Ukraina - Połoniny Hryniawskie i Czywczyńskie rok 2008
(zdjęcia z galerii umieszczone są pod dniowymi relacjami w postaci łącz, lub zapraszam do osobnego ich oglądnięcia w ramach galerii, obok umieściłem miniaturki dodatkowych fotek, bardziej osobistych - wszystkie zdjęcia i łącza otwierają się w osobnych oknach)
schemat naszej trasy (uproszczona trasa wg. GPS)
na biało - namierzone i zapisane przez Darka  waypointy na naszej trasie

   
 

12 lipca - sobota

Usadowieni wygodnie w pociągu relacji Wrocław – Przemyśl, podążamy na wschód w kierunku Ukraińskich Karpat Wschodnich. Tym razem głównym celem naszej wyprawy są Połoniny Hryniawskie i Góry Czywczyńskie. Niezbyt wysokie co prawda, ale za to bardzo malownicze, z rozpościerającymi się z nich przepięknymi widokami na Czarnohorę,  na Góry w Rumunii (Trojanaga, Rodniańskie, Marmaroskie i wiele, wiele innych wokół…)
          Nasze plecaki są dość ciężkie, planujemy spędzić w Górach 10 dni, bez schodzenia do sklepu, tak więc musimy mieć nie tylko sprzęt biwakowy, ale też sporo prowiantu. Pomimo tych niedogodności, na wyjazd zdecydowało się kilka osób i to niekoniecznie z niewiadomo jakim doświadczeniem górskim ;). Tak więc, oprócz mojej rodziny (Malika, Darek i Rafał – jako debiutant w tak poważnej eskapadzie) jadą jeszcze nasi przyjaciele z Wrocławia (Bożena, Andrzej i Krzysiek) i zapoznani, na razie, za pomocą Internetu: Kamila (Strzegom/Kraków), Ania i Marcin (Brzesko), Tomek (Kęty) – w sumie 11 osób.
          Darek tarmosi ze sobą gitarę, mamy więc gwarantowane nastrojowe wieczory przy ognisku z piosenkami. Stopniowo do pociągu dosiadają się uczestnicy naszej wyprawy, tak że w Przemyślu jesteśmy o godz. 7 rano dnia 13 lipca (niedziela) już w komplecie i możemy się nareszcie poznać na żywo :).

   
 

13 lipca - niedziela

Tradycyjnie już idziemy najpierw do pobliskiego baru (obok dworca PKP w Przemyślu) na dobry posiłek, bo przed nami tak naprawdę dopiero najtrudniejsza część podróży. Posilamy się znacząco, a następnie wymieniamy w kantorze złotówki na zrywny – w różnych kwotach, ale tak średnio ok. 150 -200 hrywien na osobę (1 hrywna = 0,5 zł).
         Wsiadamy w busa i jedziemy na przejście graniczne do Medyki. Zastanawiamy się, co zastaniemy na granicy, czy przyjdzie nam długo czekać w kolejce, czy też uda się w miarę szybko i sprawnie przejść na Ukraińską stronę, tym bardziej, że słoneczko praży całkiem ostro i pomimo wczesnej pory upał daje się we znaki. Okazuje się, że nie jest tak źle – kolejka jest niezbyt duża, ale jak to na tym przejściu, celnicy pracują jakby ciągle trwał strajk włoski. Na szczęście polski posterunek udaje się nam przejść szybko, bo jednak nasze plecaki i stroje wzbudzają chyba litość w urzędnikach i przepuszczają nas bez dłuższego stania, gorzej trochę jest na przejściu ukraińskim, ale też się udaje – wypełniamy deklaracje wizowe, co prawda poprawiamy kilka razy w różnych rubryczkach, bo ciągle coś tam im nie pasuje, ale w końcu po ok. godzinie jesteśmy po stronie ukraińskiej. Tu natychmiast wyłapuje nas „naganiacz busowy” i proponuje nam busa w dowolne miejsce kuli ziemskiej ;). Prawdę mówiąc liczyliśmy na to, bo trochę nie chce się nam jechać do Lwowa, a później bardzo długo pociągiem i znów busem, tak więc zaczynamy pertraktacje cenowe. Chodzi nam o kurs do Żabiego (Werchowyna) – czyli ok. 300 km. W sumie ustalamy cenę na ok. 1000 hrywien. Niestety na busa czekamy dość długo, w końcu przyjeżdża po prawie 2 godzinach czekania. Dojeżdżamy do Żabiego, ale dogadujemy się z kierowcą, że dopłacimy mu jeszcze 100 hrywien, ale niech zawiezie nas do samego Szybenego. To była bardzo mądra decyzja. Zaskakuje nas bardzo zła jakość drogi w dolinie do Szybenego – aż żal nam „naszego busiarza” - wydaje się nam wręcz niemożliwością, żeby mógł tędy jeździć kursowy autobus – bo droga jest raczej polnym, dziurawym traktem – mylimy się jednak, później będziemy tą samą drogą wracać właśnie autobusem.

Ok. 21 (czasu miejscowego) wysiadamy w końcu z busa w Szybenem przy szlabanie. Ja udaję się natychmiast z paszportami do placówki straży granicznej w celu zgłoszenia pobytu w strefie nadgranicznej i uzyskania zezwolenia na przejście drogą graniczną od Palenicy do Stoha. Trochę trwa spisywanie wszystkich danych z paszportów, ale nie ma najmniejszych właściwie kłopotów z uzyskaniem zgody na naszą wędrówkę.

Wracam do grupy. Zakładamy plecaki i ruszamy w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotów. Idziemy w górę potoku Szybeny i po ok. 2 km znajdujemy dogodną polankę przy drodze, na której rozbijamy namioty. Szybko robi się ciemno, więc nie rozpalamy ogniska, tylko szykujemy jedzenie i idziemy spać.


Obóz I - Szybene

 

 

14 lipca - poniedziałek

Rano budzimy się ok. 6. w dobrych nastrojach. Nikt nie protestuje, że tak wczesna pora, a i pogoda zapowiada się pięknie – nic, tylko w Góry iść.
            Wychodzimy przed 9. Najpierw jeszcze uzupełniamy prowiant w przydrożnym sklepiku, jakieś chleby, słodycze i idziemy dalej.

