Gruzja  2014 czyli trekking Omalo - Juta i wejście na Kazbek

1 lipca  – 17 lipca 2014 r.

Zdjęcia w galerii picasa: Gruzja 2014
galeria Pawła: tutaj

trekking w Gruzji

  zdjęcia otwierają się w osobnym oknie
 

Wstęp   

Zauroczony gruzińskimi klimatami sprzed dwóch lat ponownie ruszam do tego przepięknego kraju. Trochę to zasługa Wojtka, który kusił mnie od listopada, niebagatelne znaczenie miał też fakt, że udało mi się kupić bilety w dość atrakcyjnej cenie 800 zł w LOT-cie. Tym razem umawiamy się na trekking w Pn-wsch części kraju: Omalo – Juta, a na zakończenie tej wędrówki mamy wejść na szczyt Kazbeka (5 047 m n.p.m.)

Ekipa nasza składa się z 7 osób. Znam jedynie Wojtka, pozostałych poznaję już podczas podróży. Ustalamy, że zabieramy 3 namioty, oraz kilka innych zagadnień i w końcu ruszamy.   
 

   
 

  2.07- środa

Tbilisi – Telawi – Omalo (dojazd + 1 godz. wędrówki)

     Ekipa Wojtka (trzy osoby z Rzeszowa: Wojtek, Bartek, Dominik) wyjeżdża o jeden dzień wcześniej, nasza czwórka (Aśka, dwóch Pawłów i ja) przylatujemy do Tbilisi 2 lipca nad ranem. Na lotnisku czekamy do prawie ósmej rano, a później jedziemy taksówką na dworzec Isani – tu na godz. 9 umówieni jesteśmy z pozostałymi. W oczekiwaniu na przybycie Wojtkowej ekipy kupujemy smacznego arbuza na pobliskim bazarze – to tak na przywitanie Gruzji :). Kilka minut po 9 już w komplecie, ruszamy marszrutką do Telawi (12 GEL, czyli lari od osoby). Kierowca obiecuje, że załatwi nam auto terenowe na dalszą drogę do Omalo i rzeczywiście – ledwo wysiadamy w Telawi, już czekają na nas dwa solidne terenowe auta mitsubishi. Ładujemy do nich swoje pokaźne plecaki, ale zanim ruszymy, chcemy zjeść jakiś gorący posiłek, bo tak właściwie to od poprzedniego dnia nic nie jedliśmy. Idziemy do małego baru, tuż obok stacji benzynowej i zajadamy gęstą zupę z kawałkami mięsa i ziemniakami. Trochę dziwią nas podane, zamiast łyżek, widelce…, najpierw trochę się męczę, ale wygląda to dość komicznie, więc jednak się poddaję i proszę o łyżkę – no, teraz to można się najeść!

Upał. Ok. 12:30  Wsiadamy w 2 terenowe mitsubishi i ruszamy w kierunku Omalo. Prosimy jeszcze kierowców, żeby zatrzymali się przy sklepie, gdzie będziemy mogli dokupić chleb i kilka innych drobiazgów. Sklepik okazuje się być mizernym baraczkiem, a sprzedająca tam kobiecina całkowicie gubi się w rachunkach, no ale jakoś się dogadujemy, kupujemy nawet kilka petard przeciwko osławionym, groźnym psom pasterskim - jak później się okazało, zupełnie niepotrzebnie.

 Górska droga rzeczywiście jest koszmarnej jakości, ale widoki z niej nagradzają trudy podróży. Co chwilę widzimy fantastyczne wodospady spadające z setek chyba metrów, strome zielone i skaliste stoki bliższych i dalszych Gór, gęste lasy, strumienie… . Kilka razy zatrzymujemy się, żeby dać odetchnąć umęczonym pojazdom lub zrobić kilka zdjęć, bo w podskakującym aucie jest to prawie niemożliwe. Raz, czy dwa, przejeżdżamy pod wodospadem oraz przez niezliczoną ilość strumieni. W końcu osiągamy przełęcz, ale tu wita nas burza i deszcz. Temperatura spada z 30 do 11 stopni, a chmury zasłaniają krajobraz. Gdzieś tam, w dali, jednak prześwituje słońce i mamy nadzieję, że zanim dojedziemy do Omalo pogoda się poprawi.

W końcu, po 4 godzinach, jesteśmy na miejscu. Za przywiezienie nas tutaj płacimy po 50 GEL od osoby. Wysiadamy koło stacji turystycznej. Jest to drewniano-kamienny, pokaźny budynek. Można tu przenocować lub rozbić namioty, my jednak przepakowujemy się i ruszamy w drogę. Mój plecak waży z 34 kg – cóż, trzeba się przyzwyczaić. Mam zapas jedzenia na 10 dni, siekierę, czekan, a na dnie spoczywają raki, które potrzebne będą dopiero na Kazbeku.

Za nami noc i dzień spędzony na podróży, jesteśmy więc bardzo zmęczeni, ale chcemy dotrzeć do miejsca, gdzie będzie dogodne miejsce na rozbicie namiotów i trochę bliżej Dartlo. W dobrych nastrojach pniemy się trochę drogą, trochę na skróty, do Omalo i wyżej. Rozpogodziło się i mamy fantastyczne rozległe widoki na Góry dookoła. Ponad Omalo widzimy malowniczy kompleks wież, ech te gruzińskie klimaty – cudnie to wygląda. Przechodzimy obok i pytamy o jakieś źródełko i możliwość rozbicia namiotów. W chwilę później znajdujemy jedno i drugie. Co prawda woda wypływa tyko malutkim ciurkiem z rury z ziemi, ale miejsce jest bardzo klimatyczne i urokliwe. Mamy widok na Góry i na wieże, mamy także sporo chrustu na ognisko. Rozbijamy namioty, najadamy się do syta i zasiadamy przy ognisku. Nareszcie jest czas na wspólne poznanie się i obgadanie naszej trasy na następne dni.

 

 
Droga do Omalo - widok z przełęczy

 Omalo - baza turystyczna
"

 przed Omalo



 Omalo - pierwszy biwak

 Omalo - widokna okolicę
 

3.07 – czwartek

(Omalo – Dartlo – Chesho – Pharsma; ok. 9 godz.)

         Rześko wstajemy o 6 rano. Namioty trochę mokre od rosy, ale zwijamy je po krótkim suszeniu, bo piękna pogoda i widoki mobilizują nas skrajnie. O ósmej ruszamy w kierunku Dartlo. Schodzimy w dolinkę, a później pniemy się na przeciwległe, strome zbocze, na przełęcz. Idzie się doskonale. Za przełęczą droga prowadzi trawersem, po stromym zboczu głębokiej doliny, wyżłobionej przez groźną lodowcową rzekę. Co chwilę mamy możliwość uzupełnienia wody, nie ma więc sensu zabierać jej zbyt dużo w zapasie. Dość szybko, podziwiając widoki,  po przejściu przez most, docieramy do uroczego Dartlo. Jest godz.12. Natrafiamy na mini-bar, w którym zamawiamy posiłek. Czas oczekiwania umilam sobie zwiedzając osadę. Inni natomiast korzystają z możliwości natrysku przy „lokalu”. Zabudowa jest typowa – kamienne budynki przykryte łupkowatymi dachami. Liczne kamienne wieże, rozsiane nie tylko w miejscowości, ale też powyżej, na stromych zboczach.

W końcu zasiadamy do posiłku w chłodnym, przyjemnym cieniu kamiennych murów. Zjadamy zupę, kawałki kurczaka, tradycyjną sałatkę z grubo pokrojonych pomidorów, ogórków i cebuli, chleb. Jedzenie niezbyt wyszukane, ale można się najeść. I tak mijają błogie chwile, ale czas na dalszą wędrówkę. Co prawda, niektórzy trekkingowcy zatrzymują się tutaj na nocleg, ale godzina jest jeszcze zbyt wczesna na odpoczynek, a i sił w nas jeszcze sporo. Ruszamy więc wyraźną drogą prowadzącą niedaleko rzeki. Po obu stronach mamy wysokie i dość strome zielone zbocza doliny. Tu i ówdzie sterczą kamienne wieże, lub ich zarysy, gdzieś w dali rysują się, na tle niebieskiego nieba, skaliste, a nawet ośnieżone szczyty – pięknie jest niezwykle…

Nie mamy sprecyzowanego dokładnie miejsca biwaku, ale nie martwimy się tym zbytnio – jak znajdziemy dogodne miejsce, to tam zostaniemy. W pewnym momencie drogę przecina nam spory strumień, który musimy pokonać w bród. Trochę kombinujemy, jak go pokonać, gdy za plecami słyszymy i widzimy zbliżający się spychacz, który wyrównuje drogę. Operator maszyny wjeżdża w rzekę i zatrzymuje się w jej nurcie, umożliwiając nam dogodne przejście po gąsienicy spychacza na drugą stronę – fajny, życzliwy gest. Przechodzimy sprawnie i podążamy dalej.

