyba zawsze.. Widzimy więc mnóstwo żagli, spadochronów i uczepionych do nich amatorów sportów wodnych. Trudno oprzeć się pokusie kąpieli.. pozostajemy więc tu kilka godzin.
            Bez większych kłopotów docieramy – po monotonnej jeździe autostradą - ok. godz. 18 do Genui. Kierujemy się od razu do portu promowego. Zaskakuje nas tu paskudny, nieposprzątany parking, nie ma jednak wyboru – parkujemy auto i czekamy na drugie auto z naszymi przyjaciółmi, którzy gdzieś krążą w pobliżu, szukając możliwości dojazdu do portu. Po kilkunastu minutach dojeżdżają do nas i parkują obok. Razem idziemy do budynku dworca portowego, żeby upewnić się, czy wszystko jest w porządku z naszymi biletami, jakby nie było kupionymi internetowo i wydrukowanymi na domowej drukarce. Budynek jest dość duży, ale prawie pusty – być może pora jest właśnie taka „leniwa” – niedzielny wieczór. W budynku dworca znajduje się wiele sklepów, a nawet jakiś market, ale teraz wszystko jest pozamykane – dobrze, że nie musimy niczego kupować, choć na piwo i kawę mamy ochotę.
           Po krótkiej naradzie postanawiamy pozostać na parkingu przez noc licząc, że terminal portowy będzie otwarty całą noc, a wraz z nim będzie dostęp do WC i dość wygodnych ławek wokół. Niestety myliliśmy się bardzo. Tymczasem ruszamy na wieczorno – nocne zwiedzanie Genui. Miasto jest ładnie oświetlone i idziemy gdzieś w kierunku centrum w poszukiwaniu otwartego sklepu. Idziemy blisko nabrzeża i trafiamy na potężny i pięknie oświetlony, zacumowany przy brzegu statek piracki – scenografię do filmu „Piraci” Polańskiego – statek można nawet zwiedzać – oczywiście w ciągu dnia, ale teraz też wygląda znakomicie.

       Spacerujemy po wąskich uliczkach Genui, trafiamy też na otwarty sklepik, gdzie kupujemy miejscowe piwo i wracamy do naszego portu. Jakie jest nasze zaskoczenie, gdy okazuje się, że cały plac wokół terminala jest dokładnie zamknięty, nawet mamy problemy, żeby dotrzeć do naszych aut na parkingu – o wejściu do budynku terminala nie ma co nawet marzyć. Dobrze, że mamy jeszcze zapas wody, ale o ławkach możemy zapomnieć – pozostaje nam przemęczyć się jakoś do rana w autach, niektórzy rozwijają karimaty na asfalcie obok auta i w tak prymitywnych warunkach jakoś mija nam noc.


Nad jeziorem Garda


Kąpiel w Jeziorze Garda


Genua nocą


Statek Polańskiego


Statek Polańskiego - rufa

 

 

2 lipca - poniedziałek

Genua – Bastia – Calvi. Promem do Bastii, przejazd autami do Calvi przez środek wyspy (110 km).
           Rano staram się znaleźć Michała – kolejnego uczestnika naszej wyprawy, dla którego wykupiłem bilet. Michał kontaktował się ze mną często przed wyjazdem i wyglądało, że jest bardzo zaangażowany, ale ponieważ pracuje i mieszka w Irlandii, miał dotrzeć rano do Genui i tu mieliśmy się spotkać. Niestety, na próżno biegam po całym porcie – Michał okazał się nieodpowiedzialnym gościem, który nawet nie pofatygował się poinformować mnie, że w ostatniej chwili zrezygnował z wyjazdu (później z wielką łaską, po chyba 4 miesiącach zwrócił mi za bilet – i to nawet nie całą kwotę… - jakoś tak przykro trochę..)
            O 900  rano mamy prom na Korsykę, korzystamy z linii Moby, są to chyba największe promy na tej trasie. O 7 wjeżdżamy na teren portu i ustawiamy się w kolejce. Pogoda jakaś taka nieszczególna – wieje dość silny wiatr i niebo zasnute jest chmurami. Ok. 9 wjeżdżamy na prom i w pośpiechu udajemy się na najwyższy pokład – bo ktoś powiedział, że na górnym pokładzie może być walka o leżaki :), a warto taki sobie zająć, żeby ponad 4 godziny podróży minęły w błogim nicnierobieniu w promieniach morskiego słońca… . Walka o leżaki nie jest zbyt zażarta, a wręcz możemy sobie swobodnie wybrać i leżak, i miejsce jego ustawienia… powodów jest kilka: leżaków jest bardzo dużo, a pogoda nie zachęca do wychodzenia na pokład. Rozglądamy się ciekawie wokół, podziwiamy położenie Genui, która rozciągnięta jest na zboczach gór, oglądamy duży port i pomału kierujemy się na Pd w stronę niewidocznej Korsyki – wrócimy tu za ponad 2 tygodnie..
            Z pokładu wypędza nas silny wiatr i olbrzymia ulewa. Uciekamy do jednej z wielu kawiarenek wewnątrz statku. Tu jest ciepło i dość śpiąco.. . Pod koniec rejsu wychodzimy ponownie na pokład – już nie pada, a naszym oczom ukazuje się zamglony zarys Półwyspu Korsykańskiego. Pomimo, że chmury ograniczają widoczność, dostrzegamy sporej wysokości Góry i myśli już się ożywiają, już wyobraźnia zaczyna działać, pojawia się dreszcz emocji..
            Przyglądamy się Bastii – miasto pomiędzy Górami i morzem. Widać starą część miasta, uwagę zwracają zniszczone budynki, ale zdecydowana większość to zadbane domy wśród zieleni drzew i krzewów. Pakujemy się w końcu do samochodów, zjeżdżamy na nabrzeże i wyjeżdżamy z Bastii. Tłok jest spory, a ciekawym sposobem na jego rozładowanie są podwójne pasy ruchu, z tym, że jeden poprowadzony jest na powierzchni ziemi, drugi co jakiś czas „nurkuje” w ziemię – w pierwszej chwili wydaje nam się, że to jakieś tunele w innym kierunku, ale pasy ruchu po kilkudziesięciu metrach znów się łączą i możemy dowolnie wybierać czy chcemy jechać górą, czy dołem. Z Bastii wyjeżdżamy rzeczywiście dość długim tunelem, i co ciekawe, tunel ten jest zbudowany pod powierzchnią morza. Dopiero za tunelem jest wystarczająca ilość miejsca na zatrzymanie się i ustalenie dalszej trasy, którą mamy jechać dalej. Wybieramy, na szczęście, główną drogę do Calvi – przez Casamozza i Ponte Leccia. Na mapie są również zaznaczone krótsze drogi, ale serdecznie odradzam – no chyba, że ktoś jedzie rowerem, albo nie szkoda mu czasu i auta… . Jako dygresją mogę tylko dodać, że to właśnie tutaj rozgrywany jest znany Rajd Korsyki (WRC), uznawany za jeden z najtrudniejszych, ze względu na ilość i ciasnotę zakrętów, czego z resztą doświadczyliśmy na własnej skórze, a właściwie na własnym samochodzie – choć nie WRC.
            Wnętrze wyspy jest raczej jałowe, wyraźnie widać niedostatek wody. Roślinność to głównie śródziemnomorska makia, z pozoru zielona i bujna roślinność w rzeczywistości jest plątaniną twardych, kłujących traw i krzaków. Rzadko można spotkać tutaj osiedla, czy choćby zabudowania, zaskakujące były dla nas wałęsające się swobodnie krowy, wydawałoby się, że na zupełnym pustkowiu. Nierzadko też krowy urządzały sobie legowisko na środku drogi i to np. tuż za zakrętem.. . Niektóre miejscowości wyglądają jakby wisiały przyklejone do stromych zboczy Gór – wygląda to bardzo malowniczo, ale ich mieszkańcy nie mają na pewno łatwego życia.. . Zdecydowanie inaczej wygląda wybrzeże, gdzie zlokalizowana jest większość miejscowości z przyczyn oczywistych: m.in. ruch turystyczny, większa wilgotność.. . Przepiękne są nadmorskie widoki – przejrzysta woda, skały w różnych kolorach – od prawie czarnych poprzez czerwone po białe, przy czym w różnych częściach wyspy inaczej wygląda wybrzeże. Na wschodzie teren jest równinny, a wybrzeże płasko styka się z morzem w postaci piaszczystych plaż, na zachodzie natomiast są to urwiste skały, i tylko gdzieniegdzie można spotkać plażę.
            No ale nie przyjechaliśmy na Korsykę, żeby wylegiwać się na plaży, choć nie raz tęsknie z góry spoglądaliśmy na wygrzane słońcem wybrzeże.
            Dojeżdżamy do Calvi, mijając po drodze kilka malowniczych zatoczek i latarni na wychodzących w morze cyplach. Calvi to sympatyczne miasteczko wyglądające jak dawna twierdza piracka nad lazurową zatoką. Szukamy dogodnego i niedrogiego kempingu. Chcemy rozbić namioty i pozostać na nim przez dwie noce, przeznaczając jutrzejszy dzień na odpoczynek i leserskie zwiedzanie okolicy. Jakby nie patrzeć mamy dwie noce prawie nie przespane i ponad 1500 km trasy za sobą. Kemping w Calvi nie robi na nas jednak dobrego wrażenia, jedziemy więc dalej do centrum. Pozostawiamy auto na parkingu naprzeciw marketu – jak na patelni – żadnego cienia, i idziemy w kierunku wznoszącej się przed nami fortecy. Szukamy punktu informacji turystycznej chcąc kupić dokładniejszą mapę ze szlakiem GR20. Ta, którą kupiłem w księgarni internetowej w Polsce ma skalę 1: 150 000, trudno więc wymagać od niej dużej dokładności. Punkt I.T. oczywiście jest, ale gdy dowiadują się, że wybieramy się na GR20 – twierdzą, że to szlak tylko dla doświadczonych turystów i że trzeba tam iść z przewodnikiem (takim żywym, albo co najmniej książkowym
:). Mapy nie mają! Dostajemy ją w zwykłym sklepiku z pamiątkami i prasą. Trochę droga, bo kosztuje 12 €. Jest w skali 1:60 000, dość dokładna, ale niestety, trochę mało czytelna. Kupuję tylko część Pn szlaku, bo to jest naszym głównym celem wyprawy. Spacerujemy chwilę po miasteczku, kupujemy owoce, a w jednej z wielu kawiarenek, zjadamy pizzę – ceny mają tu rzeczywiście wysokie i wszelkie ew. kosztowanie miejscowych specjałów zostawiamy sobie na koniec pobytu – zobaczymy na ile będziemy mogli sobie pozwolić.. . Po zrobieniu jeszcze kilku zakupów w markecie (można płacić kartą), postanawiamy pojechać trochę za Calvi, bo wg mapy jest tam jeszcze jeden kemping. Droga wspina się dość wyraźnie w górę, otwiera się piękny widok na Półwysep Belloni z latarnią, zatokę i Góry, ale miejsca na rozbicie namiotów nie znajdujemy. Zatrzymujemy się kilka km za Calvi, podziwiamy widoki i postanawiamy wrócić na kamping widziany przed Calvi, prawie naprzeciwko drogi do Calenzany, o nazwie Dolce Vita. Widoki jednak są tak piękne, że na następny dzień planujemy przyjechać tu na mały rekonesans.
            Dolce Vita okazuje się bardzo sympatycznym kempingiem z przyjemną plażą z której rozciąga się wspaniały widok na Góry i, poprzez zatokę, na Calvi. Warunki na kempingu są bardzo przyzwoite, jest tam też nieźle zaopatrzony sklepik, a także, dla mieszkańców, nieodpłatny dostęp do Internetu.