Zawsze najtrudniejsze jest jednak właściwe wejście na szlak. Tym bardziej,  że tu nie ma znakowanego szlaku. Wyszukujemy więc jakiś konkretny mostek przez Czarny Czeremosz i prowadzącą za nim drogę w Góry. Droga, na początku wyraźna i wygodna, w miarę zdobywania wysokości zamienia się w ledwo widoczną ścieżkę, żeby w końcu zniknąć zupełnie – cóż, czyli wg tradycji – zostaje nam przedzieranie się przez coraz  bardziej gęsty las i krzaki.. . Nie wiem jak to jest, ale zawsze taki motyw się powtarza w naszych wędrówkach.., co prawda pomimo że jest to bardzo męczące, bo gałęzie drapią niemiłosiernie i jest dość stromo, daje to poczucie jakieś dzikości i zagubienia. Dobrze, że nikt nie narzeka i wszyscy dzielnie, ze swoimi ciężkimi worami, drapią się w górę. W końcu jednak wychodzimy na skraj połoniny i widzimy pięknie Popa Iwana w paśmie Czarnohory – na którego będziemy wchodzić za kilka dni, na końcu naszej włóczęgi, a także grań naszych połonin Hryniawskich. Teraz jednak czeka nas spore jeszcze podejście na grań, ale wędrówka jest teraz przyjemniejsza, bo idziemy po ukwieconej połoninie z ładnymi widokami, choć słońce nieco przygrzewa.
            Zbliża się godzina 16, zważywszy, że ciągle podchodzimy i to z okrutnie ciężkimi plecakami, i to w upale, czas rozglądać się za miejscem na nocleg, no i żeby oczywiście była woda. Jak na razie jest tylko w pewnym momencie podmokły teren z wielką kałużą, ale ta woda nie nadaje się do picia. Wyruszam więc na rekonesans w kierunku niedalekiej już grani i widzę pustą bacówkę w całkiem niezłym stanie – jeśli jest taka bacówka, to musi być i woda. Co prawda nie do końca wiemy, gdzie się aktualnie znajdujemy, ale miejsce jest na tyle urokliwe, że decydujemy się na rozbicie obozu. Jest możliwość przenocowania w bacówce, albo budyneczku obok niej, ale wymagałoby to sporego sprzątania, decydujemy się więc na rozbicie namiotów, choć Kamila adoptuje sobie na noc miejsce w domku gospodarczym.
            Następuje zwykła obozowa krzątanina. Do źródełka mamy ok. 200 m, można więc umyć się i nabrać wody do woli.

            Wieczorem zasiadamy przy ognisku. Grupa okazuje się całkiem nieźle uzdolniona muzycznie, tak więc czas mija na śpiewaniu, a także wznoszeniu toastów za Bożenkę i Andrzeja, którzy właśnie świętują kolejną swoją rocznicę ślubu.. . Wygląda, że wszyscy są pełni zapału do dalszej wędrówki, choć Kamila zdradza objawy chęci zapamiętania przebytej trasy, tak aby w razie czego mogła zawrócić..:).

ZDJĘCIA Z GALERII: 1, 2, 3, 4

Szybene: szlaban N47 59.386; E24 42.233  (853 mnpm),
obóz I  - N47 57.520; E24 43.692,

 


Wychodzimy z Szybenego


Przedzieramy się przez las


Obóz II


Wędrówka do źródła


Nasze pierwsze ognisko

 

15 lipca - wtorek        

           W nocy budzę się od trzasku pioruna i gwałtownego wiatru. Nad nami szaleje burza: wiatr, ulewa i błyskawice. Mam nadzieję, że nasze namioty wytrzymają napór nawałnicy i że do rana wszystko się uspokoi. Tak też się stało. Co prawda poranek jest mglisty i wietrzny, ale jest nadzieja, że się rozpogodzi. Zwijamy mokre namioty – oprócz Kamili – teraz żałuję, że nie chciało mi się przenocować w bacówce, namiot byłby suchy, ale cóż – nie ma pewności czy nie załapałbym np. jakichś pcheł..
           Ok. godz. 9 ruszamy dziarskim krokiem w kierunku szczytu, natrafiamy na dość wyraźną drogę i, niestety, dajemy się nią prowadzić. Zaczyna padać, a mgła przysłania wszystko dookoła. Niestety trochę późno orientujemy się, że kierunek naszej wędrówki jest nie taki jak powinien
L. Za dużo tracimy na wysokości, a także jakoś kierunki świata jakby nie pasują. Nie pozostaje nic innego jak tylko zawrócić, cóż, niepotrzebnie straciliśmy siły i dobrze ponad godzinę na wędrówkę w niewłaściwym kierunku. Niestety, deszcz mniej lub bardziej intensywnie popaduje. Czasami nawet nie pada, ale chmury wloką się nisko i tylko czasami można dostrzec okoliczne szczyty. Ok. godz. 12 zauważamy dość dużą bacówkę nieopodal naszej trasy. Z Krzyśkiem i Marcinem idziemy więc do niej, licząc, że uda się nam może kupić jakiś ser i dowiedzieć się dokładnie, gdzie jesteśmy. Rzeczywiście kupujemy 2 kg smacznego sera i upewniamy się co do kierunku dalszej wędrówki. Wracamy do grupy, posilamy się zakupionym serem i zmuszeni jesteśmy do szybkiej ewakuacji bo znów zaczyna się niezła ulewa. Ociekamy deszczem coraz bardziej i zaczynamy się zastanawiać co dalej. Leje coraz bardziej intensywnie, prawie wszystkim przemokły już buty i wędrówka staje się, delikatnie rzecz ujmując, mało przyjemna. Może to jeszcze nie jest ten moment, gdy marzy się o ciepłym fotelu przed telewizorem i gorącej kawie, z niedowierzaniem konstatować fakt, co ja tutaj właściwie robię w tym błocie i chłodzie, ale zbliżał się on nieubłagalnie i był tuż, tuż… . Po jakimś czasie zatrzymujemy się pod drzewami i zastanawiamy się nad możliwością rozbicia namiotów, które i tak są właściwie mokre, bo takie zwijaliśmy przecież rano – brr. Rzucam jednak myśl, żeby iść dalej, bo może po drodze spotkamy jakąś bacówkę i w miarę suchy kąt.          
        Jak mokre cienie posuwamy się więc po błotnistej drodze, przez zalewaną deszczem połoninę, marząc żeby stał się cud i żeby pojawiło się coś z dachem. No i… pojawia się! Powyżej nas wznosi się spory budynek, wygląda na dość solidny, choć w jednym miejscu w dachu jest spora dziura. Pakujemy się wszyscy do środka, co za ulga! Miejsca jest sporo i mieścimy się wszyscy bez większego kłopotu. Co prawda wiatr hula na wylot, bo okna straszą powybijanymi szybami, no ale nie pada już na głowę. Oczywiście najpierw należy solidnie posprzątać, bo żadne pomieszczenie nie zachęca do wejścia. Wkrótce mamy już gotową sypialnię, garderobę i kuchnię, w tym czasie Darek – całkowicie mokry, wyszukuje w niedużej odległości od naszego lokum, wspaniałe źródło.
               Niesamowitym szczęściem jest to, że w środku budynku jest piec i spora ilość suchego drewna. Piec jest mocno zdezelowany, a komin jeszcze bardziej, ale udaje się rozpalić ogień, nieco uszczelnić okna i suszyć przemoknięte ubrania i buty. Rozwieszamy więc mnóstwo mokrych rzeczy, na piecu ustawiamy buty i humory poprawiają się radykalnie, no  może nieco mniej Marcinowi, bo przez nieuwagę, jego prawie nowe buty, podsmażyły się nieco za bardzo i podeszwa nabiera trochę dziwnego kształtu, ale udało się to jakoś przydusić i buty nadawały się do użytku.