Trochę straszy nas deszcz i mała burza, więc wyciągamy pałatki i przechodzimy koło kolejnej osady – Chesho. Podobna do poprzedniej, ale znacznie mniejsza. Postanawiamy, że jak znajdzie się dogodne miejsce na biwak, to zostajemy. Miejsce takie znajdujemy tuż przy rzece, ok. godzinę później, tuż obok miejsca zaznaczonego na mapie jako Pharsma. Trochę męczący jest donośny szum rzeki, ale właściwie cała dolina jest wypełniona tym szumem, więc trzeba do tego przywyknąć. Z prawej strony drogi spływają trzy strumienie, więc mamy czystą wodę do picia i mycia. Jest godzina 18, gdy rozbijamy namioty. Niestety, nie ma ani kawałka drewna, żeby rozpalić ognisko, więc tylko siedzimy do zmroku i gawędzimy o minionym dniu.
           


początek trasy do Dartllo



przed Dartllo

Dartllo

obiad w  Dartllo


Widok na Chesho

biwak przy Pharsma

 

4.07 – piątek

            (Pharsma – Girevi – Chontio – pod szczytem 2 459; ok. 10 godz.)

           Wstajemy tradycyjnie o 6 i kilka minut po 8 wyruszamy. Jak zwykle rano, pogoda nastraja optymistycznie, pozwalając podziwiać rozległe widoki. Nasza wyraźna droga wkrótce kończy się, a właściwie przechodzi przez wzburzoną rzekę na jej drugą stronę, a my kontynuujemy wędrówkę ścieżką, która przebiega tuż obok rwącego nurtu. Dochodzimy do Girevi. Trafiamy na sklepik, gdzie można kupić piwo, 50-cio % czaczę i kilka innych drobiazgów, można nawet coś zjeść. Niektórzy coś kupują, ja zaopatruję się w pół litra owej czaczy i podążamy do białego, długiego budynku w którym siedzibę ma straż graniczna po, konieczne do dalszej wędrówki tą trasą, przepustki.

Zostajemy przyjęci życzliwie i toczymy sobie sympatyczną pogawędkę, podczas gdy jeden z żołnierzy wypisuje nam owy „pierepusk”. Dowiadujemy się, że w mijanych miejscowościach tylko w sezonie letnim toczy się życie – przez ponad pół roku jest tzw. sezon zimowy i nikt tu nie przebywa oprócz żołnierzy. Po prawie godzinie, bo dokładnie spisują dane naszej całej siódemki, możemy iść dalej. Otrzymujemy jeszcze wskazówki, jak przebiega szlak – należy tuż za osadą wspiąć się do wyraźnie widocznych wież i dalej podążać trawersem w górę rzeki, trzymając się prawego zbocza. Ponoć pod przełęcz Atsunta mamy już tyko ok. 4 godziny marszu.

 Ścieżka jest rzeczywiście dobrze widoczna i nie ma problemów z orientacją. Widoki zapierają dech w piersiach. Rozległe zielone, usiane najróżniejszymi kolorowymi kwiatami, pachnące połoniny,  z których co i rusz sterczy kamienna wieża, a w dali łańcuchy skalistych grani z bielą śniegu… - nic tylko iść w tym majestacie Gór i cieszyć nimi oczy i duszę.

Nie ma potrzeby zabierania na zapas wody, bo co jakiś czas mijamy strumienie, które gaszą pragnienie i ochładzają. Ok. 12 przechodzimy przez pozostałości wioski Chontio – ścieżka wiedzie pomiędzy, opuszczonymi już dawno, zabudowaniami, wieżami – przepiękne wrażenia! Po pół godzinie wychodzimy na wypłaszczenie, gdzie spotykamy obóz pasterzy. Zapraszają nas do siebie i częstują spożywanym właśnie obiadem. Trochę głupio jest nam ich objadać, bo ich jest dwóch, a nas siedmioro, ale z ciekawością częstujemy się przepyszną baraniną. Nie siedzimy jednak długo, bo chcielibyśmy dojść dziś pod przełęcz. Okazuje się jednak, że nie jest to tak blisko, jak nas zapewniali pogranicznicy. Co prawda widzimy już wyraźnie ośnieżone szczyty, ale drogi jakoś tak pomału ubywa.

O drugiej zatrzymujemy się na trochę dłuższą chwilę, gotujemy obiad i odpoczywamy. Wówczas otacza nas spore stado wiec i jakiś czas będziemy przemierzać szlak razem. W pewnym momencie ścieżka kończy się i mamy do wyboru: przejść brodząc w rzece obok stromej skały, lub wspiąć się na skałę i przejść górą. Ja z Wojtkiem idziemy przez rzekę (nie jest tak źle, choć wygląda bardzo nieprzyjaźnie), pozostali przechodzą górą – podobnie jak całe stado owiec z pasterzami.
      Znów zaczyna straszyć nas deszczem i mija 10 godzina wędrówki. Właśnie dochodzimy do miejsca, gdzie jest mostek przez rzekę, a nasza ścieżka trochę jakby ginie w niepewności połoniny. Zastanawiamy się jak iść dalej, czy przejść na drugą stronę, czy może gdzieś tutaj rozbić namioty…? Widzę, że chmury zbierają się, jakby miało zaraz lunąć zachęcam więc do przejścia przez mostek i rozbicia namiotów na sympatycznej łące przy mniejszym strumieniu. Tak też robimy. Ledwo udaje nam się ustawić namioty, gdy zaczyna padać, no ale mamy już schronienie, więc nie jest tak źle. Jeszcze tyko przyjeżdżają do nas na koniach dwaj pogranicznicy i znów prawie godzinę trwa sprawdzanie „propusku” i spisywanie danych. Pytam, czy gdzieś dalej jest most na drugą stronę rzeki, żebyśmy nie musieli się cofać – mówią, że jest, to świetnie – jutro idziemy tą stroną rzeki, a później przejdziemy przez mostek i dalej przez Atsuntę.

Deszcz po chwili ustaje i możemy przygotować spokojnie posiłek. To był bardzo męczący dzień, ciekawe czy uda nam się jutro przejść przez przełęcz…

           

 
Dochodzimy do Girevi

stacja benzynowa

ruiny Chontio

u gościnnych pasterzy



biwak
 

5.07 – sobota

            (polana pod szczytem 2 459 – polanka pod Atsuntą w widełkach strumieni; ok. 7 godz.)

        Wstajemy tradycyjnie i kilka minut po 8 wychodzimy. Najpierw przechodzimy w bród strumień, przy którym byliśmy rozbici, i idziemy wyraźną ścieżką w górę rzeki, w poszukiwaniu mostka. Idziemy dłuższą chwilę, ale mostka jak nie było tak nie ma :(. Po ok. godzinie znajdujemy mostek, ale niestety, leży w całości na brzegu i tylko znak na kamieniu ze strzałką pokazuje, że kiedyś można było tędy przejść na drugą stronę. Jesteśmy wkurzeni na maksa! Próbujemy znaleźć jakąś bezpieczną przeprawę, ale nurt jest bardzo silny, a woda sięga prawie do pasa, raczej nie ma chętnych na tak ryzykowny krok. Próbujemy nawet przerzucić leżący mostek na drugą stronę, ale nawet w 7 osób nie udaje się nam tego dokonać – w efekcie mostek ląduje w rzece, a ta porywa go w mgnieniu oka i mostek zamienia się w poniewieraną tratwę i znika nam z oczu. Nie ma wyjścia – musimy wrócić do mostka z wczorajszego dnia – tyle czasu i wysiłku na marne!