            Nareszcie możemy się wykąpać pod gorącym natryskiem i porządnie wyspać.

 

 

 

 

 

 


Przy naszym promie

 

 

 


Korsyka z promu

 

 

 

 

 

 

 


W drodze do Calvi

 

 

 


Wybrzeże w drodze do Calvi

 


Calvi

 

3 lipca - wtorek        

           Półwysep Belloni – 3 h spacer. Plaża.

        Następnego dnia jedziemy na Półwysep Belloni. Zatrzymujemy się u nasady półwyspu i dalszą część drogi pokonujemy pieszo, kierując się ku odległej latarni. Pogoda jest piękna, choć daje się we znaki silnie wiejący wiatr. Mamy piękny widok na najwyższe szczyty Korsyki, i pomimo, że jest już lipiec i niezły upał, na szczytach widać jeszcze pola śnieżne (później będziemy się tam rzucać śnieżkami). U podnóża skalnego półwyspu urzeka nas krystalicznie czysta, lazurowa woda. I jak zwykle trudno, w takich chwilach, powstrzymać się od robienia zdjęć. Góry przyciągają jak magnes…, dobrze że jutro ruszamy już na szlak. Nasz spacer okazuje się wcale nie taki krótki, bo do aut docieramy ponownie po ponad 3 godzinach. Wracamy na kemping. Pod wieczór jedziemy z Andrzejem do Calenzany, żeby zobaczyć, gdzie dokładnie zaczyna się szlak GR20 i czy znajdziemy gdzieś miejsce na zaparkowanie naszych aut, które będą na nas musiały poczekać 10 dni. Wizja lokalna wypadła optymistycznie i szykujemy się wstępnie na jutrzejsze wyjście w Góry.

 


Latarnia na Półwyspie Belloni


Góry Korsyki od strony morza

Góry z plaży przy kempingu

 

4 lipca - środa

         Calenzana - Refuge d'Ortu di u Piobbu - 10 km, 6 h. Z wioski pszczelarzy Calenzana cały czas, częściowo bardzo stromo, pod górę. W sumie do pokonania 1 300 m różnicy wysokości, często przez pozbawiony zupełnie cienia teren.

            Ranek wita nas pochmurnym niebem, czyżby pogoda miała nam spłatać figla? Pakujemy jednak ochoczo plecaki, ładujemy wszystko w auta i wyruszamy do Calenzany. Szlak którym zamierzamy iść zasnuty jest chmurami i trochę nas to martwi, ale liczymy na poprawę widoczności, bo jak zwykle wieje silny wiatr, więc wszystko jest możliwe.
            Parkujemy na trawiastym placyku koło miejscowego notariusza, trochę czujemy się niepewnie, bo auta pozostaną tu przez 10 dni, ale mamy nadzieję, że jest to jednak w miarę bezpieczne miejsce, prawie w centrum miejscowości.
            Nasze plecaki duużo ważą. Mamy spory zapas jedzenia i wody, bo z posiadanych informacji wynika, że na szlaku nie ma źródeł, co nie jest jednak prawdą, bo są co najmniej 2 dogodne miejsca na uzupełnienie wody. Być może są to źródełka okresowe, ale wyglądają całkiem przyzwoicie. Ruszamy dość ostro w górę, do pokonania mamy ponad 1300 m różnicy wzniesień. Szlak oznakowany jest bardzo wyraźnie biało-czerwonymi znakami i często też kopczykami. Jeśli po kilkunastu metrach nie widać znaków, to na pewno oznacza zboczenie ze szlaku i najlepiej wrócić zawczasu - należy uważać w zaroślach i w skale - przy uważnym rozglądaniu się nie powinno być kłopotów.
            Wiatr nieprzyjemnie utrudnia wędrówkę, a snujące się mgły i niskie chmury ograniczają nieco widoczność, ale od czasu do czasu otwierają się piękne widoki na Góry, a szczególnie na wybrzeże. Jesteśmy coraz wyżej. Wzmaga się wiatr, ale równocześnie nasza wędrówka staje się bardziej skalna, no i te widoki na morze i Góry jednocześnie!...Wolniutko zdobywamy wysokość, męczą nas nie tylko ciężkie plecaki, ale też zimno, wiatr i czasami drobny deszcz. Wychodzimy w końcu na kolejną przełęcz i widzimy daleko, znacznie dalej niż sądziliśmy, nasze schronisko d'Ortu di u Piobbu. Wyraźnie widoczny, brązowy budynek, przyklejony do stromego stoku. Schronisko jest na wprost nas, ale ścieżka prowadząca do niego prowadzi nas opadającym trawersem w lewo, bo przed nami jest rozległa i głęboka dolina. Wygląda na to, że przed nami jest jeszcze z 2 godziny marszu, to nie jest pocieszająca myśl, tym bardziej, że jest po prostu zimno, a tu jeszcze trzeba w dół i górę… . Z doświadczenia wiem jednak, że odległość w górach jest złudna, tak jest i tym razem. Dojście do schroniska zajmuje nam znacznie mniej czasu niż sądziliśmy, pomimo że pod koniec trasy jest dość głęboki i wznoszący się trawers.
            Schronisko, to niezbyt duży drewniany budynek główny, obok niego domek z WC i natryskami, a także zadaszenie z kuchenkami gazowymi. Woda jest lodowata. Mile zaskakuje nas patent z kuchenkami gazowymi, prawie we wszystkich schroniskach można, w ramach noclegu, gotować na schroniskowym gazie. Można w ten sposób zaoszczędzić sporo swojego gazu, tym bardziej, że temperatury nad ranem i wieczorem są bardzo niskie i do tego jeszcze ten częsty silny wiatr. Natryski i kibelki są już w miarę nowoczesne i taki standard będzie już w prawie wszystkich schroniskach. Jedynie w drugim schronisku – Carrozzu – jest pod tym względem tragicznie, ale tam właśnie kończyli budowę węzła sanitarnego i na pewno warunki są już podobne jak wszędzie. Woda w kranach jest ciepła tylko w ciągu dnia, bo nagrzewa się od słońca, przepływając przez czarne gumowe węże rozłożone na stoku, albo – jak w niektórych schroniskach – wykorzystuje się solary.
            W schronisku i wokół niego jest dużo ludzi. Meldujemy się, płacimy za nocleg i usiłujemy znaleźć dogodne platformy na rozbicie 3 namiotów. Stok jest dość stromy i trochę musimy się nachodzić pośród zarośli zanim znajdujemy odpowiednie miejsce. Nasz namiot jest dość duży (i kurcze – ciężki), bo to trójka z dużym przedsionkiem i nie łatwo znaleźć tak dużą platformę. W końcu jednak coś znajdujemy. Powiększamy nieco placyk, odsuwając większe i mniejsze kamienie. Wiatr jest bardzo silny, a o wbiciu szpilek nie ma co marzyć. Mocujemy więc linki odciągów do większych głazów (warto zabrać ze sobą dodatkowe, długie pętle), a cały tropik przy ziemi osłaniamy i obciążamy dodatkowo murkiem z pozbieranych kamieni. Dopiero teraz możemy zabrać się za gotowanie w przedsionku namiotu. Z miejsca gdzie się rozbiliśmy mamy piękny widok na zachód. Przed sobą mamy otwartą przestrzeń, a na niebie ukazuje się słońce i błękit. Wkrótce możemy podziwiać pierwszy zachód słońca w Górach na Korsyce i kończymy dzień tradycyjnie – czyli wspólną degustacją kilku butelek korsykańskiego, wytrawnego, znakomitego wina :). Ta tradycja przetrwa próbę czasu i rozciągnie się na wszystkie dni pobytu na Korsyce, choć nie zawsze były to butelki ;).