               Wieczór nastaje bardzo szybko, właściwie cały czas jest mrok, więc ciemność przychodzi niezauważalnie. Na zewnątrz leje bez specjalnych zmian i cieszymy się, że mamy takie bezpieczne miejsce, gdzie w dodatku możemy się wysuszyć. Opatuleni w śpiwory śpiewamy trochę przy dźwiękach gitary, aż w końcu zasypiamy z nadzieją, że jutrzejszy dzień będzie bardziej pogodny.

 


Mgły o poranku

Wędrówka we mgle

..gdzie to my jesteśmy..?

sery w bacówce

kupujemy ser w bacówce

jak tu podzielić na 11 osób?

 

16 lipca - środa

         Za oknami leje bez specjalnej zachęty na wyjście na zewnątrz. Nasze ubrania i buty nie wyschły jeszcze i nie ma właściwie sensu wychodzić w trasę. Wokół naszego domu gęste chmury – tym bardziej nie motywują do opuszczenia tego bezpiecznego i suchego miejsca. Rozpalamy w piecu i następuje suszenia część dalsza, a także dogadzamy sobie kulinarnie. Mamy tylko nadzieję, że rozpogodzi się w końcu, co pod koniec dnia zaczyna przybierać na realności, bo przestaje padać i  można dostrzec już nawet odległe szczyty Gór. Wychodzimy z Marcinem na rekonesans na Babę Ludową – co prawda nie mamy pewności gdzie jesteśmy i trochę gubimy się w ustalaniu nazw poszczególnych szczytów, ale za to wyraźnie widać dalszą trasę naszej wędrówki. Po powrocie do chaty, co prawda znów jesteśmy nieco zmoczeni, ale wieczorne niebo zaczyna ukazywać dawno niewidziane gwiazdy. Gdy robi się ciemno przychodzi do nas miejscowy myśliwy. Rozmawiamy z nim chwilę, od niego w końcu, dowiadujemy się dokładnie, że jesteśmy tuż pod Babą Ludową i jak będzie wyglądać dalsza wędrówka. Pytamy myśliwego jakie dzikie zwierzęta można tutaj spotkać, ale okazuje się, że niedźwiedzi raczej nie ma, jest trochę wilków, no i standardowo jakieś sarny i jelenie. Nie ma nawet czym postraszyć dziewczyn J.
          Wieczorem, siedząc przy cieple rozpalonego pieca, uczymy się grać w „mafię”. Kamila w roli prowadzącego wprowadza nas w znakomity nastój. Kilkakrotnie staramy się ustalić, kto z nas należy do mafii, a kto jest uczciwym obywatelem. Śmiechu jest sporo i dobrej zabawy, aż trudno nam skończyć tę zabawę i iść spać. Mafia okazuję się hitem naszego wyjazdu, niesamowite, jak kobiety potrafią biegle kłamać! a ciągle wyglądały na takie niewiniątka! Jakoś też tak dziwnie się składało, że Tomek ciągle prawie miał jakąś „funkcyjną” rolę – mafioza, albo kataniego.
J
            Zasypiamy w dobrych nastrojach, tym bardziej, że pogoda zapowiada się raczej dobra.

Nasza chata - obóz II (2 noclegi) - N47 55.535; E24 46.040

 
suszymy buty - czasami za mocno


widok na Babę Ludową z naszej chaty


sypialnia w chacie

 

17 lipca - czwartek

            Budzę się ok. 6 i zastanawiam się co też tam za ścianą się dzieje z pogodą.. wychodzę na zewnątrz i widzę błękit nieba! Czyli mogę z czystym sumieniem budzić ekipę. Nikt się nie ociąga, bo wszyscy mają już dość siedzenia w chacie. Zaczyna się poranna krzątanina przy śniadaniu i pakowaniu. Przed wyjściem w trasę z naszej chaty, do której chyba już wszyscy będziemy mieli dożywotni sentyment, w blasku słońca pstrykamy sobie grupowe zdjęcia i wdrapujemy się na Babę Ludową (1586). Tu kolejna wspólna fotka, bo widoki są przepiękne i wędrujemy rozległą, zieloną połoniną, z niewielkimi zejściami i podejściami.
            Cały czas towarzyszą nam piękne widoki. Gdzieś w okolicy Połoniny Dukoni dostrzegamy błyszczący w słońcu blaszane kopuły monastyru. Jest dość odległy od nas, ale przepięknie go widać na tle wyraźnie dominującego Czywczyna. Po chwili zaglądamy do mijanej nieopodal bacówki, ale nie mają tam ani sera, ani mleka. Idziemy więc dalej. Słoneczko przyświeca całkiem miło, może nawet zbyt mocno, ale idzie się bardzo pięknie.
              Na Połoninie Pnewie robimy dłuższy odpoczynek – jest ok., godz. 14:30, gdy słyszymy głośny warkot silnika i pojawia się popularny tutaj terenowy ził. Na pace siedzi kilka osób, wymachują do nas radośnie, częstują serem i zagadują przyjaźnie. Rozmawiamy z nimi chwilę, okazuje się, że jadą na jagody – Ania odwdzięcza się im tabliczką czekolady. Odjeżdżają machając na pożegnanie, a my zbieramy się i wędrujemy dalej dość wyraźnie widoczną polną drogą. W pewnej chwili mamy dylemat, po następuje rozwidlenie dróg, ale my trzymamy się tej skręcającej w lewo i wychodzimy po chwili na Połoninę Szeroką, a za nią widoczny już jest Hlistowaty. Tutaj napotykamy duże stado pasących się krów i byków. Widzimy też, w niedużej odległości, w dole zabudowania pasterskie. Zatrzymujemy się na chwilę przy sporym drewnianym krzyżu i zastanawiamy jak iść dalej. Wybieramy jednak błędnie, sądzimy, że trasa wiedzie przy widzianej przez nas bacówce i za nią dopiero skręca na południe. W rzeczywistości należy właśnie przy krzyżu już odbić na południe idąc dość wyraźnie widoczną ścieżką, a właściwie nawet drogą. Co prawda nie żałujemy naszej decyzji o zejściu do bacówki, bo udaje się nam tam kupić znów sery, no i jest woda. Zejście dostarcza trochę emocji, bo w pogoń za nami ruszyło całe stado krów i byków, ale szczęśliwie nie wchodzimy sobie w drogę... Mamy co prawda trochę kłopot ze znalezieniem dogodnego miejsca na rozbicie namiotów, ale w końcu udaje się nam to na szczycie niewielkiego wzgórza nad bacówką. Cały teren usiany jest niestety krowimi „plackami” i trzeba uważać żeby nie wdepnąć, uciążliwe są też porastające szczyt łopiany.
               Woda do mycia znajduje się na skraju lasu, a do picia bierzemy ze źródła koło bacówki. Nareszcie możemy wysuszyć namioty i cieszyć oczy widokami.
                Dość niesamowicie wyglądają błyszczące w słońcu odległe „pieczarki” radarów na szczycie granicznym nazywanym przez miejscowych Pamirem.
               Wieczór spędzamy tradycyjnie przy ognisku i gitarze. Jutro mamy opuścić już Połoniny Hryniawskie.