Pogodzeni z losem, ponownie mijamy miejsce, gdzie spaliśmy, przechodzimy przez mostek przy pasterskim szałasie na drugą stroną rzeki i dochodzimy do szlaku. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy okazuje się, że jednak był jeszcze jeden mostek, którego nie zauważyliśmy, będąc po drugiej stronie! Jest przerzucony pomiędzy skalistymi brzegami rzeki, ale nie prowadzi do niego żadna widoczna ścieżka – tak więc, jeśli ktoś chciałby przejść naszymi śladami, to warto mieć to na uwadze. Cóż, wzdychamy tylko głęboko nad niepotrzebną stratą kilku godzin dnia i wysiłku – pewnie dziś nie ma szans na przejście przez Atsuntę. Idziemy, podobnie jak dzień wcześniej, trawersem stromego zbocza doliny, a później schodzimy nad samą rzekę, aby ją przejść w bród. Tym razem nie sprawia to już większych kłopotów, bo w górnym biegu jest już wyraźnie mniej wody, choć nurt jest bystry i robi groźne wrażenie.

Widzimy, że jesteśmy już bardzo blisko podejścia na przełęcz. Zastanawiamy się, gdzie jest to dogodne miejsce na rozbicie namiotów. Nie chciałbym pchać się za wysoko, bo później może być zbyt stromo. Przechodzimy jeszcze raz przez bystry strumień. I wówczas o mały włos Wojtek straciłby buta. Tak nieszczęśliwie rzucił go na drugi brzeg, że but zamiast na brzegu, wzbił się w górę i chlupnął do bystrego nurtu strumienia. Wojtek jak lew rzucił się w pogoń za nim, na szczęście Dominik przytomnie zdołał chwycić w ostatnim momencie uciekający but. Uff - co za szczęście - pozostało tylko dobrze go wysuszyć. Rozbijamy obóz po drugiej stronie strumienia, na niewielkiej polance na skarpie, a można było spokojnie podejść jeszcze z jakieś pół godziny i byłaby piękna polana ze strumykiem.
    Jest ok. 15:15 gdy rozbijamy namioty. Tym razem mamy sporo czasu na relaks, choć jest tu dość chłodno.

W nocy przechodzi burza z obfitymi opadami, ale ranek na szczęście jest pogodny. 

 
poranne forsowanie strumienia



widok w kierunku Atsunty

do przełęczy coraz bliżej

niezauważony przez nas mostek

przechodzimy przez lodowcową rzekę

biwak przed Atsuntą
 

6.07 – niedziela

            (polanka pod Atsuntą w widełkach strumieni – przełęcz Atsunta 3 431 m n.p.m – grzbiet Khidotanis - przed osadą Khonischala; ok. 10 godz.)

            Kilka minut po ósmej wyruszamy w górę strumienia. Najpierw przechodzimy przez strumień przy którym spaliśmy – ponownie, bo poprzedniego dnia przechodziliśmy na polankę, później przez ten sam na lewą stronę i po pół godzinie dochodzimy do urokliwej hali z widokami na wysokie i ośnieżone szczyty z „naszą” przełęczą. Patrzymy, a tam mały namiocik z polską załogą. Rozmawiamy chwilę z chłopakiem i dziewczyną pytając o drogę i ruszamy dalej.
             Zieleń traw przechodzi w kruchy łupek, a pond nami do nieba sięgają ośnieżone szczyty. Idziemy wzdłuż strumienia, ale po jakimś czasie odbijamy w prawo i już po luźnym łupku wolniutko pniemy się na przełęcz. Ścieżka prowadzi nas trawersami coraz wyżej i w końcu dostrzegamy, na rozległej grani, majaczące w dali słupki – to Atsunta.
            Na przełęcz wchodzimy o 11:30. Szkoda, że trochę chmury przesłaniają widoki. Wieje mocno i dokuczliwie, ale i tak jest pięknie. Prawie godzinę spędzamy na podziwianiu widoków, posilamy się nieco i szybkim tempem schodzimy na drugą stronę. Zaraz na początku zejścia Dominikowi wypada z plecaka termos. W mgnieniu oka znika mu z oczu w głębokiej, przepaścistej dolinie - szkoda. Tu jest trochę bardziej stromo niż po drugiej stronie, a drobny łupek obsypuje się spod nóg, więc trzeba uważać. Schodzimy w zieloną rozległą dolinę – dość dobrze widać naszą ścieżkę – przed nami przepiękna połonina. Zanim na nią jednak wejdziemy mijamy nadchodzącą z naprzeciwka karawanę. Prowadzi ją miejscowy przewodnik na koniu, za nim podążają związane kolejne koniki w liczbie 6 lub 7 obładowane worami, walizkami i nie wiadomo czym jeszcze. Za konnicą podążają utrudzeni ciężkim marszem wędrowcy z Irlandii. Oczywiście niosą tylko malutkie plecaczki i w ten sposób pokonują „dzikie” Góry Kaukazu – takim to dobrze :). Kilka słów powitania i już znikają nam z oczu.
         Docieramy do małego źródełka i gotujemy obiad. Mamy fantastyczną panoramę i możemy jeść i kontemplować sobie do woli… strasznie szkoda tylko, że na północy zalegają niskie chmury i zasłaniają widok na dostojne czterotysięczniki.

Przechodzimy długim trawersem na grań rozległej połoniny Khidotanis. To niesamowite, idziemy na wysokości prawie trzech tysięcy metrów, a wrażenie jak w Bieszczadach, no może Gór jednak znacznie więcej dookoła. W dali widzimy, że nasz grzbiet kończy się i gdzieś tam jest Shatili, ale to plan na następny dzień. Zastanawiamy się, gdzie dziś rozbić obóz – raczej chcemy zejść do doliny, żeby jutro było bliżej do sklepu, bo niektórym zaczyna już brakować żywności. Tymczasem na niebo wkraczają deszczowe chmury i nasza cudna połonina ciemnieje. Nieco przyspieszamy, chcąc wyjść z wysokich traw, już na stromym i uciążliwym zejściu łapie nas deszcz. Wreszcie docieramy na dno doliny i wypatrujemy dogodne miejsce na rozbicie namiotów tuż obok rzeki. Jest nawet piękne źródło z wodą. Ledwo udaje nam się rozbić namioty, gdy lunęło z nieba na dobre. Nieźle zmęczeni chowamy się w namiotach, a nawet przesypiamy trochę, bo deszcz nie ma zamiaru ustać. Jest godzina 18, ale zrobiło się ciemno jak w nocy. Dopiero ok. 9 na chwilę deszcz ustaje, na tyle tylko, że zdążyłem zjeść szybką kolację i umyłem się przy źródle. Po czym leje znów ostro.

           

 
tu można było rozbić namoty

w drodze na Atsuntę



widok na przełęcz

na przełęczy

zejście z przełeczy

na połoninie


 

7.07 – poniedziałek

            (przed osadą Khonischala – Mutso – Shatili; ok. 5 godz)

                 Na szczęście ranek jest pogodny, ale jest strasznie mokro. Staramy się trochę wysuszyć namioty i niektóre rzeczy, co powoduje, że tym razem wyruszamy ok. 9. Idziemy w dół strumienia dość wyraźną drogą. Po niecałej pół godzinie przechodzimy koło mizernej osady Khonischala, która raczej sprawia smutne wrażenie brudu i ubóstwa. Podążamy dalej bardzo malowniczą doliną rzeki i docieramy do Mutso, czyli zawieszonej na skale dawnej osady, która zachwyca malowniczymi wieżami i budynkami z kamienia. Na tle nieba i stromego zbocza robi niesamowite wrażenie.

Po chwili trafiamy na posterunek pograniczników – we właściwym momencie, bo akurat przechodzi krótka burza i leje w najlepsze. My chowamy się pod wiatę, w której urzędują żołnierze. Wypisują nam nową przepustkę, bo to inny region, co oczywiście trwa prawie godzinę, ale przynajmniej przestaje padać. Idziemy dalej szutrową drogą, aż do miejsca, gdzie rzeka skręca na wschód i płynie do Rosji. Do granicy mamy dosłownie kilkaset kroków. My skręcamy na zachód i idziemy znów w górę rzeki. Po jej drugiej stronie mijamy niesamowite formy skalne – jakby odlane z mokrego piasku, wyżłobione wodą – bardzo malownicze i niespotykane nigdy dotąd. Do Shatili jest już niedaleko, może z 2 km.