zdjęcia  dnia 1 z galerii: 1 , 2, 3, 4

 


Początek szlaku GR20 w Calenzanie

Znaki GR20

Wchodzimy w Góry

W skałach

Widok w kierunku wybrzeża

Nareszcie schronisko

schronisko 1

miejsce do gotowania przy schronisku
 

 

5 lipca czwartek

            Refuge d'Ortu di u Piobbu - Refuge de Carozzu 8 km, 6 h Męczące podejścia i zejścia w skalnym, pozbawionym cienia terenie, ukraszone kilkoma miejscami z lekką wspinaczką. Wspaniałe widoki w kocioł skalny Bonifatu. Strome zejście /850 m/ do Carozzu. Po drodze rzadko, ale jest woda.
            Ranek budzi nas słońcem i błękitnym niebem, aż chce się wstawać. Krzątaninę zaczynamy o 7, ale już od chyba 5 słychać, jak inni turyści przygotowują się do wyjścia. W efekcie, gdy my wychodzimy z namiotów, oni już wychodzą w trasę. Nam się tak nie spieszy – postanawiamy pokonywać tylko pojedyncze etapy GR20 – od schroniska do schroniska. Niektórzy robią po dwa.., ale czy w Góry idzie się po to, żeby zaliczyć jak najwięcej szczytów i kilometrów? W prawdzie niektórzy wychodzą tak wcześnie, żeby uniknąć południowego upału, ale co później robić w schronisku, gdy przyjdzie się tak wcześnie? Co prawda, rzeczywiście upały są tu dość męczące, ale nam to jakoś nie przeszkadzało, z resztą ja lubię jak jest gorąco.., a cudowność krajobrazów nie pozwala, żeby ot tak, przelecieć mimo nich, bez dłuższej zadumy i zachwytu..
            Suszymy namioty z porannej rosy, pakujemy się i ok. 9 wyruszamy w trasę. Jesteśmy dość wysoko (dochodzimy do wysokości prawie 2 000 m n.p.m.) i widoki są przefantastyczne, z resztą jak to opisać? W większości strzeliste skalne turnie, czasami wysokie, ale łagodne wierzchołki pokryte zielenią.. a wszystko na tle błękitnego nieba z lazurem morza w oddali.. a Gór tu nie brakuje, cała Korsyka to właściwie same Góry. Przed naszymi oczami więc wyrastają niezliczone pasma górskie aż po horyzont, ograniczone niebem, albo morzem.. .
          Każdego dnia na trasie zatrzymujemy się na dłuższy postój, gotujemy herbatę, szykujemy kanapki i możemy delektować się widokami. Niełatwo wybrać takie miejsce, bo za każdym załomem skalnym widok jest nieco inny, po każdym wspięciu się na przełęcz, czy szczyt, chciałoby się pozostać tam na dłużej.. . Idziemy więc, rozglądając się chciwie na wszystkie strony i pięknie się idzie choć z ciężkim plecakiem.. i jeszcze cięższym sercem… .
          Na naszej trasie mijamy strumień i źródełko, w końcu wychodzimy na przełęcz z której widoki zapierają dech – widzimy cały łańcuch najwyższych szczytów wraz z Monte Cinto – czyli najwyższym szczytem Korsyki. Niesamowite wrażenie robi też na nas surowy Cyrk Bonifatu. Jakiś czas idziemy granią, później dość eksponowanym trawersem. Najgorsze jest już ostatnie zejście do schroniska Carrozzu. W upalnym słońcu po sypkim piargu. Zejście jest bardzo uciążliwe i jakieś takie bardzo długie. Na szczęście końcowy odcinek szlaku prowadzi przez porośnięty drzewami stok, jest więc trochę cienia i podłoże nieco bardziej stabilne. Dochodzimy nareszcie do schroniska ukrytego w cieniu drzew i u podnóża majestatycznych skał. Walcząc z wszechobecnymi mrówkami rozbijamy namioty i gotujemy obiad.
        Warunki sanitarne są tu opłakane. Natrysk to końcówka gumowego węża – „kabina” to miejsce między skałami wśród drzew, osłonięta od oczu innych ludzi jakimiś kawałkami ceraty, ale ochoczo korzystamy z tego przybytku, bo trudy trasy i upał dały nam się dzisiaj jakoś szczególnie we znaki. Dla pocieszenia dodam, że właśnie ekipa remontowa prawie skończyła budowę nowego węzła sanitarnego i zapewne jest tam już bardzo eleganckie WC i natryski.

            W każdym schronisku można kupić jakiś prowiant, a już na pewno miejscowe wino. Ceny są jednak dość słone, ale wino jest w przystępnej cenie – tak więc degustujemy je tradycyjnie.. . Wieczorem mamy możliwość podziwiać, z tarasu schroniska, przecudnej urody zachód słońca, które chowa się pomiędzy szczytami Gór.

zdjęcia dnia 2 z galerii: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

 


Na krawędzi Kotła Bonifatu

 



Uciążliwe zejście do Carrozzu

 

 


Schronisko Carrozzu

 

 


Kabina natryskowa
 

 

6 lipca piątek

            Refuge de Carozzu - Haut-Asco 7 km, 6 h Po pokonaniu mostu wiszącego na strumieniu Spasimata, równolegle do strumienia, po płytach skalnych w górę. Uwaga: mokre płyty są śliskie, niebezpieczeństwo upadku ze znacznej wysokości. Od szczeliny skalnej w niezliczonych zygzakach w dół do Haut-Asco.
            Tym razem udaje się nam wyjść już o 8. Trawersem dochodzimy do malowniczego, głębokiego koryta strumienia, nad którym przerzucony jest długi mostek wiszący. Robi się mały zator, bo mostek jest jednoosobowy i musimy trochę poczekać, aż przejdzie kilka osób.
            Za mostkiem idziemy dość stromo w górę po nieprzyjemnie pochylonych płytach skalnych, miejscami prawie całkowicie gładkich – aż trudno sobie wyobrazić wędrówkę tym odcinkiem szlaku, gdyby skała była mokra – serdecznie odradzam. Miejscami można się czegoś chwycić, ale raczej z rzadka, a sztuczne ubezpieczenia w postaci łańcuchów czy klamer są rzadkie, bardzo zniszczone i niepewne. Jak zwykle towarzyszą nam niesamowite widoki. Na początku górują nad nami olbrzymie, strome skały, na których wyrastają, Bóg raczy wiedzieć w jaki sposób, samotne pomnikowe niemal sosny. Pomiędzy turniami w dole widać oczywiście morze. W coraz większej spiekocie dochodzimy na przełęcz. Ma tu być jezioro Muvrella – już cieszę się na myśl kąpieli w chłodnej wodzie, w końcu jest na wysokości prawie 2 000 m n.p.m. Rzeczywiście miejsce jest fantastyczne! Przecudny widok i jeziorko ukryte w kotlince w zaroślach niewysokich drzew. Urządzamy tu sobie oczywiście dłuższy popas z kąpielą włącznie – cudo! (nie ma tu niestety wody zdatnej do picia). Nie jest to jednak koniec męczącego podejścia, przed nami jeszcze trochę mozolnego wspinania. Dla ochłody zakładam na głowę zupełnie mokrą chustę (niestety zapomniałem zabrać czapkę z auta w Calenzanie), patent ten będę stosować przez wszystkie kolejne dni, choć po kilkunastu minutach i tak chustka jest sucha jak wiór. Ok. 14 wdrapujemy się w końcu na najwyższą dziś przełęcz, z której widać już schronisko Asco Stagnu w Haut Asco. Jedno z nielicznych na GR20, do którego można dojechać autem. Schodzimy do niego dość lekkim krokiem, bo dzisiejszy odcinek nie był zbyt uciążliwy ani długi. Haut Asco to istne centrum turystyczne. W największym budynku jest hotel, w drugim duża jadalnia z kuchnią i łazienkami. Oczywiście korzystamy z tych przybytków z wielką ochotą – jest tu też prąd – można np. naładować komórkę (zasięg sieci jest właściwie na całej Korsyce bezproblemowy). Jest tu też całkiem dobrze zaopatrzony sklep. Zaopatrujemy się w chleb, no i tradycyjnie kupujemy doskonałe wino. Wspaniale smakują też kupione tu melony – ochłodzone w przepływającym opodal strumieniu (wino też się chłodzi).
            Zachodzące słońce przepięknie oświetla na czerwono wysokie szczyty Gór, a nad nami pyszni się przecież Monte Cinto i Punta Minuta. Piękny biwak, szkoda tylko, że takie tu tłumy ludzi. Spędzimy tu dwie noce, bo jutro ruszamy na najwyższy szczyt Korsyki – Monte Cinto 2 706 m n.p.m.

zdjęcia dnia 3 z galerii: 1, 2, 3

 


Przy potoku Spasimata

Sosny na skalnych pólkach

Coraz bliżej przełęczy

Przed nami skalna grań

Jez. Muvrella

Schr. Asco Stagnu z przełęczy

Przy schronisku

 

7 lipca - sobota

            Asco Stagnu – Monte Cinto(2 706 ) – Asco Stagnu. Szybka wspinaczka, w górę 4 h, w dół 2 h.