ZDJĘCIA Z GALERII: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

Baba Ludowa:   N47 55.439; E24 46.650    (1586 mnpm),
obóz IV- koło bacówki: N47 49.936; E24 54.497  (1458m.npm)

 
przed wyjściem przy naszej chacie

spotkanie na połoninie Pnewie


zejście pomiędzy pędzącymi krowami


Widok na bacówkę z na tle Hlistowatego


przy bacówce


Obóz IV

 

18 lipca - piątek

            Pogoda zachęca do wędrówki, więc podsuszamy namioty z porannej rosy i ok. 9 wyruszamy. Musimy trochę wrócić w kierunku krzyża i schodzimy dość wyraźną drogą w, wydaje się, głęboką dolinę, ale okazuje się jednak, że droga wyprowadza nas, poprzez las, na Połoninę Szyję a później  Prełuki (1576 – po podejściu wyżej widać wyraźny szczyt z metalowym krzyżem).
           Przed Prełukami, obok zniszczonej bacówki, napotykamy duże stado koni, które przyjaźnie przyjmują nasze poklepywania. Przechodzimy przez częściowo zalesioną Wesnarkę (1545) i przed nami otwiera się rozległy widok na Góry Czywczyńskie z Palenicą (1758) w roli głównej.
          Słońce zaczyna dobierać się nam do skóry, i czujemy zmęczenie, czas więc na dłuższy odpoczynek. Niestety nie ma jak na razie żadnego źródełka – szkoda. Wychodzimy z lasu i zalegamy na urokliwej polanie. Chwila na posilenie się i wyciągnięcie na słoneczku, lub w cieniu, i po kilkudziesięciu minutach ruszamy dalej. Przed nami dostojnie wznosi się szczyt Palenicy z wyraźną ścieżką na szczyt. My kierujemy się jednak bardziej w lewo, na południowy trawers. Mijamy zniszczone zabudowania szałasu i wśród łopianów idziemy w kierunku świerkowego lasu. Ścieżka staje się znów bardziej wyraźna, choć czasami musimy omijać połamane drzewa. Nasza droga utrzymuje się mniej więcej na stałej wysokości i wędrówka nie sprawia problemów, choć piekące słońce coraz bardziej rozbudza w nas pragnienie spotkania ze strumieniem i kąpieli w zimnej wodzie. Po naszej lewej stronie mamy szeroką, cudowną panoramę na Góry, żeby jeszcze tak ten strumień… - według mapy powinien niedługo być. Ok. 14 rzeczywiście napotykamy spływający z Palenicy strumień, ale miejsca nie ma za wiele na rozbicie naszych namiotów – możemy ew. na drodze.
           Zostawiam grupę przy strumyku, a sam postanawiam pójść dalej w nadziei na bardziej dogodne miejsce na obóz. Idę na lekko, więc idzie się szybko i przyjemnie, zwłaszcza, że widoki są przecudne, a i masyw Palenicy odsłania się i znów ścieżka wiedzie przez brzeg połoniny. Co prawda, co rusz pojawiają się kępy kosówki, jałowców i świerków, ale ma to swój urok. Po drodze mijam kilka mniejszych i większych strumieni, ale postanawiam iść jeszcze dalej, w nadziei na jeszcze lepsze miejsce, no i żeby nazajutrz wystartować z nieco wyższego punktu, bo ścieżka zaczyna się wznosić wyraźnie. Po drodze zaglądam do mijanego z lewej strony szałasu. Jest w całkiem niezłym stanie, ale jak na naszą 11 byłby trochę za mały, no i znów nie ma w pobliżu wody. Podchodzę jeszcze kilkanaście minut, nieco w dole widzę spory potok. Schodzę nad jego brzeg i stwierdzam, że jest szansa na robicie naszych namiotów tuż przy nim. Dużo tu jagodzin, jest trochę nierówno, ale miejsce jest bardzo urokliwe. Nareszcie będzie można porządnie się wykąpać! Po godzinie jestem ponownie przy mojej ekipie i zachęcam do podejścia w wypatrzone przeze mnie miejsce. Podchodzimy w prażącym nieubłagalnie słońcu do wybranego przeze mnie miejsca, i natychmiast po rozbiciu namiotów, z rozkoszą prawie wszyscy zanurzamy się w okrutnie zimnej wodzie strumienia.
           Sielanka nie trwa jednak zbyt długo. Już wcześniej zauważyliśmy zbierające się ciężkie chmury. Niebo ciemnieje i słyszymy groźne pomruki burzy. Kamila nie czuje się w swoim namiocie zbyt bezpiecznie i postanawia ewakuować się do odwiedzonego przeze mnie wcześniej szałasu. Trochę nawet ją podziwiamy, że jej się samej chce iść na noc w takie odosobnienie. Nie jest to może bardzo daleko, ale ok. 15 min. trzeba jednak maszerować. Zwija się szybko, a z nieba zaczyna nieźle kropić. Nie ma rady, obiad gotujemy w namiotach. Nad nami przetacza się burza, mamy nadzieję, że nie zmyje nas  do strumienia. Ulewa trwa do 19, a później na niebie pojawia się piękna tęcza. Mamy więc piękny wieczór. Chłopaki przytargali sporo, w miarę suchego drewna – rozpalamy ognisko, i żałując, że nie ma z nami Kamili, gramy w Mafię – no i kto by pomyślał! – Malika i Andrzej, później także Darek, byli jednak w Mafii!

