Swanetia, trekkking po Swanetii, trekking w Gruzji, Kazbek jak wejść

 

Gruzja  2012 czyli wejście na Kazbek i trekking w Swanetii

17 lipca  – 4 sierpnia 2012 r.

Zdjęcia w galerii picasa: Gruzja 2012
zdjęcia w niniejszej relacji są autorstwa mojego, Kamili, Wojtka i Damiana
 

  zdjęcia otwierają się w osobnym oknie
 

Wstęp

    W jaki sposób wybrać cel podróży?, w jakie Góry pojechać? to nie są takie proste pytania jakby się z pozoru wydawało... jeśli ma to być wyjątkowa, jedna ważna wyprawa w roku. Nie ma wątpliwości, że wspaniałych Gór jest mnóstwo, marzeń również... . Niezapomniane wrażenie zrobiła na mnie książka przeczytana w dzieciństwie, a później ponownie kilka lat temu, autorstwa Wiktora Ostrowskiego "W skale i lodzie" - polecam każdemu! o wyprawie w Góry Kaukazu, w okresie międzywojennym, polskiej wyprawy wysokogórskiej. Po lekturze tej książki aż trudno nie marzyć o wyjeździe w przepiękny Kaukaz. Na pewno dużą pokusą jest zdobycie najwyższego szczytu Kaukazu - Elbrusa, ale jest to szczyt na terytorium Rosji, a jak na razie, nie mam ochoty na odwiedzanie tego kraju. Ponadto Gruzja od dawna "chodziła" mi po głowie - to wspaniały kraj, nie tylko ze względu na Góry, ale również ze względu na ludzi, przyrodę, historię.... i pewnie długo można byłoby jeszcze wymieniać. A Góry tam przecudne! No i w końcu to też inny kontynent - Azja.
    Niestety taka wyprawa wymaga trochę czasu, no i nie jest tania. W tym przypadku poświęciłem na nią prawie 3 tygodnie (wliczając dojazd). Koszt całkowity (bilety, wyżywienie itp.) ok. 2 200 zł. Na pewno można taniej, ale wcale nie tak łatwo do Gruzji dojechać. Co prawda, czasami można okazyjnie w promocji kupić bilet na samolot do Tbilisi, ale mnie się to nie udało :(, są i tacy, którzy dojeżdżają tam autostopem, pociągiem, samochodami itp. i kto wie, może następnym razem wybiorę się tam pociągiem...
    Najpierw był w lutym sms od Sławka, w którym pytał czy nie wybrałbym się z nim na Uszbę w Gruzji - od tego momentu zacząłem się szykować do wyjazdu. W planie miałem - jako jeden z głównych celów - wejście na Kazbeka 5047 m n.p.m. - jako aklimatyzacja przed próbą wejścia na Uszbę. Z biegiem czasu okazało się, że Sławek wycofał się z wyprawy, a mnie pozostało wyszukać kompanów do wspólnego wyjazdu. Tym razem udało mi się namówić na wyjazd Kamilę, a na forum internetowym www.kaukaz.pl poznałem Wojtka, który również szukał towarzystwa na Gruzińską wyprawę, Wojtek zaś poznał Damiana. Tak więc ekipa miała liczyć 4 osoby. Wstępnie ustaliliśmy, że zaczynamy od Tbilisi, później wejście na Kazbek i  treking w Górnej Swanetii. Noclegi głównie w namiotach. Przemieszczanie się komunikacją publiczną. Nosimy wszystko w plecakach na własnych plecach.
    Wyszukiwanie okazyjnego biletu lotniczego do Tbilisi nie przyniosło oczekiwanego efektu, w końcu wykupiłem bilet za 1300 zł Warszawa-Tbilisi z przesiadką w Kijowie (linie ukraińskie Aerosvit) w terminie 17 VII - 4 VIII.    