Bartek i Dominik bardzo liczą na to, że będą mogli zadzwonić do swoich dziewczyn i rzeczywiście jest sygnał GSM, więc w ruch idą komórki. Już z daleka widzimy majestatyczne zabudowania Shatili. Jeszcze tyko zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości i już jesteśmy. Idziemy do sklepiku, który jest zaraz na początku osady. Jest dopiero 14:30, ale na dziś to chyba koniec wędrówki. Przechodzimy przez mostek i wchodzimy pod zadaszenie sklepu. Jest zamknięty, za chwilę jednak przychodzi właścicielka mieszkająca tuż obok. Zaopatrzenie jest skromne. Kupuję z Bartkiem na spółkę 2-wu litrową butelkę zimnego piwa, do tego jakieś ciastka, smaczne paluszki  i mam już obiad :). Chleba nie ma. Niektórzy kupują konserwy, ale nie zauważają, że termin ich przydatności minął prawie rok wcześniej, dopiero po dwóch dniach ich dźwigania pożegnają się z nimi nie ryzykując ich spożycia.

Od ekspedientki dowiadujemy się, że chleb wypieka kobieta na końcu wsi, tylko trzeba tam iść i zamówić. Tak też robimy. Idziemy z Wojtkiem pod wskazany adres (droga za mostkiem w górę – ostatni dom z jasnym dachem) i zamawiamy na następny dzień 14 chlebów – każdy po 1 GEL. Zastanawiamy się, czy rozbijamy namioty, czy szukamy noclegu u miejscowych. Sklepowa proponuje nocleg u siebie, ale żąda 40 GEL od osoby. My wyszukujemy inne miejsce z sympatyczną rodziną – umawiamy się na 35 GEL od osoby za nocleg z dwoma posiłkami (obiadokolacja + śniadanie).  Warunki są tu przyzwoite. Wykończone w drewnie pokoje 2-3 osobowe, dwie łazienki i natryski z ciepłą wodą. Możemy wysuszyć mokre rzeczy. Obiadokolacja jest smaczna i obfita, okraszona doskonałą czaczą. Najadamy się do syta, wznosimy kilka toastów i mamy sporo czasu dla siebie. Możemy nawet oglądać w telewizji mecz – w końcu trwa mundial. Wcześniej jeszcze załatwiamy z Wojtkiem transport na następny dzień. Obawiamy się, że trekking może się nieco przedłużyć i zabraknie nam czasu na wejście na Kazbek. Decydujemy,  że jeśli uda się załatwić podwózkę do Roszka, to skorzystamy z takiej okazji. Udało się. Umawiamy się z właścicielem mitsubishi Delica, że następnego dnia, o 9 rano podwiezie nas tak blisko Roszka, jak się da. Ponoć droga jest bardzo trudna i na pewno nie dojedziemy do końca, ale umawiamy się na kwotę 100 GEL – do auta wchodzi akurat 7 osób + kierowca.

Wieczorem zaczyna padać, a w nocy jest już istna ulewa – jak to dobrze, że nie musimy moknąć pod namiotami.

           

 
Biwak przed Khonischala

Khonischala



widok na Musto

Musto

w drodze do Shatili



Shatili



nasza kwatera w Shatili
 

8.07 - wtorek

            (Shatili – (bus) Roshka – Zielone jeziorko pod przełęczą Chaukhi; ok. 3 godz. jazdy + ok. 4 godz. podejścia)

     Poranek jest na szczęście pogodny. Nasz kierowca przyjeżdża punktualnie i pakujemy się do mitsubishi. Plecaki umieszczamy na bagażniku dachowym – mamy nadzieję, że nie spadną i że nie będzie padać. Droga jest rzeczywiście w fatalnym stanie. Mało tego – po nocnej ulewie droga w wielu miejscach zasypana jest obsuwiskami i jest nieprzejezdna. Wielokrotnie zatrzymujemy się i całym zespołem udrażniamy przejazd. Niektóre odłamki skalne są tak duże, że musimy w trzy osoby jednocześnie je przesuwać. Dzięki nam droga staje się przejezdna :). Najpierw zalesioną doliną wspinamy się coraz wyżej, w końcu wyjeżdżamy na malowniczą połoninę i osiągamy wspaniałą widokowo przełęcz Datvisjvari 2 676 m n.p.m. Roztaczają się stąd fantastyczne widoki na niekończące się połoniny, a gdyby nie chmury, to na pewno na jeszcze wyższe szczyty. Wdrapujemy się na szczyt obok przełęczy. Na szczycie jest stalowa konstrukcja w postaci rur z zawieszonymi dzwonami - można sobie podzwonić... Przecudne miejsce!

Teraz zjeżdżamy w dół, a później odbijamy, w jeszcze gorszą drogę, w kierunku na Roshaka. Podziwiamy kierowcę, że chce mu się jechać po takich wybojach i stromiznach. Po ponad trzech godzinach oznajmia nam, że dalej to już tyko czołgiem i wysadza nas ok. 2 km przed Roshaka.

Znów podziwiamy widoki i wędrujemy drogą wśród połoniny. Forsujemy rzekę, ale na szczęście jest mostek, co prawda w marnym stanie, ale nie musimy brodzić w wodzie. Otwiera nam się urokliwy obraz na osadę. Widzimy spływającą wieloma kaskadami rzekę, liczne skałki – cudnie, szkoda tylko, że te chmury tak nisko zalegają. Wchodzimy do wioski. Tu pojawiają się nawet znaki szlaku turystycznego. Idziemy za niebieskimi znakami w kierunku przełęczy Chaukhi. Wychodzimy ponad zabudowania i idziemy rozległą, zieloną, usianą skałkami doliną w górę strumienia. Niestety, nie dane jest nam podziwiać uroków szlaku, bo zaczyna padać. Chmury wiszą nisko i tyko od czasu do czasu dostrzegamy dalsze szczyty, które sterczą wyniośle przed nami. W końcu zaczyna się niezła ulewa, ale my uparcie podążamy do  Zielonego Jeziora, gdzie chcemy rozbić namioty . Nieźle już przemoczeni docieramy do urokliwego miejsca – jest ok. godz. 17. Przed nami widzimy zieloną taflę jeziorka, dookoła mnóstwo skałek, głazów, a w dali majestatyczne, sięgające nieba, ośnieżone szczyty. Wokół zielone połoninne granie – przecudnie! Właśnie jest przerwa w padaniu, więc szybko rozbijamy namioty, ale nie może być łatwo. Znów zaczyna lać, a nawet atakuje nas grad. Mokniemy. Chowamy się do mokrych namiotów ale po chwili pokazuje się nawet słońce. Do wieczora trwa to zmaganie się ze sobą chmur, deszczu i słońca. Są nawet momenty, że widzimy w zachodzącym słońcu wznoszące się ponad nami szczyty. Bartek i Dominik decydują się nawet na kąpiel w jeziorku! Maładcy! Miejsce niesamowicie przepiękne - niestety – prawie wszędzie widać porozrzucane śmieci i to psuje bardzo urok tego miejsca.


        

 
widok z przeł. Datvisjvari




przeł. Datvisjvari

przed Roshaka

widok na Roshaka

widok na Roshaka

widok na dolinę

widok
na Asatiani i Leonidze
 

         9.07 - środa

(Zielone jeziorko pod przełęczą Chaukhi – przeł. Chaukhi (3 338) – Juta; ok. 8 godz.)

         Ranek jest tradycyjne słoneczny, a widoki zapierają dech. Postanawiamy wyjść o 9, tak aby trochę się wysuszyć i nacieszyć tym fantastycznym miejscem.

Ruszamy ścieżką, wyszukując kiepsko widocznych znaków szlaku. Po drodze mijamy jeszcze kilka mniejszych jeziorek i podążamy w kierunku przełęczy. Wyraźniejsza ścieżka biegnie w kierunku lodowca spływającego spod szczytów Asatiani, Leonidze i kilku innych, dochodzących do 3 800 m n.p.m. – trzeba uważać, bo właściwy szlak odbija na północ. Znaki szlaku są słabo widoczne, a później w ogóle ich nie ma. Ścieżka ginie w gęstych trawach. Wspinamy się po stromej połoninie ku niewidocznej przełęczy. Dobrze, że mam GPS-a i wayponta przełęczy, bo ścieżka jest bardzo słabo widoczna, a w dodatku znów napływają chmury i ograniczają momentami bardzo widoczność, a szkoda, bo jest co podziwiać. Za nami zielona dolina, usiana skałkami odbijającymi się w toni jeziorek. Pomiędzy tym wszystkim wije się malowniczy strumień. Wyżej zielone granie połonin, a na lewo od nas skalne, wyniosłe turnie i ośnieżone szczyty – tak na wyciągnięcie ręki prawie.