            Na szlak ruszamy ok. 7. Tak to możemy chodzić! Mamy lekkie plecaki, bo tylko picie, trochę jedzenia i kurtka. Przed nami spore podejście, ale w towarzystwie coraz piękniejszych i rozleglejszych widoków. Ścieżka jest wyraźna, więc idziemy dość szybkim tempem. Najpierw w lesie, później skalna ścieżka, w końcu piargi i skały. Trochę przyjemnej wspinaczki, więcej męczącego piargu. Dochodzimy do śnieżnych pól, fajnie tak sobie na śródziemnomorskiej wyspie, w środku lata, rzucać się śnieżkami :). Gdy myślimy, że już osiągnęliśmy szczyt, okazuje się, że tak naprawdę mamy jeszcze przed sobą prawie godzinę skalnej drogi, z tym, że po drugiej stronie grani.
            O 1130 zdobywamy szczyt. No cóż.. muszę przyznać, że to jak na razie, mój najwyższy szczyt, na który się wdrapałem, nic imponującego, no ale zawsze to jakieś wydarzenie. Tym bardziej, że widoki niesamowite! Pogoda fantastyczna, więc cóż tu opisywać – to trzeba zobaczyć! Pstrykam jakąś straszną ilość zdjęć, kręcąc się dookoła, z zoomem i bez, z mniejszą i większą przysłoną - tak na wszelki wypadek.. . Przecudnie. Wokół Góry, Góry i Góry.. i morze… .

           Tradycyjnie wznosimy na szczycie toast odpowiednim napitkiem przywiezionym specjalnie na tę okazję z Polski. Wspólna fotka, herbatka, kanapki.. – ech nie chce się schodzić w dolinę.. . Sam szczyt nie wyróżnia się niczym szczególnym. Stoi tu mały, lichy, drewniany krzyż, jakieś betonowe pozostałości po trudno określić czym.., no ale te widoki dookoła! Siedzimy na szczycie chyba z 3 godziny! Cóż – trzeba jednak wracać. Ruszamy z Darkiem i Krzyśkiem szybkim tempem. Tam gdzie piargi, można zbiegać, dość szybko więc wracamy do naszych namiotów. Muszę przyznać, że trochę czuję pokonaną wysokość w nogach, a wieczorem łapią mnie jakieś dreszcze – chyba załapałem jakiś mały udar, bo telepię się w śpiworze jakbym miał gorączkę. Rankiem wszystko jednak wraca do normy i ruszamy w dalszą trasę – do Kotła Samotności, a raczej Cyrku Samotności – ciekawa nazwa..

                   


Na szczycie
 


Nasza grupka na
2 706 m npm


Toast na szczycie


widok na zatokę
Calvi z M.Cinto

zdjęcia dnia 4 z galerii:1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

 


wejście na szlak

mostek na wodospadem

w drodze na M.Cito

trochę skalnej wspinaczki

z Darkiem na szczycie

Haut Asco z M.Cinto
 

 

8 lipca - niedziela

            Haut-Asco - Refuge de Tighiettu 8 km, 6 h. Po spokojnym podejściu przez pełne cienia lasy sosnowe i rozległe górskie łąki następuje spektakularny kulminacyjny punkt na GR 20: Cirque de la Solitude.
            Udaje się nam wyjść już przed ósmą. Mamy nowy zapas jedzenia – głównie chleba i jak zwykle sporo wody – po 3 litry. Niektórzy obawiają się dzisiejszej trasy, szczególnie Malika. Opisy Cyrku Samotności, jako bardzo trudnego do przejścia, są już prawie sławne.. – i grubo przesadzone, no ale działa to na wyobraźnię i wzbudza dreszcz emocji.
            Pomału zdobywamy wysokość, idąc rozległą doliną u podnóża jednego z najwyższych szczytów Punta Minuta, później wchodzimy w skały, a szlak staje się stromy  i trochę nawet wspinaczkowy, wyprowadzając nas na skalną grań, z której już widzimy sławny Kocioł Samotności, a wokół nas wznoszą się wspaniałe turnie. Spore wrażenie robi też widok wysokiej przełęczy na którą będziemy musieli się wspiąć po drugiej stronie kotła. Żeby to zrobić jednak, musimy najpierw zejść stromym, skalnym szlakiem ok. 200 m, a później trochę więcej w górę. Kocioł zionie surową, skalną pustką. Widać tylko strome załomy skalne, jest w tym jakaś groza i piękno jednocześnie. Odpoczywamy chwilę na przełęczy i zaczynamy trochę uciążliwe zejście. Duże plecaki nie ułatwiają zadania. Dla ułatwienia przejścia, można korzystać z dość licznych łańcuchów i klamer, ale ekspozycja jest znaczna i dostarcza trochę emocji. Malika nie lubi takich tras – wyraźnie boi się i męczy bardzo tym przejściem – i wówczas spotykamy anioła.. dla Maliki to znak czuwania nad nami naszej córeczki Marzenkito Ona nam go zesłała.. (cóż, mógłbym tu teraz zrobić wywód filozoficzny o aniołach w naszym życiu, ale uważam, że na pewno istnieją w postaci innych ludzi. Znam wielu takich aniołów – piszę to całkowicie poważnie. Mamy to szczęście, że wielu z nich jest blisko nas.. i może to niestosowne, ale muszę wymienić choć kilka osób-aniołów – i zapewniam nie ma w tym nawet cienia ironii! A więc – moi teściowie – niesamowicie dobrzy ludzie ..; a także  nasi przyjaciele – wspierający nas w najtrudniejszych chwilach - Basia i Leszek;, Andrzej z Bożeną – ich życzliwość i cierpliwość Andrzeja jest anielska i jakoś tak kojąca.., Iwonka z Grzesiem – gdyby nie oni – nie pojechalibyśmy na Korsykę i w ogóle jakoś trudniejsze byłoby życie.., Miranda, Maciej.. – myślę, że Malika wymieniłaby jeszcze kilka osób.. – to wspaniałe, że spotkałem Was w moim życiu..). Historia z aniołem w Kotle Samotności jest niesamowita – choć oczywiście wszystko można racjonalnie wytłumaczyć i nie chodzi tu o coś nadprzyrodzonego, ale o całą atmosferę zdarzenia. Otóż, po kilku minutach mozolnego, przywartego do skały schodzenia, po prostu przebiega obok nas młody mężczyzna (niemal jakby na skrzydłach..). Nie ma ze sobą żadnego ekwipunku, nawet najmniejszej torebki, zatrzymuje się trochę poniżej nas, a następnie pyta Maliki, czy może wziąć jej plecak. Po czym, z plecakiem, zbiega swobodnie i lekko po skałach w dół, pozostawia bagaż na w miarę już łatwym odcinku szlaku i wbiega ponownie na górę – uśmiecha się do nas - i po chwili jakby znika.. piękne zdarzenie w niesamowitym miejscu. Pewnie czasami nawet nie wiemy, że możemy być dla innych ludzi aniołami..
            Idziemy chwilę eksponowanym trawersem po skale i zatrzymujemy się na herbatkę w zacięciu skalnym, gdzie trochę po skale, trochę po mchu, spływa woda zdatna do picia. Przyglądamy się przebytej trasie w piekącym słońcu, choć tu akurat jest dość miły chłód bijący od spływającej po skale wody. Pięknie jest tu, w niektórych skałach dopatrzeć się można najróżniejszych fantazyjnych kształtów, postaci .. Teraz czeka nas wspinaczka na drugą stronę kotła, ale wejście w takich warunkach jest zawsze łatwiejsze niż zejście. Tutaj też są czasami łańcuchy, więc spokojnie wychodzimy na przełęcz z której mamy tylko zejście do schroniska Tighiettu. Z przełęczy znów możemy podziwiać niesamowite widoki, bliższe i dalsze szczyty, i wybrzeże z falującym morzem..
            Schronisko Tighiettu ma ciekawą konstrukcję – stoi na wysokich słupach na dość stromym stoku. Ma to tę zaletę, że dosłownie, pod schroniskiem jest wspaniały cień i chłód. Większość osób okupuje tu kilka ław i stołów. Również tutaj jest natrysk i kuchenka gazowa. Bardzo przyjemne miejsce na przygotowanie obiadu i posiedzenie sobie przy szklaneczce doskonałego wina. Gospodarz schroniska mówi, że to z jego prywatnej winnicy i prosi, aby oddać mu butelki po ich opróżnieniu. Miłym gestem z jego strony jest to, że gdy pod wieczór, zanoszę mu puste butelki, nalewa mi gratisowo dobrze ponad pół litra owego wina, które z Kubą wypijamy z wielkim ukontentowaniem. Przy schronisku nie łatwo znaleźć na tyle dużą płaską platformę, żeby zmieścić nasz namiot, ale w końcu jakoś nam się to udaje, i to całkiem blisko budynku schroniska.

zdjęcia dnia 5 z galerii:1, 2,

 


sosna przy szlaku do Kotła Samotności

Zejście do Kotła Samotności

Nie tylko skała

Wspinaczka w górę

Wychodzimy z kotła

schronisko Tighiettu

wino z prywatnej winnicy

schronisko na tle grani

 

9 lipca - poniedziałek

            Refuge de Tighiettu - Refuge de Ciottulu di i Mori. 7 km, 4 h. Najpierw na luzie przez cieniste lasy sosnowe. Po drodze możliwości kąpieli w głęboczkach potoków. Końcówka to podejście do schroniska Ciottulu di i Mori.