 

   
 

17 lipca (wtorek)

Warszawa - Kijów - Tbilisi

       Spotykam się rano z Kamilą na lotnisku na Okęciu. Mój plecak ma jednak sporą nadwagę - a tak się starałem! jednak sam sprzęt sporo waży (uprząż, kask, raki, czekan, namiot, kuchenka gazowo-benzynowa, żywność, ubrania, no i buty - bo zdecydowałem, że ze względu na bardzo długi czas lotu - 9 godzin czekania w Kijowie - ubieram sandały). Na szczęście Kamila ma zdecydowanie lżejszy bagaż, więc jednego buta i kilka innych rzeczy upycham w jej plecaku i mój plecak waży poniżej dopuszczalnej granicy 23 kg. W podręcznej torbie na ramię mam śpiwór, kurtkę puchową, aparat i kilka cięższych artykułów - do 8 kg. Odprawa przebiega spokojnie i bez stresu. Wcześniej zapakowałem plecak w duży foliowy worek i obwiązałem mocną linką - to tak dla pewności. Mam oczywiście stres - przesiadka w Kijowie - czy przypadkiem nasze bagaże nie powędrują gdzieś w świat?, no ale na to nie mamy żadnego wpływu. Czekamy na samolot i w końcu zajmujemy miejsca - odlatujemy o 1105 zgodnie z planem, szkoda tylko, że jest pochmurno i mgliście i niewiele widać - a w końcu jest to mój pierwszy lot samolotem (pomijam krótki lot małym samolotem w Lesznie). Jest trochę emocji, ale to tak, jak mniej więcej na kolejce górskiej w wesołym miasteczku :). Po półtorej godzinie lądujemy w Kijowie na lotnisku Boryspol. Mamy 9 godzin do odlotu. W kantorze wymieniamy trochę waluty na hrywny i jedziemy autobusem do centrum Kijowa. Upał jak w piecu. Dojazd do centrum zajmuje sporo czasu  - prawie godzinę.
     Oboje z Kamilą na Ukrainie już byliśmy, ale po raz pierwszy mamy okazję zwiedzić Kijów. Wędrujemy bardziej i mniej ruchliwymi ulicami, co przy panującym upale jest raczej mało przyjemne. Miasto nas nie zachwyca. W małą konsternację wprowadza pomnik Lenina na jednej z głównych ulic Kijowa.
     W końcu siadamy w parku przy fontannie, kupujemy jedzenie i spokojne obserwujemy jak toczy się życie w stolicy Ukrainy.  Dochodzimy do dworca centralnego i wracamy autobusem na lotnisko. Obserwujemy startujące samoloty i o 2215 - czasu miejscowego odlatujemy do Gruzji. Tym razem lot trwa ok. 2,5 godziny. Przed lądowaniem mamy okazję podziwiać jasno oświetloną stolicę Gruzji chyba w całej okazałości, bo samolot zatacza prawie krąg przed lądowaniem. Lotnisko jest raczej pustawe, o tej porze jest niewielki ruch samolotów. Idziemy po bagaże z niepokojem wypatrując na ruchomej taśmie swoich plecaków - uff, co za ulga - są! Idziemy do odprawy i wychodzimy z budynku lotniska. Umówiłem się z Wojtkiem, że poczekamy tutaj na niego - ma przylecieć za 4 godziny bezpośrednim lotem z Warszawy. Noc jest ciepła więc czekamy cierpliwie, przy okazji wymieniamy w kantorze na lotnisku (jest ich kilka czynnych całą dobę i ponoć tutaj jest najkorzystniej) dolary na lari. W sumie mam ok 200 lari (1 lari = 2 zł). Przylatuje opóźniony trochę samolot z Warszawy i w końcu poznajemy się z Wojtkiem. Wojtek załatwił noclegi w hostelu u Iriny, a także dojazd zamówionym u Iriny autem terenowym. Jesteśmy więc już we troje. Ładujemy się do pojazdu i jedziemy do hostelu. Za kurs płacimy po 10 lari i w końcu wchodzimy do zniszczonej kamienicy. Trzy  piętra do pokonania i jesteśmy u Iriny.
           Iryna przypomina trochę postać "Ojca chrzestnego". Zazwyczaj siedzi, można powiedzieć, niemal dostojnie, w swoim dużym fotelu, ogląda włączony na okrągło telewizor i zagaduje życzliwie do każdego. Kobieta sporych gabarytów, ale tyle ile masy tyle samo, albo jeszcze więcej, życzliwości. Bardzo sympatyczna! Lokujemy się w pokoju i nareszcie można iść spać (nocleg 20 lari od osoby - pokój 4 osobowy, do dyspozycji kuchnia i łazienka - standard przyzwoity).