Zieleń połonin ustępuje miejsca skalnym łupkom i idzie się mało przyjemnie, ale w końcu ok. 12 osiągamy szarą przełęcz Chaukhi 3 338 m n.p.m. Jest zimno, ale i tak siedzimy tam ponad pół godziny. Teraz idziemy granią po łupkach w kierunku zachodnim, a później zaczynamy zejście na drugą stronę. Jest tu nawet spory płat śniegu, później trzymamy się koryta strumienia. Jest dość stromo, ale pomimo luźnego podłoża idzie się dość sprawnie i szybko. W końcu widzimy wyraźną ścieżkę i docieramy do trawiastego zbocza. Niestety, znów zaczyna padać. Później przysmarza nas słońce, i tak na zmianę – to chwilami marzniemy od wiatru i deszczu, aby w kilka chwil później stękać z gorąca – strasznie męcząca pogoda. Widoki przecudne, ale niestety ograniczone znów przez napływające chmury.

Nie ma sensu podążać trawersem stromej połoniny w kierunku Juta – lepiej trzymać się dna doliny idąc brzegiem rzeki, i tak w efekcie końcowym, tam się ląduje. Ok. 1,5 km przed Juta główna ścieżka odbija na prawo od rzeki i prowadzi tuż obok, przyzwoicie wyglądającego, kempingu. Można tu wynająć pokój (30 GEL od osoby), można rozbić namiot. Jest tu też mały bar, w którym kupuję piwo i chaczapuri, bo zgłodniałem bardzo. Korzystamy z tego, że siedzimy na werandzie i rozwieszamy wilgotne rzeczy, które szybko schną pod wpływem wiatru i słońca. Zaspakajamy wilczy głód i ktoś rzuca myśl, żeby spróbować znaleźć nocleg gdzieś na kwaterze. Zostawiamy plecaki i idziemy rozglądnąć się w sytuacji. Schodzimy w dół do Juta i pytamy o możliwość noclegu. Dla siedmiu osób nie tak łatwo o lokum, ale w końcu trafiamy do bardzo ubogiego domostwa, gdzie dogadujemy się z gospodarzami. Nie wiele udało się utargować, bo z 40 na 35 GEL od osoby. W cenie mamy nocleg i dwa posiłki. Warunki są skromne i cuchnie tu okrutnie od zwierząt, ale w sumie jest do przyjęcia. Mamy możliwość wykąpania się pod ciepłym natryskiem, jest też spłukiwany kibelek. Do dyspozycji mamy dwa pokoje z miękkimi łóżkami i sporą werandę, na której spożywamy posiłki. Do obiadu udało się dodatkowo wynegocjować butelkę swojskiego, niezłego wina. Trochę brakuje nam w posiłkach świeżych owoców i warzyw, ale za to niektórzy raczą się świeżowydojonym mlekiem.

Na samym dole miejscowości jest nowowybudowany hotel, który już dwa lata temu widzieliśmy z Wojtkiem, jak go budowali. Obiekt robi bardzo dobre wrażenie. Okazuje się, że nocleg tam kosztuje ok. 60 GEL od osoby. Dowiadujemy się tego od Gruzina, który udzielił nam gościny dwa lata temu. Teraz odwiedzamy go z Wojtkiem, wspominając jak to wówczas było, a Wojtek dodatkowo kupuje u niego dwa słoiki fantastycznego miodu z górskich kwiatów.

 

 
widok na Asatiani i Leonidze


widok w kier. przeł
.
przy jeziorku Zielonym



na przeł. Chaukhi

widok z przełęczy

na grani

zejście w dolinę w kier. Juta



przy kempingu w Juta
 

            10.07 – czwartek

 (Juta – Stephantsminda (Kazbegi) - Kościół Tsminda Sameba  (Gergeti) 2 170 m n.p.m.; przejazd autem, przejście do Gergeti – ok. 45 min)
     

Na dzisiaj umówieni jesteśmy z Januszem, który ma po nas przyjechać do Juta wynajętym samochodem terenowym. Zabierze na dwa kursy naszą siódemkę do Kazbegi, a później razem z nami wejdzie na szczyt Kazbeka. W drodze do Kazbegi nareszcie widzimy potężny, sięgający nieba szczyt Kazbeka – z tej strony robi duże wrażenie – wygląda znacznie potężniej niż widziany z Stephantsmindy. Po drodze, uzupełniam na stacji benzynowej zapas benzyny, bo gaz już się skończył i teraz muszę wykorzystać mój benzynowy palnik.

Z Wojtkiem i Aśką jedziemy w pierwszej rundzie i czekamy na pozostałą ekipę przy małym bazarze w centrum miasteczka. Robimy małe zakupy, a nawet fundujemy sobie obiad w postaci mięsnych pierożków chinkali. Pokazuję ekipie jak, zgodnie z tradycją, jeść ten specjał. Raczej nie korzysta się z widelca i noża. Należy chwycić pierożek stożkiem w dół w palce i nagryźć z brzegu, wyssać smakowity sos z jego wnętrza zagryzając pozostałą częścią pieroga. Tu chinkali jest bardzo dobre i na pewno robione jest na miejscu, tuż przed spożyciem – warto spróbować. Kupuje się na sztuki – jeśli dobrze pamiętam to 0,7 GEL za sztukę. Ręczę, że 6 sztukami można najeść się do syta.

Janusz nalegał, żeby jeszcze dziś dotrzeć do stacji meteo, ale my czujemy trochę zmęczenie ostatnich dni, chcemy spokojnie zrobić zakupy i dojść tyko do, sławnego na całą Gruzję, kościoła Tsminda Sameba, dominującego na wysokim wzgórzu nad miastem. Miejsce święte dla Gruzinów. Źródło, które tam bije, uważane jest również za cudowne i ma ponoć też taką moc – warto w to wierzyć. Namioty nie mogą być rozbite zbyt blisko kościoła i nie można się myć w pobliżu tego źródła.

My robimy sobie lajtową wycieczkę na miejsce biwaku, który urządzamy ok. 200 m od kościoła. Plecaki wiezie nam Janusz, więc spacer jest dużą przyjemnością z pięknymi widokami na Kazbeka, na miasteczko z niesamowitym skalnym murem szczytów za nim.

Słoneczko przygrzewa sobie całkiem mocno, więc po rozbiciu namiotów mamy luz i pełną rekreację. Dogadzamy sobie kulinarnie i szykujemy ognisko na wieczór. Jest pięknie, choć wiatr staje się coraz mocniejszy i dokuczliwy. Wieczorem ognisko stwarza prawdziwie górską atmosferę.., ech żeby tak jeszcze gitara była… . Tym razem nie huk wody przeszkadza w śnie, ale silny wiatr, który tarmosi tropikiem i jakimiś luźnymi foliami.

 

 
kwatera w Juta

Kazbek z Gergeti

biwak przy Tsminda Sameba

 
 

         11.07 - piątek

(Tsminda Sameba  (Gergeti) – lodowiec Gergeti – stacja meteo (Betlemi Hut 3 653 m n.p.m.); ok. 6 godz.)