            Ok. 8 wychodzimy na szlak. Dzisiejsza trasa nie zapowiada się specjalnie ciężko. Początkowo zejście do bergerie (bacówki) Ballone. Zatrzymujemy się tam na chwilę i podziwiamy ciekawie podświetlone słońcem chmury. Bardzo ciekawe zjawisko, co trochę widać na zdjęciu, ale jak zwykle nie oddaje atmosfery spektaklu… .            
            Bergerie Ballone to coś w rodzaju schroniska-restauracji. Wokół rozstawione są namioty, w których można przenocować – dość przyjemne miejsce z ładnymi widokami. Ruszamy dalej – trzeba trochę uważać, bo następuje tu rozwidlenie szlaków, jedna odnoga odbija na wschód, wzdłuż potoku Viru do miejscowości Calasima, druga – główna prowadzi na zachód. Początkowo idziemy bez większych przewyższeń, przekraczamy spory strumień – dopływ wspomnianego wcześniej potoku Viru,  aż w końcu dochodzimy do kolejnego strumienia, wzdłuż którego wspinamy się na przełęcz. Strumień jest bardzo uroczy, miejscami powstają porośnięte mchami kaskady, w innych miejscach są dość głębokie i przyjemne oczka wodne, w których nie omieszkam się wykąpać. Słoneczko grzeje pięknie, ale znów wzmaga się wiatr i wygląda na to, że coś zmienia się w pogodzie. Przed samą przełęczą jest trochę drapania się po skale, ale w końcu wychodzimy na obszerną przełęcz z, oczywiście, wspaniałymi widokami. Niestety wieje paskudnie i nie zatrzymujemy się tam zbyt długo. Na prawo od nas widać wyraźną ścieżkę prowadzącą do schroniska Ciuttulu di i Mori (u Ciotuli – brzmi bardziej swojsko). Jest to najwyżej położone schronisko na GR20. Namioty rozbijamy poniżej schroniska w obszernym kotle. Warunki są tu dość siermiężne, np. woda przestaje wypływać z wylewki ok. 22 , nie ma też gazu. Za to widoki są już tradycyjnie zachwycające. Bezpośrednio nad nami wznoszą się skalne baszty i turnie, a z drugiej strony otwiera się szeroka panorama morza szczytów. Co prawda zaczynają napływać chmury i mgły snują się pomiędzy szczytami, wiatr przepędza je z jednej doliny w drugą, ale nadaje to dodatkowego uroku i atmosfery temu miejscu. Jest zimno, a w pewnym momencie zaczyna padać intensywny deszcz, na szczęście trwa to tylko kilkanaście minut, ale wiatr i ziąb jest trochę dokuczliwy.

zdjęcia dnia 6 z galerii:1, 2, 3

 


kaskady przy szlaku z Tighiettu

strumień z głęboczkami

wspinaczka na przełęcz

widok na schronisko "u Ciotuli"

 

10 lipca - wtorek

            Ciottulu di i Mori – Vergio. Łatwa trasa w dół. 7 km, ok. 3 h.

            Poranek wstaje słoneczny, choć jeszcze niektóre szczyty spowite są chmurami, ale słońce przepięknie oświetla je i przez to mamy przepiękne widoki dookoła. Dziś nie spieszymy się za bardzo, bo właściwie mamy tylko zejście do malowniczej doliny wzdłuż potoku Catamaizi, a właściwie wzdłuż jednego z jego dopływów. Na trasie panuje zaskakujący duży ruch, sporo osób kieruje się w górę. Końcówka drogi jest trochę monotonna i nużąca, prowadzi przez las, choć czasami otwierają się ciekawe widoki.
            Kilka minut po 13 docieramy do schroniska Vergio (Castellu di Vergio). Nie jest to właściwie schronisko, tylko hotel z polem kempingowym. Na kempingu jest pusto i raczej mało przyjemnie. Tylko w jednym zakątku rośnie kilka drzew dających cień. Rozbijamy tam namioty i oddajemy błogiemu lenistwu – mamy dziś mnóstwo czasu, ale trochę odpoczynku, po siedmiu dniach wędrówki w końcu nam się należy. W hotelu jest sklepik i restauracja. Kupujemy najpotrzebniejsze artykuły, choć ceny są kosmiczne. Udało się nam – przez przypadek – kupić tu najdroższe w życiu pomidory.., wynikło to z tego, że podana cena dotyczyła 1 sztuki (70 centów), a nie 1 kg :(, no i kupiliśmy 6 sztuk.. – czyli wyszło ok. 20 zł za 1 kg! Ech, jak szaleć to szaleć! W kawiarni wypijamy piwo! – ale to zasponsorowała Ewa. Jest tu tak jakoś elegancko.., z panoramicznych okien rozciąga się rozległy widok na Góry. Widać kilka wyciągów narciarskich. Dobrze tu mają na tej wyspie – latem gorące, wspaniałe plaże, zimą ośnieżone Góry i możliwość jazdy na nartach. Spotykamy tu, ku naszemu zaskoczeniu, pracującą Polkę, a ponieważ nie możemy kupić – bo nie ma – masła i cukru, oferuje nam pomoc. To bardzo miłe z jej strony! Po godzinie przynosi nam do namiotów cały wór wiktuałów. Są to świeżutkie bagietki (właściwie tylko takie pieczywo jest dostępne na Korsyce), jabłka, pomarańcze, sery, masło, cukier.. – ale mamy używanie!
            Pomimo, że nie jesteśmy zbyt wysoko, robi się bardzo zimno i znów wieje okrutnie, aż trudno wysiedzieć bez czapki i rękawiczek. Najwspanialsze są tu natryski – woda jest gorąca, co za wspaniałe uczucie! Można się dowoli tu grzać, aż nie chce się spod nich wychodzić.

zdjęcia dnia 7 z galerii:1, 2, 3

 
w dolinie poniżej Ciottulu

transport zaopatrzenia do schroniska

na kempingu w Vergio

widok z kempingu(natryski na pierwszym planie)

przy kawie
 

11 lipca - środa

Vergio - Refuge de Manganu. 15 km, 6 h.

            Wychodzimy o ósmej. Wieje wrednie. Dziś przed nami najdłuższa trasa naszej Korsykańskiej eskapady. Początkowo idziemy trochę w dół, później dość długim trawersem na jednym poziomie w lesie. W końcu strome podejście bezsensownymi zakosami na szczyt Col de St Pierre(1425) (proponuję iść na skróty). Jest tu kapliczka Św. Piotra, dwa niesamowicie wyglądające – wygięte przez wiatr drzewa – ich korony rosną równolegle do ziemi, no i roztacza się stąd wspaniały widok na cały niedaleki łańcuch szczytów z Monte Cinto w roli głównej. Wymarzone miejsce na robienie zdjęć – żeby jeszcze nie ten wiatr! Po serii zdjęć ruszamy dalej, trochę pod górę, później piękna grań z fantastycznymi widokami i w końcu zejście do edenu niemal! Sławne jezioro Nino. Wspaniała zieleń traw, połyskująca lazurem tafla jeziora, mnóstwo pasących się zwierząt: krowy, konie, kucyki, owce... jak w raju! Jest tu też źródełko. Zostajemy na dłuższy popas, jest tak pięknie, że aż żal iść dalej. Nawet wiatr przestał wiać. Trochę przeszkadzają nam nachalne kuce, które wyraźnie oczekują na dokarmienie z naszych zapasów – a poszły! Na nic jednak nasze odganianie – uparcie zaglądają nam do plecaków i obwąchują nasze ubrania. Na szczęście zainteresowały się w końcu inną grupką turystów i dały nam spokój.
            Dalsza część szlaku przebiega przez w miarę płaski teren z niesamowitymi, w swoich kształtach, drzewami. Większość z nich powyginana jest w fantastyczne formy, niektóre pnie rozszczepione są w środku – powstały z tego przedziwne stwory – jak z filmu fantazy.
            Po ok. godzinie przechodzimy koło Bergerie de Vaccaghia, a stąd widać już wielki kocioł ze schroniskiem Manganu. Teraz musimy trochę podejść i w końcu ok. 15:30 jesteśmy przy schronisku. Można się zachwycać położeniem schroniska. Obok szumi piękny strumień, a nad nami wznoszą się wysokie zbocza Gór. Znów wieje i jest trochę nieprzyjemnie mgliście i jakoś tak wilgotno, i coraz zimniej. Niestety jest tu bardzo dużo turystów, a na domiar złego, ze względu na awarię, nieczynne jest WC. Nawet nie za bardzo można iść w krzaki, bo są tak kłujące, że trudno nawet tam wejść, poza tym sporo ludzi szuka w nich ratunku i wokół schroniska robi się niezbyt przyjemnie. Pod wieczór przylatuje śmigłowiec (wzbudza popłoch wśród ludzi, którzy akurat rozbili się nieopodal lądowiska i wśród tych, którzy niedaleko ukryli się w krzakach – wyskakują z nich ze spodniami w garści w tumanie kurzu i przerażeniem w oczach) z elementami potrzebnymi do naprawy WC – przy ogólnym aplauzie wszystkich, opuszcza bagaż i za jakiś czas ponownie przylatuje przywożąc kilka osób, które coś tam majstrują przy popsutej ubikacji. Nie doczekujemy się jednak jej naprawienia i dopiero w środku nocy mogę poszukać jakiegoś spokojnego miejsca..