 

 
Hostel  "U Iriny"
 

18 lipca - środa

(Tbilisi)

         Noc jest upalna, ale trudy podróży sprawiają, że zasypiam wsłuchany w odgłosy miasta dochodzące z szeroko otwartych okien.
          Ranek wita nas słońcem i już  na wstępie niezłym upałem. W kuchni zagadujemy do grupy Polaków. Pytamy gdzie byli, co zwiedzali. Mamy wrażenie, że u Iriny nocują sami Polacy. I chociaż miejsca tu sporo, może się zdarzyć, że będą wszystkie zajęte. Pocieszeniem może być fakt, że na tej samej ulicy znajdują się jeszcze co najmniej 3 inne hostele o podobnym standardzie i cenie, może jedynie nie tak klimatyczne.

            Postanawiamy całą środę poświęcić na zwiedzanie Tbilisi - w nocy ma do nas dołączyć, przylatujący z Polski, Damian. Najpierw spokojnym krokiem, z wielkim zaciekawieniem, wędrujemy ulicami w kierunku stacji metra. Idziemy drogą nieco okrężną, ale bardziej ruchliwą - że tak to określę - z większym gruzińskim kolorytem. (Żeby dojść do stacji metra najkrótszą drogą należy po wyjściu od Iryny skręcić w prawo, iść trzeba cały czas prosto, mijamy bazar, idziemy aż do wyraźnie głównej ulicy - szeroka, trudno ją przejść, następnie na tej ulicy skręcić w prawo - w górę, i po chwili zobaczymy duży gmach dworca kolejowego, a obok, również w dużym gmachu, jest stacja metra).
          Tbilisi położone jest w dolinie rzeki Kury (Mtkwari). Dookoła więc prawie piętrzą się wzgórza, na które wspinają się zabudowania stolicy. Stara zabudowa przeplata się z nowoczesnością, ale pierwsze wrażenie jest nieco posępne. Widzimy dużo zaniedbanych i  zniszczonych domów. Krzywe i dziurawe chodniki, niedbałość i brud..., ale ma to jakąś swoją magnesującą atmosferę.., takie typowe postsowieckie miasto, ale są liczne zakątki zachwycające swoim urokiem. Na ulicach co chwilę spotykamy sprzedawców owoców: brzoskwinie, śliwki, arbuzy, melony, pomidory itp. Jest gwarno, tłoczno, duży ruch samochodów. Na samochody trzeba bardzo uważać! Nie ma mowy, żeby jakieś auto zatrzymało się przed przejściem dla pieszych! Na początku - przedostanie  się na drugą stronę ulicy to istny akt odwagi - szczególnie dla Wojtka. Ale po niedługim czasie przyzwyczajamy się, że trzeba zręcznie kluczyć pomiędzy autami.
        Naszym pierwszym celem jest ulica Mickiewicza, gdzie znajduje się sklep turystyczny. Chcemy kupić kartusze z gazem. Jedziemy tam metrem. Należy w tym celu kupić plastikową kartę (w formacie karty kredytowej) w cenie 4 kari (jeśli zachowa się paragon zakupu, to później kartę tę można oddać i odzyskać pieniądze - kartę tę można doładowywać dowolną ilość razy - jeden przejazd to koszt 0,5 lari na osobę, przy czym można wykorzystać kartę dla dowolnej ilości osób). Dzięki życzliwości mijanych ludzi (fakt - Gruzini są bardzo życzliwi i pomocni - wystarczy stanąć bezradnie na chwilę, a natychmiast ktoś podchodzi i pyta w czym pomóc! doskonale przydaje się w Gruzji znajomość języka rosyjskiego, nigdy w życiu tak dużo się nie nagadałem po rosyjsku jak podczas tego wyjazdu) bez większych kłopotów trafiamy do sklepu. Zaskakują nas tu wysokie ceny. Katusz do campingaza kosztuje 25 lari (50 zł), no ale robimy zrzutkę i kupujemy 2 szt. Ja mam jeszcze palnik uniwersalny, który działa również na benzynę, więc w razie czego dokupi się benzynę. Obok sklepu jest mała knajpka, do której zachodzimy i fundujemy sobie tradycyjne danie - chinkali - czyli pierożki z mięsem. Całkiem niezłe, ale wbrew ogólnym zachwytom - kuchnia gruzińska mnie nie zachwyca, choć ją lubię. Popijamy gruzińskim winem i ruszamy do Iryny robiąc po drodze jeszcze drobne zakupy, między innymi kupujemy potężnego arbuza na bazarze. W hostelu zostawiamy zakupy i ruszamy pieszo na zwiedzanie miasta.