   Budzimy się w pogodny ranek i jest tak pięknie, że aż chce się wyskakiwać z namiotów. Jedzenie, pakowanie i kilka minut po ósmej wymarsz w kierunku ośnieżonego, jaśniejącego odbitym słońcem, szczytu Kazbeka. W towarzystwie psów-przybłędów idziemy raźnie zieloną połoniną, rozglądając się na wszystkie cudne świata strony. Plecaki znów ciążą, bo zakupy z poprzedniego dnia czujemy wyraźnie na plecach. Słoneczko przygrzewa, a my wspinamy się w dobrym tempie na przełęcz, z której widać już lodowiec, morenę i schronisko pod wyniosłym szczytem – celem naszej wędrówki. Chwila odpoczynku na przełęczy, gdzie wieje okrutnie, i schodzimy w kierunku paskudnego strumienia niosącego w ostrym nurcie błoto i kamienie. Szybka przeprawa w przeskokach po kamieniach i już wspinamy się na morenę. Ścieżka prowadzi nas na środek lodowca, na który wchodzimy początkowo niepewnie, bo jest tu dość stromo, ale obywamy się bez raków. Jest już 13, więc wszędzie płyną strumyczki, ale przejście lodowca nie sprawia większych problemów. Nie ma też niebezpieczeństwa szczelin, nieliczne są wyraźnie widoczne i można łatwo je przekroczyć. W końcu wchodzimy na morenę boczną oddzielającą nas od schroniska. Jeszcze tyko dość strome podejście po piarżystej ścieżce (trzeba "celować" trochę na lewo od schroniska) i o 14:30 jesteśmy przy stacji meteo, która, nie wiem dlaczego, kojarzy mi się z dryfującym Tytanikiem… .Pierwsze co uderza w oczy, oczywiście oprócz piękna widoków, to masakryczny bród, bałagan i bylejakość. Przez minione dwa lata, od ostatniego tutaj mojego pobytu, przybyło w zastraszającym tempie śmieci. Teraz, dosłownie cała ich góra, przewala się bezpośrednio przed, popadającym w coraz większą ruinę, budynkiem.

Musimy się zameldować i opłacić pobyt. Od namiotu pobierają 10 GEL za jedną noc, za nocleg w „schronisku” od 20 (miejsce bez pryczy) do 30 GEL. Nie mam pojęcia na co idą te spore pieniądze pobierane za noclegi, ale na pewno nie na utrzymanie tego smętnego obiektu. Do umieszczonego na zewnątrz kibla trudno nawet podejść, bo nawet okolica jest cała zapaskudzona. Nikt tu nie sprząta, nie pilnuje ładu, nic się nie naprawia. Mam wrażenie, że obsługa tego przybytku (bo trudno nazwać to schroniskiem) zajmuje się tylko sama sobą, a w głównej mierze jest to kasowanie pieniędzy i picie. Za zapłaconą kasę możemy jedynie schronić się w tzw. kuchni – chociaż tyle, że w razie czego nie pada nam na głowy podczas robienia posiłku i nie wieje. Kiedyś w kuchni była nawet bieżąca woda, która wypływała z rury. Woda spływała do zlewu i bardzo ułatwiało to przygotowywanie posiłków. Teraz rura jest w strzępach i wodę trzeba nabierać przed schroniskiem (uwaga – nocą woda zamarza). W zlewie w kuchni woda jednak ciągle zalega, przykryta jest tylko karimatą – ciekawe od ilu miesięcy tam tak kwitnie?
      Chyba dość o tej ruinie – można jeszcze dodać do tego spostrzeżenie, że mało które okno jest kompletne – straszą powybijane szyby poklejone taśmami, uzupełnione jakimiś strzępami folii, żadne drzwi nie zamykają się chyba normalnie – wszystko jakieś takie krzywe, wypaczone…, a mogłoby być tu takie piękne miejsce. W sezonie przebywają tu tysiące ludzi, a więc potencjał jest spory – tylko chcieć coś zrobić.

Stawiamy namioty w bliskim sąsiedztwie budynku i niedaleko rury,  z której wypływa woda. Wieje dość mocno cały czas, a niektórzy powiadają, że nadchodzą dni z pogorszeniem pogody, cóż – zobaczymy jak będzie.


        

 
widok na Tsminda Sameba z podejścia na lodowiec Gergeti

Kazbek

początek lodowca

na lodowcu

na morenie bocznej

widok na schronisko i Kazbeka

biwak przy stacji meteo
 

 

            12.07 - sobota

(Betlemi Hut – biały krzyż – czarny krzyż – podejście pod plateau 4 300 m n.p.m. – Betlemi Hut; ok. 4 godz.)

         Na dziś w planie mamy podejście, drogą prowadzącą na szczyt, do pierwszego plateau. To w ramach aklimatyzacji i poznania drogi, którą będziemy pokonywać w nocy podczas „ataku szczytowego”. Wychodzimy przed 9. Cieszę się, że prawie wszyscy czują się dobrze, jedynie jeden z Pawłów uskarża się na złe samopoczucie. Boli go głowa i jest ogólnie „rozbity”, idzie jednak dzielnie z nami – może jakoś się zaaklimatyzuje. Wspinamy się łagodnie, wyraźną ścieżką do „białego krzyża”, później przechodzimy koło „czarnego krzyża” i dalej w kierunku, bielejącego w oddali, śnieżnego stoku. Z prawej bombardują nas spadające skały z urwiska, ale na szczęście prawie żaden do nas nie dolatuje. Nagle słyszymy rumor i huk. Spory odłamek skały spada, roztrzaskuje się na drobne, a jeden z kamieni przelatuje tuż nad głową Dominika. Gdyby trafił – byłby poważny problem.

W porównaniu ze stanem sprzed dwóch lat, idzie się zdecydowanie łatwiej i szybciej. Jest więcej śniegu i nie trzeba kluczyć po morenie. Cieszy mnie to bardzo, bo ten odcinek szlaku wspominam najgorzej. Już o 11 docieramy na wysokość 4 300 m n.p.m. Tutaj postanawiamy posiedzieć nieco dłużej – dla aklimatyzacji. Zjadamy słodkości, rozmawiamy i schodzimy do namiotów. Pogoda jest sprzyjająca i mamy nadzieję, że jutrzejsza aura będzie nam sprzyjać.

Po obiedzie idę, z prawie całą grupą, na pobliski płat stromego śniegu i pokazuję jak posługiwać się czekanem i jak wykorzystać go do hamowania w razie upadku. Zjeżdżamy na różne sposoby i cały zespół szybko opanowuje tę „sztukę”. Troje z naszej ekipy nie zabrało swoich raków i czekana – wypożyczają więc sprzęt w schronisku. Płacą po 10 GEL od sztuki. Raki są jednak w opłakanym stanie, paski są sparciałe i uszkodzone – nie radzę pożyczać tutaj sprzętu. Ponadto mają tylko dwie pary raków paskowych i jedne automaty, które pożyczają Pawłowi wraz z zdezelowanymi skorupami – właściwie sprzęt nie do użycia.

Szykujemy się na nocne wstawanie i idziemy wcześniej spać, tak aby o 1 w nocy wstać i wyruszyć na szczyt.

 

 
niedaleko dolnego plateau


nasz namiot przy meteo

 

 

              13.07 - niedziela

(Betlemi Hut – Kazbek (5 047 m n.p.m.) – Betlemi Hut; ok. 8 godz. - Sterhantsminda; 5,5 godz.)

           Budzę się tuż przed pierwszą w nocy i natychmiast wyglądam na zewnątrz ciekawy jaka jest pogoda. Niebo pełne gwiazd i wielka tarcza księżyca w pełni, lekki wiatr – czyż można wymarzyć sobie lepsze warunki? Wyskakujemy ochoczo z namiotów, szykujemy posiłek i zbieramy się do wyjścia. Niestety, dolegliwości u Pawła, związane z wysokością, nasiliły się i nie jest w stanie iść z nami – szkoda, bo wczoraj wyglądało na to, że jest już lepiej.