Obóz przy potoku - na zboczu Palenicy: N47 45.382; E24 53.363

 


stado koni przed Prełukami


na tle szczytu Prełuki


wspaniały strumień


nasz obóz IV przy strumieniu


urokliwe miejsce nad strumieniem

 

19 lipca - sobota

            Ranek budzi nas wiatrem, chłodem i raczej chmurnym niebem. Zwijamy się jednak sprawnie licząc na rozpogodzenie. Mgła ogranicza nieco widoczność, ale kierujemy się zanikającą ścieżką przez mokre trawy na zachód, bo wiemy, że musimy natknąć się na drogę graniczną, tzw. sistemę. Po niecałej godzinie marszu wchodzimy na wyraźną drogę pomiędzy resztkami zasieków. Kiedyś – za komuny i ZSRR – granica ta była pod stałym i bacznym nadzorem. Zasieki były pod prądem o wysokim napięciu i pomimo, że była to granica pomiędzy „bratnimi” krajami: ZSRR i Rumunią, to nawet tylko zbliżenie się do sistemy groziło śmiercią. Teraz nie spotykamy tu nikogo i nie ma żadnego problemu, żeby swobodnie przejść z Ukrainy do Unii Europejskiej ;). Niedaleko widzimy pokaźny kopiec kamieni na Hnatasi (1769). My jednak obieramy kierunek na północ w stronę Czarnohory, do której mamy dobre 3 dni marszu.
            Droga to wznosi się to opada, ale widoki stają się coraz bardziej ciekawe, bo wiatr przepędza chmury i zaczyna przygrzewać słoneczko. Dobrze widać naszą dalszą trasę, droga graniczna jest szeroka i właściwie pozbawiona roślinności, a przed nami co rusz pojawia się wspaniała panorama z odciśniętą na stokach Gór „sistemą”. Po jakimś czasie widzimy też dominującego w krajobrazie Czywczyna (1769), najwyższy w końcu szczyt naszego pasma. Granica kluczy, wywijając się po poniższych szczytach i zboczach, tak że czasami zastanawiamy się jak późnej będziemy wchodzić na ten piękny szczyt, na którym słońce ożywia różne odcienie zieleni. Dochodzimy do Popadii (1526) i zaczynamy myśleć o miejscu na obóz. Mamy już nieźle w nogach, a i słoneczko przypomniało sobie o nas. Pomiędzy Popadią a Czywczynarzem dostrzegamy dość pokaźną chatę na polanie. Schodzimy więc z granicy i po krótkich poszukiwaniach znajdujemy dogodne miejsce na rozbicie namiotów przy szumiącym małym źródle. Mamy cudny widok na Czywczyna, sporo drewna z ruin starej bacówki (Kamila z Rafałem pozyskiwali dzielnie drewno łącznie z organizacją miejsc do siedzenia) i kolorową połoninę wokół – cudowne miejsce. Wieczór mija typowo przy ognisku i gitarze, a także przy degustacji pysznie smakującego barszczyku z rawioli autorstwa Kamilii.

wejście na sistemę (granica):  N47 45.373; E24 52.517
obóz VI:  N47 50.249; E24 44.739   (wysokość 1425 m. npm)

 


Hnatasia

wędrówka sistemą

przed nami Czywczyn

obóz VI

Kamila i jej barszczyk z rawioli

 

20 lipca - niedziela

            Dziś jest niedziela, więc nie spieszymy się zanadto. Zaplanowaliśmy nawet krótszą trasę, tak aby ulżyć nieco umęczonym nogom i ramionom po wczorajszym dość ciężkim dniu. Słoneczko pięknie przygrzewa, więc wychodzimy w dobrych nastrojach ok. 10. Wyniosły Czywczyn wręcz zaprasza, żeby na niego wbiec. Podchodzimy więc jeszcze trochę granicą i znajdujemy wyraźną ścieżkę odbijającą na PN w kierunku Czywczyna. Malika, Bożena i Andrzej, poświęcają się dla grupy i zostają przy plecakach, a pozostali na lekko wbiegają na szczyt. Trwa to jednak dobrą chwilę, może nawet nieco dłużej, niż początkowo sądziliśmy – jakoś tak nam ten Czywczyn urósł podczas wchodzenia J. W końcu stajemy przy powyginanych resztkach metalowego triangula.
              Widoki są przepiękne na wszystkie świata strony, szkoda tylko, że jednak trochę zamglone. Widzimy właściwie całą naszą trasę – tę przebytą – pasmo Hryniawskich i Czywczyńskie, Czarnohorę i dużo, dużo więcej, bo całe morze mniejszych i wyższych szczytów i pasm górskich zarówno po Ukraińskiej, jak i Rumuńskiej stronie. Zieloność połonin i niebieskość nieba i ta niesamowita przestrzeń i spokój… przecudnie. Robimy sporo zdjęć w różnych konfiguracjach i kierunkach, trochę odpoczywamy, coś na ząb i z żalem zbiegamy do naszych plecaków. Całość zajęła nam trochę ponad godzinkę. Zarzucamy plecaki i ruszamy dalej, mając za sobą wspaniałą, wysoką połoninę Czywczyna. Teraz z kolei przed nami kilka stromych podejść i zejść. Najpierw Kuklik (1567), a później jeszcze bardziej stroma Budyjowska Wielka (1678). Pomiędzy tymi szczytami zatrzymujemy się na trochę dłużej przy wspaniałym źródle.
               Wato też wspomnieć o ciekawej pamiątce z roku 1927 – polsko-rumuski słupek graniczny. Wysoki na ok. 160 cm z literami R i P. Wygląda trochę jak mała, stara latarnia uliczna, cały z metalu - chyba żeliwo. Zardzewiały, stary - ale jakiś taki wzruszający… robi niesamowite wrażenie na tle tych zielonych połonin, zagubiony setki kilometrów od swojej ojczyzny. Nie wiedziałem, że się jeszcze jakieś zachowały, później spotkamy jeszcze kilka takich słupków, ale ten pierwszy zrobił na nas największe wrażenie.
            Budyjowska wycisnęła z nas niezłe poty, nasze plecaki jeszcze ciągle są bardzo ciężkie, a stromość wejścia, a szczególnie zejście, no i słońce, dały się nam nieźle we znaki. Jeszcze podejście na Borszutyn (1573) i zaczynamy rozglądać się za miejscem na obóz. Trochę to trwa, bo jednak źródła znajdują się niżej niż początkowo sądziliśmy. Rozbijamy się niedaleko odejścia na Połoninę Stara Staja. Do źródła mamy ok. 300 m dość stromo w dół przez wysoką trawę, ale można się za to wygodnie umyć i nabrać wspaniałej zimnej wody.
                   Mamy też przecudne widoki na bezkresne połoniny i na pasmo Czarnohory z dumnym Popem Iwanem na pierwszym planie. Dobrze widać sławne ruiny obserwatorium Biały Słoń na jego szczycie – już się cieszymy, że będziemy  na jego wierzchołku – jakież są stamtąd przecudne widoki! – sięgam pamięcią do roku 2002, gdy wchodziłem na niego od strony przeciwnej, z Marmaroszy. Wówczas też mieliśmy wspaniałą pogodę i świetną ekipę.
                 Obserwujemy cudny zachód słońca, niebo zabarwia się na czerwono, a chmury tworzą różnokolorowe kępy nad szczytami Czarnohory – robi się tak jakoś znów magicznie…, a później rozgwieżdżony granat nieba i długo siedzimy śpiewając przy ognisku, a na zakończenie wieczoru – zza Borszutyna wychodzi krągły księżyc… magii ciąg dalszy
J.