            Noc i ranek są okrutnie zimne

zdjęcia dnia 8 z galerii:1, 2, 3, 4, 5

 
wychodzimy na szlak

na Col de Pierre

jezioro Nino

natarczywe kucyki

przedziwne drzewa

przy Manganu

ekipa i części do WC
 

12 lipca - czwartek

Refuge de Manganu - Refuge de Petra Piana. 10 km, 7 h. Wspaniała graniówka z kilkoma łatwymi miejscami wspinaczkowymi. Wszystko zawieszone wysoko ponad górskimi jeziorami Capitello i Melo.

Rano, gdy zaczynamy się zwijać, jest tylko 3o C i do tego znów silny wiatr. Musimy znów trochę odczekać, aż wyschną z rosy nasze namioty i o godz. 830 wyruszamy w górę. Po półtorej godzinie podejścia wzdłuż strumienia, zatrzymujemy się na chwilkę przy małym jeziorku. Stąd niedaleko już na przełęcz, a tam przecudny widok na niebieskie jeziora Capitello i Malo w skalnym kotle. Kontemplujemy tam czas jakiś i teraz mamy piękną skalną drogę. Najpierw trawers, następnie stromo w dół, później trochę grani, trochę trawersu, aż znów zatrzymujemy się przy kolejnym jeziorku Rinoso . Dalej idziemy wznoszącą się ścieżką w kosówce na przełęcz, a potem już zejście do schroniska Petra Piana. Zejście jest trochę męczące, bo miejscami jest znów stromo i skalnie, a miejscami są pochyłe płyty, które bywają mokre, a co za tym idzie – piekielnie śliskie – należy bardzo uważać. Schronisko widać z daleka i jakoś tak łatwiej się idzie. Z daleka wygląda raczej jak psia buda, ale w rzeczywistości jest tam bardzo sympatycznie. Rozbijamy się na trawie! przy, szumiącym dość głośno, źródle. Przed nami rozpościera się widok na Monte d’Oro(2389) z jednej strony, a Petra Niella(2345) z drugiej. Na ten szczyt wdrapiemy się jutro w drodze na Monte Rotondo.
             Słoneczko grzeje pięknie, korzystamy więc z tego, że woda nagrzana przez solary jest prawie ciepła i zażywamy przyjemności kąpieli. Inną przyjemnością jest to, że można tu kupić niezłe wino – ale trzeba mieć własne naczynie. Andrzej ma świetny garnek, wygląda jakby miał 1 litr, a mieści 2 litry.. nalewają nam prawie do pełna, a kasują za 1 litr – wiedzą co jest grane, bo miła pani uśmiecha się porozumiewawczo, więc korzystamy z tego jeszcze kilka razy :). Dyskutujemy nad dalszym planem naszego pobytu w Górach. Bożenka, Andrzej i Darek mają kontuzje, Malika i Ewa czują już trudy trasy, tak więc postanawiamy, że następnego dnia oni zostają przy schronisku, a ja z Krzyśkiem i Kubą idziemy na Monte Rotondo (2 622 m n.p.m.) – drugi, pod względem wysokości, szczyt Korsyki.


schronisko ze ścieżki na M,Rotondo

 

 
przy menażce wina

 

zdjęcia dnia 9 z galerii:1, 2,

 
powyżej Manganu

na przełęczy

zaczynamy zejście

strome zejście w skale

za nami skalna przeprawa
 

13 lipca - piątek

Refuge de Petra Piana – Monte Rotondo - Refuge de Petra Piana. Przepiękna trasa, na drugi szczyt Korsyki. 2 h w górę, 1,5 h w dół, ale koniecznie doliczcie dużo czasu na zachwycanie się jeziorem i widokami.

            Wychodzimy przed 8. Jest wspaniała pogoda i jeszcze wspanialsze widoki. Bardzo podoba mi się, że prawie zaraz za schroniskiem jest kopczykowana ścieżka prowadząca na Monte Rotondo. Najpierw ostro podchodzimy pod szczyt Petra Niella, idzie się wspaniale, bo na lekko i z coraz bardziej przestronnymi widokami. Widzimy też nasze namioty, które oddalają się coraz bardziej. Dochodzimy na przełęcz, a stąd widać już grań M. Rotondo. Małe zejście ścieżką w lewo, następnie znów podejście do kotła z przecudnym jeziorem Bellebone otoczonego postrzępionymi skalnymi graniami. Nad nami góruje niebotyczne M. Rotondo, postanawiamy więc najpierw zdobyć szczyt, a w drodze powrotnej zażyć kąpieli. Wspinaczka nie jest trudna, choć trochę żmudna. Trochę po dużych głazach, trochę  po piargu w licznych zakosach, na końcu odrobinę delikatnej wspinaczki. Szczyt osiągamy po ok. 2 godzinach od wyjścia spod schroniska. Widoki są chyba jeszcze wspanialsze niż z M. Cinto. Widać stąd bardzo wyraźnie wschodnie i zachodnie wybrzeże. Widać statki zawijające do Ajaccio i całe morze Gór na Pn i Pd. Wspaniale widać poprzednie etapy naszej trasy. Przecudny widok dookoła. Jak zwykle kręcę się z aparatem na wszystkie strony robiąc fotki z większym i mniejszym przybliżeniem. Dość długo siedzimy na szczycie i nie chce się schodzić, choć u podnóża szczytu kusząco pobłyskuje błękitem wspaniałe jezioro. Odrobinkę poniżej szczytu jest dość duży schron – solidna, kamienna budowla przykryta blaszanym dachem. Można więc zupełnie bezpiecznie tu przenocować – myślę, że to wspaniałe miejsce na wschód słońca. Jeśli jeszcze kiedyś los mnie przywiedzie na Korsykę, to na pewno wejdę tu pod wieczór – na zachód słońca, a rano - oczywiście – wschód.. z M. Rotondo musi być to przefantastyczny spektakl..
            Z prawdziwym żalem zaczynamy zejście. Docieramy do jeziora, które mieni się wszystkimi odcieniami niebiesko-zieloności, a w tym odbijają się pionowe turnie i baszty skalne, gdzie niegdzie widnieją łaty śniegu, a wszystko to zwieńczone głębokim błękitem nieba, skąpane w słonecznym blasku.. . Jest tu nawet piaszczysta plaża!
            Kuba zostaje nieco w tyle na szlaku, a Krzysiek i ja wskakujemy do krystalicznej wody. Zimna – ale wspaniała! Chwilę wylegujemy się na nagrzanej skale i znów niechętnie idziemy dalej. Trochę poniżej jeziora są jeszcze urocze oczka wodne dające początek strumieniowi – w najlepsze pluskają tu pstrągi, ale fantastyczne miejsce na biwak! z tym, że oczywiście nie wolno biwakować nigdzie poza miejscami przy schroniskach..  – może i dobrze, bo niestety wielu turystów nie potrafi pozostawić po sobie miejsca noclegowego w takim stanie, żeby nie było widać śladów ich bytności - szkoda byłoby tego miejsca.
            Szybkim tempem pokonujemy drogę powrotną do schroniska – bardzo miło przyjść i zastać oczekujące osoby i gotowy obiad :).
            Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że dzisiejsza trasa na M. Rotondo, pobyt na szczycie, jezioro – to najpiękniejsza trasa z całego pobytu na Korsyce. Niezbyt męcząca z niesamowitymi widokami – polecam wszystkim – nie omieszkajcie wejść na ten wspaniały szczyt, pomimo, że nie jest bezpośrednio na szlaku GR20!           
            Pod wieczór powtarzamy manewr z Andrzejową menażką..;) – żegnamy się ze sławnym, przepięknym szlakiem GR20.

zdjęcia dnia 10 z galerii:1, 2, 3, 4

   


widok z M.Rotondo na jez. Nino



jezioro pod M.Rotondo



schron na szczycie



na tle M.Cinto



skalne ściany M.Rotondo nad jeziorem



plaża przy jez. Bellebone

 

14 lipca - sobota

Refuge de Petra Piana – Savaggio 4 h – Lumio (pociągiem 5,5 h) . – początkowo przyjemne zejście, później trochę uciążliwie dojście do przystanku kolejowego. Piękna jazda pociągiem z wysokości prawie 2 000 m n.p.m . do poziomu morza.