Obsługa schroniska zapiła wieczorem i agregat prądotwórczy pracuje w najlepsze, więc mamy nawet oświetloną kuchnię i łatwiej przygotować się do wyjścia. O godz. 2 ruszamy. Za nami podąża kilka osób, ale my nie spieszymy się. Idę spokojnym, równym krokiem, choć chciałoby się jak najszybciej już być na górze. Początek jest zawsze łatwy i aż kusi żeby narzucić szybsze tempo, ale z doświadczenia wiem, że lepiej oszczędzać siły i iść równym, spokojnym rytmem. Kilka młodych osób wyprzedza mnie szybkim krokiem, później ja omijam ich, gdy odpoczywają – każdy ma swój sposób wchodzenia. Idzie mi się doskonale i całą drogę pokonuję prawie bez odpoczynku, aż do górnej przełęczy – małego plateau pod szczytem. Idziemy bez liny, choć niektórzy się tu wiążą. Właściwie nie widzę sensu wiązania się. Nie ma tu szczelin, a lotna asekuracja jest chyba tylko dla poprawienia nastroju. Stok staje się dość stromy, ale śnieg trzyma dobrze i sprawne posługiwanie się czekanem gwarantuje bezpieczną wędrówkę. Choć widzimy i taki obrazek: już podczas naszego zejścia widzimy, podchodzącą w górę na plateau, parę związaną liną. W rękach trzymają kijki, a czekany mają w plecakach – na takiej stromiźnie! Gdyby choć jedno z nich się potknęło to lecą razem w dół dobre kilkaset metrów po śniegu – na ale są różne filozofie i techniki wejścia. Generalnie większość idzie związana linami, chyba tylko oprócz Polaków.
       Już na stromym podejściu zaczyna się spektakl wschodu słońca. Noc i tak jest jasna, bo księżyc w pełni dopełnia magii – oświetlając białe stoki i szczyty. Teraz trwa zmaganie się nocy z dniem. Niebo staje się różowe i coraz jaśniejsze – uwielbiam tę chwilę w wysokich, ośnieżonych Górach… . Zdjęcia nie oddają tej atmosfery, światła i nastroju chwili, to trzeba zobaczyć, przeżyć samemu. Nad nami góruje potężny i stromy szczyt, ale wyraźnie widać, że jesteśmy już coraz bliżej niego. Jest zimno. Na pewno dobre kilka stopni mrozu spotęgowane wiatrem, ale idzie się fantastycznie. W pewnym momencie Pawłowi, podczas robienia zdjęcia, wypada rękawiczka, ten chce ją chwycić – traci równowagę i zaczyna się zsuwać. Przytomnie asekuruje się czekanem – wczorajsze ćwiczenia na coś się przydały. Dobrze, że Paweł ma zapasowe rękawiczki, bo mróz jest dokuczliwy.

Słońce już całe wyszło spod linii horyzontu i staje się zupełnie jasno, a my właśnie wdrapujemy się na górne plateau – przełęcz pod samym szczytem Kazbeka. Odpoczywamy sporą chwilę, robimy wiele zdjęć, bo widoki są powalające, zjadamy jakieś słodkości. Mój baton ma konsystencję betonu i trochę to trwa zanim udaje mi się go przełknąć, ale gorąca herbata z termosu doskonale poprawia nastrój. Najważniejsze, że wszyscy dobrze się czują i ostatni, najbardziej stromy odcinek, który jest przed nami, nikogo nie przeraża. Robi, co prawda, na nas wrażenie, ale wiemy że damy radę. Pomału, równym krokiem, wspinamy się na samiuśki szczyt. Mocno wbijam stopy, uzbrojone w raki, w strome ośnieżone zbocze – śnieg trzyma dobrze i pewnie, więc jeszcze chwila i już jestem na szczycie! Zawsze jest to duże przeżycie dla mnie. Może nie tak jak dwa lata temu, ale jednak łezka mi się z oka potoczyła ze wzruszenia i uniesienia. Jest godzina 7 rano – całkiem niezły czas. Gdzieś tam nisko trochę chmur, ale generalnie widok dookoła wymarzony! Trochę wieje, ale nie jest to zbyt dokuczliwe. W końcu na szczycie zjawia się cała nasza ekipa – gratulujemy sobie i cieszymy się bardzo z sukcesu. Wpatruję się w te Góry dookoła, chciałbym gdzieś głęboko zachować tę chwilę tego zapatrzenia na odległe szczyty Kaukazu, te kolory, przestrzeń, poczucie wolności i uniesienia. Widzę, że Wojtek też jest poruszony – w końcu udało mu się spełnić marzenie, dwa lata temu to się nie udało – bardzo się cieszę, że tym razem jesteśmy tu prawie całą grupą.

Teraz oczywiście jest czas na dziesiątki zdjęć w różnych konfiguracjach, no i na tradycyjny toast na szczycie moją wiśniową wódeczką ;). W tej radosnej atmosferze mija nam dobre 40 minut i zaczynamy zejście.

Na początku, gdy jest bardzo stromo, idziemy ostrożnie, ale później można pozwolić sobie na swobodne hasanie. Zaczyna doskwierać coraz większy upał – po mroźnej nocy przyszedł czas na rozbieranie się. Nie lubię schodzenia, więc narzucam sobie dość szybkie tempo, a raki zdejmuję dopiero niedaleko czarnego krzyża – myślę, że w dół idzie się w nich pewniej i szybciej. Zdejmując raki ściągam z siebie cieplejszą odzież, bo grzeje okrutnie i nawet w krótkim rękawku upał daje się we znaki, a słońce oślepia nawet przez okulary. Już o 10 godz. jestem przy namiotach. W chwilę później dociera reszta ekipy. Jesteśmy w doskonałych nastrojach i postanawiamy jeszcze dziś zejść do Gergeti lub nawet do Stephantsminda. Kilka dni wcześniej wydawało mi się, że to absolutny hardcore, ale teraz mając do wyboru jeszcze jeden nocleg w tym śmietniku lub zejście do zielonej doliny – wybieramy zejście. Niestety pogoda pogarsza się gwałtownie. Z upału przechodzi w ulewę i opady śniegu. Chwilę odpoczywamy, robimy solidny posiłek – namioty wysychają, więc szybkie pakowanie i znów musimy schować się do kuchni bo leje. Po godz. 15 przejaśnia się, więc schodzimy na lodowiec i dalej w dół. Trochę nas jeszcze moczy po drodze, a chmury nie nastrajają optymistycznie, ale im niżej tym cieplej jednak. Jest niedziela i w górę do schroniska podąża wielu wspinaczy. Spotykamy też sporo rodaków.

Po 17 jesteśmy przy kościółku – rozważamy możliwość rozbicia tutaj namiotów, ale są głosy, żeby zejść do miasteczka i wynająć kwaterę, gdzie będzie można zażyć ciepłej kąpieli…, w końcu ten wariant wygrywa. Janusz znów pakuje do swojego auta nasze plecaki i razem z Asią zjeżdżają w dół, dwóch Pawłów postanawiać tutaj rozbić namiot, a ja z pozostałą częścią ekipy, schodzimy do Kazbeki. Jesteśmy już nieźle zmęczeni i głodni, ale zejście nie powinno nam zająć więcej niż max. 30 min. Okazuje się jednak, że zajęło znacznie więcej czasu…

Schodząc natrafiamy na ucztę gruzińską czyli suprę! W lesie, przy źródełku widzimy biesiadujących ludzi. Schodzę pierwszy, więc już mi przemknęło przez myśl, że pewnie nas tak spokojnie nie przepuszczą… i rzeczywiście – zostajemy zaproszeni na wspólną biesiadę. Już częstują nas doskonałym winem, mięsiwem i wszelkiego rodzaju plackami. Głodny jestem jak wilk, więc nawet nie oponuję specjalnie. Wino dość szybko na mnie działa, bo na pusty żołądek i przy sporym zmęczeniu to nie trudne. Świetnie dogadujemy się z tamadą – czyli głównym szefem tego towarzystwa. To on wznosi toasty i nadaje ton całej suprze. Wypijam z nim co najmniej trzy bruderszafty, a pić trzeba do dna… ech wesoło było… - najadamy się do syta, bo pilnują żeby niczego nam nie zabrakło i ciągle dolewają wina, i nie wiem jak by to się wszystko skończyło, gdyby nie nagła ulewa. Pewnie biedna Asia czekałaby na nas z plecakami w miasteczku do rana, więc ulewa chyba uratowała nas przed takim scenariuszem. Chwilę jeszcze ucztujemy pod drzewami, ale pada ostro i impreza dobiega końca. Nieco skołowany idę w dół, ale humory nam dopisują. W końcu dochodzimy do niezbyt zadowolonej Asi i naszych plecaków. Janusz już wcześniej odjechał i Aśka musiała tu na nas czekać prawie dwie godziny.

Postanawiamy iść do kwatery, w której spaliśmy dwa lata wcześniej, czyli do Taliko. Dogadujemy się z nią, na 30 GEL za nocleg i dwa posiłki (obiad + śniadanie). U Taliko jest sporo miejsca – nie liczyłem dokładnie, ale chyba jest tu z 12 łóżek. Nareszcie możemy rozkoszować się gorącym natryskiem i miękkimi łóżkami. To był bardzo długi i męczący, ale piękny dzień – czas najwyższy odpocząć.