ZDJĘCIA Z GALERII: 1, 2, 3, 4, 5, 6

miejsce wyjścia na Czywczyn (z granicy): N47 51.141; E24 42.244
Czywczyn:  N47 51.904; E24 42.642  (1764 m npm)
pierwszy na naszej drodze słupek graniczny pol-rum 1927: N47 52.233; E24 40.147
obóz VII: N47 53.964; E24 40.237 (wys. 1530 m npm)

 


na Czywczynie

Tomek w locie

Darek i Rafał na Czywczynie

błogość na szycie

odpoczynek za Kuklikiem

obóz VII

przy ognisku

 

21 lipca - poniedziałek

           Poniedziałkowy ranek budzi nas słońcem i pięknymi widokami, trochę też wieje, ale to tylko ułatwia nam suszenie zmoczonych rosą tropików. Wychodzimy raźnie przed 9. Dziś mamy wejść w Czarnohorę, no i obiecałem grupie, że u celu naszej dzisiejszej wędrówki, będzie można w bacówce kupić sery. Idzie się przyjemnie, cały czas widzimy dominującego Popa Iwana, a po drodze napotykamy nawet dorodne borówki.
          Przechodzimy przez kilka szczycików i widzimy charakterystyczny, na pół zalesiony szczyt - Stóg (Stoh) (1653). Tu  przed wojną był styk 3 granic: polskiej, czechosłowackiej i rumuńskiej. Tam też odbijamy na Północ. Jest tu nawet małe pole biwakowe, znakowany szlak i drogowskaz, a także w odległości ok. 100 m źródło. Nie zatrzymujemy się tutaj jednak, chcemy dotrzeć do miejsca przy bacówce, tam gdzie 6 lat wcześniej miałem biwak, przy źródle.
             Już od dłuższego czasu straszą nas ciemne chmury, wieje dość silny i zimny wiatr, a nasz Pop Iwan znika w szaro0burych mgłach, chyba będzie padać. Jest godzina 14:15. Schodzimy z drogi i za bacówką rozpoznaję miejsce w którym mieliśmy kiedyś biwak. Wówczas wspaniale było widać Popa, teraz niestety są w tym miejscu gęste chmury i nie tylko tam. Rozbijamy namioty i idziemy do bacówki kupić sery. Przy samej bacówce z trudem przechodzimy przez straszliwe błocko – mamy na nogach sandały i klapki, więc nie jest to przyjemne. Na dodatek zaczyna mocno padać i grzmieć. Kupujemy dwa rodzaje sera – nazwy nie pomnę –ale jeden wędzony, twardy, prawie żółty z dziurami, drugi owczy, biały. Sery dość smaczne i wykorzystujemy je do naszego obiadu i następnych posiłków. Za kilogram sera płacimy ok. 25 hrywien, a w sumie wzięliśmy coś ponad 4 kg. Trochę rozmawiamy z Hucułami, jest ich tu spora grupa, ale nie są tak rozmowni jak rodzina, która tu mieszkała 6 lat temu. Na szczęście przestaje padać, choć w dalszym ciągu pogoda kisi się
L.
             Jeszcze kilkakrotnie deszcz zapędza nas do namiotów, ale wieczorem wiatr przegania nieco chmury, dostrzegamy nawet gwiazdy i mamy nadzieję, że jutro będzie ładny dzień, jak bardzo się myliliśmy przekonamy się na własnej skórze. Teraz jednak grzejemy się przy ognisku i czujemy jak piękne pasuje tu śpiewana przez nas piosenka „Czerwony pas”, czy „Ataman”.

szlakowskaz za Stohem: N47 58.422; E24 33.865
obóz VIII - przy bacówce: N47 59.061 E24 34.206 (wysokość 1471 m npm)

 


kolejny słupek


Stóg (Stoh)


pod Stohem

 