            Schodzimy w dolinę potoku Vecchio. Po drodze, trochę poniżej schroniska, spotykamy naszego rodaka pracującego przy remoncie, zagubionej w Górach, Bergerie de Tolla (obiekt prywatny). Zejście trwa kilka godzin, prawie cały czas wzdłuż potoku. W końcu dochodzimy do asfaltowej drogi, ale nie wchodzimy na nią, szukamy możliwości skrócenia olbrzymiej serpentyny. Schodzimy w dół i chyba trafiamy nienajlepiej, mamy bliskie spotkanie z kilkoma, raczej wrogo usposobionymi, psami. Salwujemy się ucieczką za ogrodzenie, które lekkomyślnie przekroczyliśmy. Znajdujemy inną ścieżkę i idąc stromo w górę wychodzimy ponownie na asfaltową drogę prowadzącą w kierunku Vivario. Jesteśmy coraz niżej – i spiekota staje się coraz bardziej odczuwalna. Trafiamy na tory kolejowe, chwilę idziemy wzdłuż nich i widzimy przystanek kolejowy Savaggio, a za nim kemping. Zachodzimy na kemping, kupujemy jakieś lody, a niektórzy zimne piwo i wracamy na peron oczekując na pociąg do Calvi – oczywiście z przesiadką w Ponte Leccia. Peron jest zaśmiecony i jest tam raczej mało przyjemnie. Szykujemy jedzenie w cieniu sosen i oczekujemy na pociąg. O ile dobrze pamiętam ok. 14:45 wsiadamy do pociągu – podobnego do naszych szynobusów.
            Podróż dostarcza sporo wrażeń. Z okien wagonu roztaczają się wspaniałe widoki, a tory poprowadzone są nieskończonymi serpentynami na stromych stokach zboczy. Czasami pod nami widnieją kilkusetmetrowe przepaście, czasami przejeżdżamy przez ciasne, skaliste wąwozy, no i oczywiście co chwilę jest jakiś tunel. W pewnym momencie w jednym tunelu pociąg gwałtownie hamuje, okazuje się, że to przez krowy, które spacerowały sobie w chłodzie skał. Widzę jak krowy gnają przed pociągiem, wymionami zamiatając prawie po torach, w ostatnim momencie odskakują na bok, uchodząc z życiem. Nie wszystkie mają tyle szczęścia, jadąc dalej zauważamy wiele, krowich chyba, czaszek pozatykanych na różnych tyczkach, czy murkach tuż przy torach. Podróż pociągiem, daje nam doskonały wgląd na krajobraz całej wyspy. Teraz doskonale widać, jak bardzo wyspa jest sucha i porośnięta makią. Mijamy liczne opuszczone zabudowania i niszczejące pozostałości niejednej stacji.
            Krajobraz zmienia się oczywiście znacznie, gdy dojeżdżamy na wybrzeże. Tu skupionych jest dużo miejscowości, ale o tym już pisałem. Piękne są widoki, bo z jednej strony połyskujące w słońcu falujące niebieskie morze, z drugiej niższe, zielone, lub skaliste wysokie Góry.
            Ok. 2015 wysiadamy na stacji Calenzana – Lumio. Dalej idziemy na nogach na znany nam już kemping Dolce Vita. Zrzucamy plecaki i razem z Andrzejem ruszamy na piechotę do Calenzany po nasze auta. Liczymy, że może uda nam się złapać jakiegoś stopa, bo jeśli nie - to mamy do pokonania z 10 km. Trochę się namachaliśmy, ale po przejściu z 3 km zatrzymuje się Korsykańczyk i podwozi prawie pod same auta. Zastanawiamy się w jakim będą stanie, ale oprócz  grubej warstwy kurzu, wszystko jest OK. W drodze powrotnej na kemping odbijamy jeszcze do Calvi, gdzie na stacji benzynowej kupujemy chleb i kilka drobiazgów.
            Wieczorem, gdy jest już ciemno mamy piękny spektakl. Z plaży przy kempingu, poprzez zatokę, obserwujemy wspaniały pokaz sztucznych ogni nad cytadelą w Calvi. Niebo rozjaśnia się różnokolorowymi pióropuszami fajerwerków, wody zatoki mienią się we wszystkich kolorach potęgując efekt. Wyniosła forteca Calvi jaśnieje na tle ciemnego nieba i wody – dziś jest narodowe święto Francji – rocznica zburzenia Bastylii, miły akcent na zakończenie naszej górskiej przygody.
            Do wyjazdu mamy jeszcze 3 pełne dni. Chcemy więc, zgodnie z planem, objechać Korsykę dookoła i zwiedzić, głównie „samochodowo” ciekawsze miejsca wyspy.

zdjęcia dnia 11 z galerii:1,

   


schodzimy w dolinę z GR20

 



przystanek w Savaggio

 



malownicza trasa kolejowa

 



tu wysiadamy po ponad 5 godz. jazdy

 

15 lipca - niedziela

Calvi – Torraccia (Piana), przez Porto.60 km po krętej, górskiej drodze z przepięknymi widokami

            Rano jedziemy do Calvi, niestety w recepcji błędnie podano nam godzinę mszy świętej w tutejszym kościele. Msza jest o 1100, lecz nie możemy czekać tak długo, bo do 12 musimy opuścić kemping, a nie jesteśmy jeszcze spakowani. Robimy tylko niezbędne zakupy w markecie i wracamy do namiotów. Pakujemy się  i ruszamy do  Porto. Jedziemy główną drogą, najpierw spokojne koło lotniska, później droga staje się coraz bardziej  kręta i wąska. Oczywiście widoki są niesamowite – na zatoki, na Góry.. . Ok. 1430 zjeżdżamy do Porto. Bardzo malownicze miasteczko, nad jeszcze bardziej malowniczą  zatoką, wciśniętą między wysokie skaliste Góry.
            Chcemy coś zjeść konkretnego, może niekoniecznie schabowego z kapustą – choć byłoby pięknie, ale pomimo niewygórowanych oczekiwań, i pomimo dziesiątek pootwieranych restauracji i kawiarni, o tej godzinie nie dostajemy nic oprócz kawy i piwa! W końcu, zdeterminowani, kupujemy cudem w jednej z restauracji jakieś zielsko, które tu nazywają sałatką :( - w cenie naszych chyba z 5 schabowych! ależ to paskudne! Udaje się też kupić jakieś tzw. hamburgery - na zimno oczywiście – przypomina to w smaku i wyglądzie – kanapkę z pasztetową :(. Wściec się można!, a wszędzie wystawione menu z dziesiątkami potraw! – na pytanie czy można to dostać otrzymujemy odpowiedź, że oczywiście, ale od 19! Brak słów! Nie ma rady, prawie głodni ruszamy dalej.
         Znów droga prowadzi mocno w górę i z jednego zakrętu wjeżdżamy w następny i tak cały czas. Kilkanaście kilometrów za Porto zatrzymujemy się koło ciekawego zgrupowania skał, przed nami skała o wyglądzie psa. Spacerujemy między skałami, ładujemy się do auta i…. – czuję, że nie mam hamulca! Pod autem robi się wielka kałuża płynu hamulcowego – koniec jazdy. Pękł przewód hamulcowy przy przednim kole. Teraz następuje seria telefonów. Mam ubezpieczenie assistance, więc w ramach niego mogę liczyć na odholowanie auta do warsztatu. Jak tu jednak przez telefon wytłumaczyć, gdzie się akurat znajdujemy? Dobrze, że Krzysiek biegle włada angielskim, więc w końcu, po ok. 3 godzinach przyjeżdża holownik. Niestety, mechanik – Korsykańczyk, mówi tylko po francusku, jak się z nim dogadać.., ale nagle okazuje się, że Kuba zna na tyle ten język, że świetnie się z nim dogaduje. Wciągamy auto na holownik, ja zostaję w nim, bo nie mieścimy się w kabinie z mechanikiem. Resztę dzisiejszej drogi pokonuję wysoko na pace starego holownika. Szkoda, bo po drodze mijamy właśnie najpiękniejsze formy skalne, znane nam z niezliczonych widokówek, m.in. przestrzeloną na kształt serca skałę. Mijamy Pianę i kilkanaście kilometrów za nią staczam się z holownika. Znajduje się tu warsztat i bar. Wokół warsztatu znajduje się sporo wraków starszych i młodszych aut, jakiś taki posępny, nieoptymistyczny widok.  Nasze punto ma być tu naprawione – liczymy, że jutro będziemy mogli ruszyć dalej, ale wcale nie ma takiej pewności. Nasz mechanik nie ma potrzebnego wężyka i musi tę część sprowadzić z większego miasta – może na jutro, może na wtorek.. kto to wie – proszę go o pośpiech, trochę dramatyzuję mówiąc, że we wtorek musimy być na promie, ale nie wzrusza go to zbytnio. Czyżby nasze zwiedzanie Korsyki miało skończyć się w tym miejscu?