 

 
tuż przed wschodem słońca

podejście na szczyt







widok ze szczytu Kazbeka





i

toast na szczycie

na szczycie

zejście z Kazbeka
 

            14.07 - poniedziałek

(nicnierobienie; prawie cały dzień)

         Nie ma co opisywać. Po smacznym śniadaniu, które mamy o 9 idziemy na zakupy. Kupuję zimne piwo, trochę owoców i wracamy na kwaterę. Taliko użycza nam swojej pralki automatycznej, do której wrzucamy sporą stertę swoich ubrań – choć raz nie wrócę ze śmierdzącą zawartością plecaka :). Resztę dnia spędzamy głównie na graniu w kości, która to gra wzbudza sporo emocji. U Taliko jest swobodny dostęp do komputera stacjonarnego podłączonego do internetu.

 

 
na kwaterze u Taliko
 
 

            15.07 – wtorek

(Kazbebi – podejście pod Shino – Kazbegi; ok. 4,5 godz.)

           Wychodzimy ok. 10. Chciałbym zobaczyć kościół Tsminda Sameba na tle Kazbeka z przeciwległego zbocza doliny, czyli od strony wschodniej. Podchodzimy ścieżką, która wyprowadza nas na mały cmentarz. Tradycyjnie cmentarz jest zarośnięty chwastami. Grobowce, często z wygrawerowanymi w kamieniu postaciami, są ogrodzone. Ładny widok roztacza się z tego cmentarza…

Przed nami strome podejście. Tylko ja z Pawłem decydujemy się na wspinaczkę stromą połoniną. Zapału starcza nam do wysokości 2 300 m n.p.m. Tutaj siadamy na dobrą godzinę, ja pykam fajeczkę i delektuję się widokami, a Paweł kombinuje z aparatem fotograficznym.
      Szczyt Kazbeka jest trochę przesłonięty chmurami, ale sam wierzchołek widać dość dobrze. Cały masyw z tej perspektywy robi spore wrażenie – widok piękny dookoła.

Schodzimy do miasteczka i kupujemy kilka drobiazgów. Ja kupuję w sklepie monopolowym czaczę (jest tu znacznie taniej niż w Tbilisi) i 1,5 litrową butlę wina z myślą, żeby zabrać to do Polski. O pamiątki tu raczej trudno, więc skromne upominki postanawiam zakupić jutro w stolicy.

 

 
cmentarz w Kazbegi



widok na Kazbeka i miasteczko od wsch.
 

              16.07 – środa

(Kazbegi – Tbilisi - bus; ok. 3 godz.)

 
         
Cóż, czas na powrót z Gór. Rano pakujemy plecaki, żegnamy się z Taliko i idziemy na busa. Bilet kosztuje 10 GEL. Podróż drogą wojenną trwa ok. 3 godzin. Kierowca gna na złamanie karku - jakiś taki zły na cały świat... W Tbilisi upał trudny do wytrzymania. Docieramy do hostelu „U Iriny”, gdzie zostawiamy plecaki i idziemy, a później jedziemy metrem, na zakupy do centrum Tbilisi. Chyba nikomu nie chce się chodzić  w tym upale.
      Zależy mi na dotarciu do klimatycznej uliczki, odchodzącej od Placu Wolności (Freedom Square), przy której usytuowane są liczne, mniejsze i większe, sklepy z pamiątkami. Warto tu zaglądnąć, bo są tu zarówno wyroby rękodzieła,  setki – jak nie tysiące, reprodukcji większych i mniejszych ikon, najróżniejsza biżuteria i mnóstwo, mniej lub bardziej ciekawych rzeczy, typowych dla Gruzji jak i zwykłych kaszmarków, typowych dla takich sklepików. Uliczka nazywa się chyba Kote Afkhazi St.
       Kupuję kilka drobiazgów dla najbliższych i po chwili całą grupą wracamy do Iriny. Robimy sobie suty posiłek, tak aby starczyło nam na nocne oczekiwanie na samolot. Pozostały czas zabijamy grą w kości. Upał męczy okrutnie i trudno znaleźć sobie jakieś chłodniejsze miejsce. Przed 21 wychodzimy na autobus nr 37, którym, w okrutnym ścisku, docieramy do lotniska. Jest dopiero 22:30, więc do odlotu mamy jeszcze dużo czasu. Drzemiemy na sztucznej trawie pod schodami – jest tu nawet dość wygodnie, ale ja mam kłopot z zaśnięciem w tym hałasie i gwarze lotniska. Nareszcie na tablicy pojawia się nasz samolot – niestety mamy prawie godzinne opóźnienie. Wylatujemy dopiero o 6 rano.
     W Warszawie okazuje się, niestety, że Dominik poniósł największe straty podczas tego wyjazdu. Zaczęło się od straty termosu na przełęczy Atsunta, a teraz nie może znaleźć swoich butów trekkingowych - zostawił je na lotnisku w Tbilisi, mało tego, przy odbiorze plecaka Dominikowego czujemy silny zapach wina - niestety, butelka w plecaku została rozbita podczas przeładunku i cała zawartość wylała się do wnętrza - kolejna przykra strata. Dominik - moje współczucie!

Do Warszawy docieramy tego samego dnia, w którym Ruscy zestrzeliwują malezyjski samolot nad Ukrainą  - ginie prawie 300 osób – jakoś tak nieswojo poczułem się w domu, gdy to usłyszałem i zobaczyłem w wiadomościach.

 

 
Tbilisi - czekamy na autobus 37
 

           Podsumowanie

Wyjazd uważam za bardzo udany. Znów zachwycające widoki, przyroda, życzliwość i sympatia u spotykanych ludzi.  Udało się przejść zamierzoną trasę trekkingu oraz wejść na Kazbeka. Ekipa spisała się doskonale.

Na cały wyjazd wydałem: 800 zł bilet lotniczy + 260 $, które wymieniłem na lari w kantorze na lotnisku, zaraz po przylocie do Tbilisi.
Ubezpieczenie - wykupiłem w Ergo Hestia. Na trekking zwykłe turystyczne 60 zł, na Kazbeka z opcją "akcji w górach" 30 zł.

Ze sobą miałem sporo jedzenia, min. 4 liofilizaty, po dwie porcje makaronu, ryżu i kaszy (krótki czas gotowania, a makaron wystarczyło zalać wrzątkiem), trochę wędliny, pasztety i sporo słodyczy. Właściwie nie musiałem dokupować jedzenia na miejscu oprócz chleba, warzyw i owoców.

Sprzęt potrzebny na Kazbeka to raki i czekan, które miałem swoje.

Mapę wydrukowałem z internetu – trochę było z tym zabawy, ale jeśli ktoś potrzebuje, to udostępniam ją tutaj (trekking), tutaj (trasa na Kazbek) jest w skali 1:50 000. Ja wydrukowałem ją na ploterze, co i tak zajęło kilka arkuszy. Wyciąłem je i posklejałem. (otworzyłem plik w Paincie i wydrukowałem w skali 1:1)

Adres internetowy mapy on line tutaj.

Za pomocą Google maps i Google Earth wyszukałem charakterystyczne punkty na trasie i za pomocą aplikacji MapSource umieściłem je w swoim GPS-ie (Garmin etrex Vista). Metoda okazała się dość skuteczna i dokładna. Pliki do GPS-a z waypintami:

omalo_juta.gpx; omalo_juta_xp.gdb; Roshka.kml (wyświetli się w Google Earth); (linki kliknąć prawym myszki i wybrać opcję: "zapisz link jako")

Na wyjazd zabrałem ładowarkę solarną A-solar SunBooster AP-100, która skutecznie ładowała mi smartfona, GPS-a, a nawet akumulator w aparacie fotograficznym. Po drodze można liczyć na podładowanie prądowe takich urządzeń w prawie każdej mijanej miejscowości, a także w stacji meteo (wieczorem uruchamiają tam agregat prądotwórczy), więc od biedy można obejść się i bez ładowarki.

Sygnał GSM jest w każdej zamieszkałej miejscowości, a także przy stacji meteo od strony ubikacji.

Z miejscowymi dogadywałem się dość swobodnie po rosyjsku, młodsze osoby czasami już nie znały rosyjskiego, ale po angielsku dogadać się z nimi można było bez problemu.

Namiary na transport do Omalo: Gocha +995 599 278 647 (mitsubishi terenowe)
Kwatera u Taliko w Kazbegi: "Taliko" +995 557 111 138

Podczas trekkingu schudłem o dobre 5 kg ;).