22 lipca - wtorek

         Ranek nie nastraja optymistycznie. Wokół gęsta mgła i zimno. Mimo wszystko zwijamy się zgodnie z planem, tylko namioty są zupełnie mokre. Mamy nadzieję, że wiatr rozwieje mgłę, a może tam wyżej na Popie już świeci słońce? Mgła jest gęsta i nawet nie widać naszej ścieżki, ale od czasu do czasu pojawiają się znaki żółtego szlaku, a nawet szlakowskazy z kierunkami i odległością od charakterystycznych miejsc, także od Popa Iwana, wynika z nich że na szczyt mamy ok. 3 godz. marszu.
         Startujemy kilkanaście minut po 9. Za nami cały czas podąża Biełyj – pies, który od wczoraj próbuje nawiązać z nami przyjazne stosunki. Naszym błędem było rzucenie mu jakichś pozostałości jedzenia i teraz nie odstępuje nas na krok. Pasterze tłukli go niemiłosiernie, bo pies jakoś nie miał zapału do pilnowania owiec, więc najwyraźniej stwierdził, że z nami będzie mu lepiej. Próbujemy  go odpędzić, ale nic to nie daje. Pomału zdobywamy wysokość, są nawet momenty, gdy słońce przebija się przez chmury i zwiększa się pole widzenia. Na trasie pojawiają się kamienne słupki dawnej granicy Polsko-Czechosłowackiej z numerami – to bardzo dobre punkty orientacyjne, bo na mapie (WIG) ważniejsze (pełne dziesiątki) słupki są zaznaczone. Na Waskulu (1734) zatrzymujemy się na chwilę dla odsapnięcia, gdy widzimy schodzących z Popa kilku chłopaków. Okazało się, że są to Białorusini. Kompletnie zmoczeni i zziębnięci. Licho ubrani, na nogach, owiniętych workami foliowymi, mają trampki, aż żal patrzeć – mówią, że uciekają ze szczytu, bo tam pada grad i wieje okrutnie. Schodzą na zachód w kierunku Bogdana. My jednak decydujemy się na wędrówkę w górę. Ubieramy się tylko cieplej i ruszamy. W chwilę potem zaczyna padać gęsta mżawa, a mgła gęstnieje. Wychodzimy z lasu i tu dopiero zaczyna się walka! Uderza w nas wściekle lodowaty wiatr, deszcz siecze po twarzy, na dodatek musimy szarpać się z mokrą kosówką. Wyżej jest tylko gorzej. Wokół gęsta mgła, prawie nic nie widać, idziemy na czuja, byle w górę, a głazy na stromym stoku Popa są okrutnie śliskie. Jest mokro, paskudnie zimno i ten przenikający wiatr – dłonie prawie zamarzają na kijkach.
           Ok. godz. 15 wchodzimy wreszcie na Popa Iwana (2022) i marzymy, żeby tylko się schować przed wiatrem co wcale nie jest łatwe, bo wieje wściekle i wszędzie są okrutne przeciągi. Znajdujemy jednak jakieś miejsce w ruinach obserwatorium, gdzie nie pada na głowę i jest trochę zaciszniej. Próbujemy się rozgrzać. Zjadamy jakieś słodycze, pijemy gorącą herbatę i zastanawiamy się co robić dalej. Jesteśmy zziębnięci, zmęczeni, mokrzy, nic, tylko rozbijać namioty, bo aż nie chce się myśleć, że trzeba będzie znów wyjść na targaną wichurą grań. Według pierwotnego planu mieliśmy iść nad Jezioro Niesamowite, albo i dalej. A miało być tu tak pięknie: widoki, sms-y… a tu trzeba prawie ratować życie. Dyskutujemy co robić dalej, trochę boję się, czy niektórzy z nas będą mieć siły na zejście ze szczytu w takich warunkach, ale z drugiej strony nie widzę realnej możliwości rozbicia namiotów tu na szczycie, tym bardziej, że temperatura w czasie nocy może spaść poniżej zera, a nasze namioty i tak mamy przecież mokre. W końcu decydujemy, że musimy zejść gdziekolwiek w dół, chociażby do granicy lasu, żeby tylko nie wiało. Brr, ruszamy w tę gęstą mgłę, wichurę i deszcz. Początkowo idziemy granią, ale szukam odbicia na Smotrec, żeby dojść do Dżembroni. Skręcamy w pierwszą napotkaną wyraźniejszą ścieżkę w prawo i nareszcie po jakimś czasie wiatr łagodnieje i nie lodowacieją nam twarze i dłonie, ale pada cały czas. Ścieżka prowadzi nas coraz niżej, ale czasami musimy przedzierać się przez okrutnie mokrą kosówkę, a później idziemy przez wysokie po pas trawy. Dobrze, że Darek ma GPS-a i mamy kontrolę nad kierunkiem schodzenia, choć widzimy, że na pewno nie kierujemy się na Dżembornię, tylko rzuciło nas na południe i idziemy gdzieś na Szuryn. Dajemy się jednak prowadzić ścieżce bo nie ma sensu w takich warunkach szukać innej drogi. Chyba każdy ma już dość takiej wędrówki, ale nie wiemy, że najciekawsze jest dopiero przed nami! Niektórzy są zupełnie przemoczeni (a ja mam nowego gore-texa na grzbiecie i pod spodem suchego polara i koszulę
J, natomiast spodnie i buty mokre na wylot!). Marzymy o suchym pomieszczeniu. Nagle przed nami na polanie pojawia się chata. Z nadzieją wchodzimy do środka. Na upartego moglibyśmy tu przenocować, ale nie ma szans na wysuszenie się. W chacie jest jakaś podejrzana para Ukraińców, raczej nie są radzi z naszego najścia. Decydujemy się na dalszą wędrówkę, choć do Szybenego mamy jeszcze ok. 10 km.
            Nasza ścieżka spotyka się ze strumieniem i zmuszeni jesteśmy przejść przez jego nurt. Początkowo szukamy dogodnego przejścia po kamieniach, ale takich przepraw przez strumień mamy w sumie około dziesięciu, a woda w strumieniu przybiera w oczach. Nie ma szans na przejście suchą nogą. Pod koniec kilkakrotnie forsujemy potok zanurzeni po pas w niesamowicie rwącej wodzie. Mimo wszystko humory w grupie dopisują nad podziw. Właściwie każde wejście do strumienia witamy śmiechem. Dopytujemy się tylko Darka jak daleko jeszcze mamy do Szybenego, bo zaczyna zapadać zmrok. Dobrze, że Darek zaznaczył na swoim GPS-ie punkt wyjścia, czyli Szybene i wiemy przynajmniej ile jeszcze drogi przed nami, i że w ogóle idziemy w dobrym kierunku. Nasz pies Biełyj nie radzi sobie z forsowaniem potoku i piszczy rozpaczliwie. Marcin i Tomek przenoszą go na rękach kilkakrotnie, ale w końcu pies ma chyba dość, bo w pewnym momencie znika nam prawie już na końcu naszej trasy, przy zniszczonym zadaszeniu, pod którym odpoczywamy chwilę. Wolimy jednak iść dalej, bo robi się zimno. Nasza ścieżka zamienia się w końcu w okrutnie błotnistą leśną drogę i nareszcie pojawiają się pierwsze zabudowania. Jest to budynek leśnictwa – niestety zamknięty na cztery spusty. Idziemy więc dalej. Dochodzimy do drogi prowadzącej do Szybenego, przy ujściu potoku Pohorylec. Znajduje się tu kilka chat. Zachodzę do tej najbliższej i pytam czy można tu gdzieś przenocować i wysuszyć się. Trafiliśmy w 10! Okazuje się, że zagadnięta kobieta ma obok prawie cały dom wolny, i że wszyscy się tam zmieścimy!
           Jakże wspaniale jest wejść do suchego pomieszczenia! Co prawda chata jest w stanie dalekim od – hmmm..- ideału? (co ja piszę?!), ale dla nas to wybawienie. W jednej izbie mieszkają sezonowi pracownicy leśni, a my rozlokowujemy się w pozostałych dwóch. Uczynni Ukraińcy uszczelniają czym się da wybite okna i robi się już zupełnie przyjemnie. Jest tu nawet prąd, więc mamy światło i możemy naładować komórki. Mamy także piec. Jest trochę zdezelowany, ale można w nim palić i wysuszyć obok nasze przemoczone kompletnie buty i ubrania. Trwa więc rozwieszanie mokrych rzeczy i ogólna krzątanina. Jeden z pracowników leśnych na naszą prośbę wybrał się nawet do sklepu po coś na rozgrzewkę. W końcu to nasza ostatnia noc w Górach. W izbach są obszerne prycze-podesty do spania, więc jest to też jakiś rodzaj komfortu
J.
           Trasa, którą zrobiliśmy tego dnia trwała 12 godzin, z minimalnymi odpoczynkami. Nareszcie możemy zjeść coś konkretnego! Chyba nigdy wcześniej, w dość bogatej w końcu, historii moich górskich wędrówek, nie miałem tak ciężkiej trasy! Ale to nie koniec na dziś. Wydawało się, że po obiadokolacji wszyscy padną, a tu nic podobnego! Po najedzeniu się, nastroje stają się jeszcze bardziej radosne, tym bardziej, że ze sklepu wrócił nasz znajomy z kilkoma butelkami rozgrzewacza. Darek dobywa gitarę i zaczyna się nasz koncert. Przez te dni spędzone razem, każdy ma jakąś ulubioną piosenkę, więc atmosfera robi się doskonała, po chwili dołączają do nas miejscowi Ukraińcy. Jeden z nich ma harmonię, więc wieczór staje się istnym festiwalem 2 kultur. Ukraińcy, na przemian z nami, śpiewają swoje piosenki, czasami śpiewamy razem. Wznosimy różne toasty, przepijając jedni do drugich… cóż – jest naprawdę bardzo sympatycznie. Szkoda, że to już ostatni taki wieczór podczas tego wyjazdu. Spać idziemy dość późno, bo jest chyba ok. 2, ale poniektórzy balangują prawie do rana.