           W ramach mojego ubezpieczenia, zostajemy odwiezieni taksówką na najbliższy kemping Torraccia. Tutaj czeka na nas już Andrzej z Bożeną, Krzyśkiem i Ewą. Nie ma rady – musimy tu poczekać na naprawienie naszego auta. Kemping jest całkiem sympatyczny, choć, niestety w dużej odległości od morza, jest tu jednak ładny basen i smaczne, stosunkowo niedrogie, jedzenie na gorąco w przyjemnej kawiarence. Dla poprawy nastroju serwujemy sobie sporą porcję doskonałej baraniny ze wszystkimi możliwymi dodatkami, ale i tak niepokoi mnie na kiedy i za ile będziemy mieli naprawione auto.

 
widok z drogi na Zatokę Porto

 



Porto

 



nasze punto na holowniku

 



przy warsztacie

 

16 lipca - poniedziałek

Plaża :(

          Wstajemy rano, pogoda cudna, nie pozostaje nic innego do roboty, jak tylko iść na plażę. Zajmuje nam to prawie godzinę. Trud się jednak opłaca – plaża jest piękna. Piaszczysta zatoka z łagodnymi zielonymi wzgórzami wokół, ciepła, krystalicznie czysta, woda. No ale jak długo można leżeć na najpiękniejszej nawet plaży? godzinę, dwie? Nuda! Dzwonię do mechanika, licząc, że może będzie można dziś ruszyć dalej, ale niestety – mówi, że chyba dopiero wieczorem będzie miał wężyk. Wracamy na kemping, a wieczorem z Andrzejem i Kubą jedziemy do warsztatu. Pocieszające jest to, że części już są, i że naprawa zajmie z godzinkę, ale nie chce mu się teraz tego zrobić, nie skutkują moje prośby, ani butelka dobrego piwa, którym go obdarowuję ;(. Umawiamy się na jutrzejszy dzień na 9 po odbiór auta.

   

 


na plaży

 

17 lipca - wtorek

Torraccia – Ajaccio – Bastia – Filareto. 310 km.

            O 8 jesteśmy w warsztacie. Mechanik wypomina, że mieliśmy być o 9, ale auto jest naprawione. Uff, pozostaje zapłacić – tego niestety nie pokrywa ubezpieczenie assistance. Wracamy na kemping, ładujemy bagaże i ruszamy do Ajaccio. Nie zmieniamy planów objechania Korsyki, choć czas skurczył się nam znacznie – ale nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś będzie okazja zobaczyć takie cuda jak np. Bonifacio.
            Ajaccio (miasto Napoleona – tu się urodził) jest okrutnie zatłoczone i nawet trudno znaleźć miejsce na zaparkowanie aut. Zwiedzamy je z pewnym rozczarowaniem, bo jakieś takie bez klimatu. Znajdujemy obydwa pomniki Napolona – na jednym stoi jako rzymski cesarz, na drugim już  w typowej dla Napoleona pozie. Co ciekawe – ten drugi pomnik jest otoczony wysokim stalowym płotem, zamkniętym na głucho – widzimy więc go tylko z daleka i robimy fotkę.
            Wracamy na parking – tu rozstajemy się z rodziną Andrzeja. Oni zostają na Korsyce dłużej o dwa dni, my chcemy zobaczyć jeszcze Bonifacio i zdążyć na prom, który odpływa z Bastii we środę. Ruszamy więc już jednym autem na południe. Droga ciągle ma charakter górski, jest kręta i niezbyt szeroka, ale w końcu staje się trochę bardziej płaska, no i widzimy białe klify Bonifacio nad niesamowicie niebieską taflą morza.
            W Bonifacio panuje niesamowity tłok. Przewalają się tu tłumy turystów, nie dziwi nas to, bo rzeczywiście, malowniczość miejsca jest niesamowita. Miasto sprawia wrażenie wiszącego na białych skałach. Nad miastem góruje, otoczona obronnymi murami forteca. Idziemy tam i naszym oczom ukazuje się stare miasto z wąskimi uliczkami, a wysokie kamieniczki jakby schodziły się górą ku sobie - oczywiście tłumy turystów, ale i tak niezwykle urokliwe to miejsce, na pewno warte zobaczenia. Spacerujemy, chłonąc atmosferę starego śródziemnomorskiego miasteczka, co chwilę zachwycając się widokiem białych skał i błękitnego morza.
            Dokonujemy niezbędnych zakupów w markecie i ruszamy na północ w kierunku Bastii. Gdzieś po drodze będziemy starali się znaleźć miejsce na nocleg.
            W połowie drogi zaglądamy na mijany kemping, ale ten jest przepełniony do tego stopnia, że nie ma już miejsc. Nie mamy namiotów, bo te zostały, dla oszczędności miejsca, w aucie Andrzeja. Chcemy więc przenocować pod gołym niebem, ale przydałoby się jakieś godziwe warunki sanitarne. Następny kemping jest idealny, zielona trawa, dużo drzew i dużo miejsca. Bardzo sympatyczna jest też pani w recepcji. Ładne sanitariaty, no i piękna plaża tuż obok. Idziemy wykąpać się ostatni raz, w czasie tego wyjazdu, w morzu. Daje się wyraźnie zauważyć różnicę w krajobrazie między zachodnim a wschodnim wybrzeżem. Tu jest płasko i w wielu miejscach są rozległe piaszczyste plaże. Również droga jest prosta, szeroka i zadziwiająco szybko pokonujemy dystans z Bonifacio do Bastii.

            Szykujemy się do noclegu, gdy podchodzi do nas sympatyczna kobieta i zagaduje po polsku. Okazuje się, że to rodacy spędzający tu urlop. Widząc, że nie mamy namiotu pożyczają nam swój, dużą czwórkę, której nie używają – nawet pomagają nam ją rozstawić. Piękne są takie zdarzenia. Śpimy więc pod dachem, bez obawy o rosę czy chłód.

zdjęcia dnia 14 z galerii:1, 2, 3

 
walczącym za wolność Korsyki



Napoleon jako cesarz rzymski



wiadomo



na tle klifów Bonifacio



Bonifacio "wiszące"

 

18 lipca - środa

Filareto – Bastia (35 km).. później prom do Genui … i do domu

Rano zwijamy się sprawnie i ok. 8 z minutami wyjeżdżamy w kierunku Bastii. Docieramy tam bez większych problemów już w kilkadziesiąt minut później. Do odjazdu promu mamy sporo czasu, zwiedzamy więc miasto, choć nie robi na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Jest tu kilka urokliwych zakątków, ładne widoki na port i okoliczne wzgórza wśród kolorowo kwitnących krzewów.
           Na godzinę przed odpłynięciem promu – czyli o 1345 ustawiamy się w długiej kolejce w porcie. Cóż, kończy się nasza Korsykańska eskapada.. . Jeszcze tylko pożegnalne spojrzenie z wysokiego pokładu promu na górzystą Korsykę - wspaniałą wyspę, gdzie myśli szybują do nieba.. i chyba jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. 

Wracamy do Wrocławia podobną drogą, ale już nigdzie nie zbaczamy. Znów jedziemy jednym ciągiem. Podróż przebiega sprawnie i dość szybko – największy korek czeka nas już w Polsce – przed wjazdem na autostradę, odcinek 20 km pokonujemy w ciągu 1,5 godziny! Obłęd. We Wrocławiu żegnamy się z Ewą i Kubą, być może spotkamy się na następnej wyprawie…

 

 
Bastia


widok z promu na Bastię

 

Podsumowanie:

Na Korsyce autem pokonaliśmy ok. 600 km, dodając drogę z Polski wyszło razem ok. 3 800 km. Paliwo najtańsze jest w Austrii, we Włoszech i na Korsyce cena jest podobna, najdroższe jest w Niemczech – ale też i najlepszej jakości – to się czuje.

Opłaty za autostrady we Włoszech, winieta austriacka, Przełęcz Brener – w sumie ok. 70 €

Prom – 317 € za 5 osób i auto

Noclegi przy schroniskach na GR20 – 4 € od osoby

Średnia cena za nocleg  na kempingu w namiocie – ok. 10 € od osoby

Niektóre ceny w markecie na Korsyce: bagietka 200 g – 0.60 €, wino – od 1,60 € w górę, melon – 2,40 €.

W każdym miasteczku są bankomaty, choć w Calvi na 6, tylko jeden nam wypłacił pieniądze. W marketach i na stacjach benzynowych bez problemów można płacić kartami płatniczymi.

Na GR20 latem jest raczej sucho, my zabieraliśmy po ok. 3 litry wody, i zawsze zostawało, bo prawie zawsze gdzieś po drodze woda jednak była.

Oczywiście nie można zapomnieć o kremach przeciwsłonecznych z dużym filtrem.

   
 

Przydatne linki:

http://corsica.voyage.free.fr/index.php - o Korsyce - ładnie i po polsku

http://www.wisland.republika.pl/andrzejwislak/korsyka/korsyka_gr20.html - krótko i treściwie o GR20

 http://corsica.forhikers.com/gr20 - po angielsku - ale bardzo dokładnie, z mapkami

 http://www.gr20.free.fr/ - po francusku o GR20, wykresy, opisy, zdjęcia

http://trekkers.tripod.com/francais/corsica/gr20/avartoli.htm - podobnie jak wyżej

http://www.pzmtravel.com.pl/pzmpromy - tu kupowaliśmy bilety na prom

   

GR20, Relacja z wyprawy na Korsykę, trekking na Korsyce