Pop Ivan: N48 02.817; E24 37.683

 
ranek w obozie VIII

w ruinach na Popie Iwanie

forsujemy strumień

Marcin z Biełym

uwaga na nurt!

trzeba sobie pomagać

bez kijków byłoby ciężko

kolejna przeprawa

im niżej, tym trudniej

suszymy się w chacie

wspólne śpiewanie
 

23 lipca - środa

            Rano budzimy się, a za oknami leje w najlepsze, jakie to szczęście, że zeszliśmy do Szybenego, a nie zostali gdzieś w Górach. Potoki wezbrały wyraźnie i aż strach pomyśleć jak dziś wyglądałaby nasza zejściowa trasa. Mamy dach nad głową i możemy suszyć nasze rzeczy. Planujemy wyjechać z Szybenego autobusem do Werchowyny (Żabie) o 13:30, mamy nadzieję, że przestanie w końcu padać.
           Tymczasem znów nie dopilnowałem suszących się butów i Malika traci część podeszwy
L, ale chodzić się da na szczęście. Natomiast buty Rafała rozklejają się na dobre. Cóż, wygląda na to, że czas jednak najwyższy wracać w doliny… .
           Krótko przed wyjściem deszcz przestaje prawie padać, tak, że możemy w miarę na sucho dotrzeć do przystanku przy szlabanie. Autobus przyjeżdża punktualnie. Wysiada z niego kilku polskich i grupa ukraińskich turystów. Odradzamy im wędrówkę w Góry w takich warunkach, bo raczej nie zanosi się na poprawę pogody.
         Nawet nie wiedzieliśmy jak dużą rację mieliśmy – po naszym wyjeździe ulewa trwała jeszcze kilka dni, co spowodowało powódź największą od 100 lat w tym rejonie. Zginęło nawet kilkanaście osób, mamy nadzieję, że nikt z nich, bo oczywiście nie posłuchali nas i wyszli w Góry.
         My docieramy po 1,5 godzinie do Werchowyny (30 km). Dalej podróżujemy busem do Worochty. Tutaj małe zakupy i pociągiem docieramy do Stanisławowa. Nie dostajemy biletów na pospieszny pociąg do Lwowa, więc zmuszeni jesteśmy wlec się zwykłym pociągiem, który trasę długości trochę ponad 100 km pokonuje w ciągu 7 godzin. Wcześniej jednak idziemy do centrum, pozostawiając nasze plecaki w przechowalni. Na rynku mamy upatrzoną pewną pizzerię, gdzie można kupić pyszne, ciepłe paluchy z piwem, a także niezłą pizzę. Raczymy się więc piwem i paluchami do syta i tuż przed północą wracamy na dworzec. Odbieramy bagaże i czekamy na nasz pociąg. Mamy wykupione bilety na wagon plackartny, czyli każdy ma swoje miejsce i możemy przespać się kilka godzin zanim dojedziemy do Lwowa. Nie byłoby źle, gdybym jeszcze tak nie cuchnął. Nasze ubrania suszone nad ogniem, nie do końca jednak suche, na pewno nie pachną, a i my nie mieliśmy możliwości porządnej kąpieli przed wyjazdem.

 
opuszczamy gościnną chatę

kolorowy autobus do Żabiego

w busie do Worochty

w Stanisławowie na rynku
 

24 lipca - czwartek

Rankiem wysiadamy z pociągu na dworcu we Lwowie i natychmiast idziemy na przystanek busów, żeby jak najwcześniej wylądować na przejściu granicznym. Jak zwykle zaczepia nas prywatny busista, oferując podwiezienie. Pomimo, że bierze od nas prawie dwukrotnie więcej niż normalny kurs do Szagini, to decydujemy się na podwiezienie i w niecałe 1,5 godz. jesteśmy na przejściu. Idziemy natychmiast pod same drzwi celników, mijając wszystkich w kolejce. Niechętnie, ale jednak bez dłuższego czekania zostajemy odprawieni przez Ukraińców, i gdy myślimy, że teraz to już pójdzie szybko – sterczymy przed polskim posterunkiem prawie godzinę. I tak możemy mówić, że się nam udało, bo gdybyśmy musieli czekać w kolejce, zajęłoby to nam pewnie z 4 razy więcej czasu. Ku naszemu zaskoczeniu, polscy celnicy każą nam pokazać zawartość plecaków! Nie wygląda to ciekawie, bo mamy tam tylko brudne i przemoczone rzeczy, ale cóż, jak trzeba – to trzeba, choć irytuje to nas zdrowo. Wreszcie po prawie 2 godzinach jesteśmy w Polsce. Dalej już tradycyjnie: bus do Przemyśla i pociągi zabierają nas w stronę domów

   
  To była piękna wyprawa. Cudne Góry, wspaniali ludzie w ekipie, w sumie niezła pogoda i kilka niezapomnianych przygód… zostaje mi podziękować wszystkim uczestnikom, za dobre humory i w ogóle, za wspaniałą atmosferę. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się na Górskich szlakach – do zobaczenia    
 

Informacje na temat trasy częściowo znalazłem w "Ukraińskie Beskidy Wschodnie" tom 2 - J. Gudowski W-wa 1997

Mapa: Góry Czywczyńskie Połoniny Hryniawskie 1: 75 000 powiększenie przedwojennych map WIG.