     Tym razem postanawiamy ruszyć pieszo w kierunku wyniosłej wieży telewizyjnej, która nocą jest ładnie oświetlona. Przechodzimy przez będący w remoncie most na Mtkwari i kluczymy po uliczkach stolicy. Staram się wchłonąć klimat miasta. Przyglądam się nie tylko architekturze, ale i ludziom, ruchowi, wsłuchuję się w odgłosy.
     Generalnie nie lubię miast, ale to jest na swój sposób egzotyczne, z imponującymi zabytkami, bardzo malownicze.. więc koniecznie trzeba je zwiedzić. Oczywiście nie mamy czasu na dokładniejsze zwiedzanie, jest to raczej spacer po mieście. Dochodzimy do wzgórza z największym kościołem całego Kaukazu - Cminda Sameba (Święta Trójca) - to bardzo charakterystyczna budowla w stolicy. Kościół ma współczesne wnętrze, natomiast bryła jest wiernym oddaniem stylu architektury starogruzińskiej. Ma wysokość 98 metrów, podziemna część sięga 14 m. W kompleksie cerkiewnym znajduje się 9 ołtarzy. Budowla pochodzi z lat 1998 - 2004.
        Spacer zajmuje nam sporo czasu. Do hostelu dochodzimy po 22. Część miasta świadomie zostawiamy sobie do zwiedzania na ostatni dzień pobytu - po powrocie z Gór.
      W nocy rozpętuje się piekielna burza. Leje deszcz, grad, wali piorunami. Na szczęście Damianowi udaje się szczęśliwie wylądować na ranem i dociera do naszej ekipy. Tak więc jesteśmy w komplecie.
           


Największy kościół Kaukazu
Cminda Sameba


Sprzedawcy owoców na ulicach Tibilisi

 

19 lipca – czwartek

            (Tblisi - Droga wojenna - Kazbegi (Stephantsminda) - Tziminała (2170 m n.p.m.) czyli przy Tsminda Sameba).

           Przepakowujemy plecaki. Mamy tę dogodność, że część bagażu możemy zostawić u Iryny i nie musimy wszystkiego dźwigać. Tak więc pakujemy w plecaki to co będzie nam potrzebne w zdobyciu Kazbeka, później mamy zamiar wrócić do Iryny i ruszyć na treking do Górnej Swanetii.
          Iryna nie może wyjść z podziwu jak możemy mieć takie wielkie plecaki. Martwi się naszymi planami, bo w nocy w Górach spadł śnieg, a na Uszbie zginęło kilku wspinaczy (w telewizorze właśnie była relacja o akcji ratowniczej w tamtym rejonie). Żeby nam nie był za zimno, obdarowuje nas litrową butelką fantastycznej czaczy, która rzeczywiście będzie nam skutecznie służyć w czasie górskiej wędrówki. Idziemy w upale do stacji metra, a stąd  jedziemy do stacji Didube. To tutaj znajduje się zatłoczony plac, z którego odjeżdżają busy w różne części kraju. Szukamy marszutki do Kazbegi, ale o to trzeba zapytać, bo tablice informacyjne są tylko w języku gruzińskim (alfabet - jego litery bardzo nam się podobają - jak to określił Wojtek - przypominają winogronka). Znajdujemy właściwego busa, ładujemy się tam z plecakami, co nie jest łatwą sztuką, bo kierowca chce maksymalnie załadować swój pojazd i w końcu ruszamy. Upał okrutny. Na szczęście (w odróżnieniu od Ukrainy) okna są szeroko otwarte i można dzięki temu oddychać i przeżyć podróż.
         Jedziemy malowniczą drogą wojenną, która po 130 km doprowadza nas do celu - Kazbegi czyli Stepancminda. Początkowo jest to gładka, równa szosa, ale w górach zamienia się w pełną wyrw i dziur drogę polną, by niżej znów zamienić się w miarę przyzwoitą drogę asfaltową. Uwaga na krowy!
         
Wysiadamy z busa i natychmiast otaczają nas miejscowi z propozycjami noclegu, transportu itp. Nasz plan jest jednak inny. Zamierzamy wejść na wzgórze Tziminała (2170 m n.p.m.). To właśnie tam znajduje się XIV-wieczny kościół  św. Trójcy (Tsminda Sameba). Jednocześnie jest to trasa w kierunku na nasz szczyt - Kazbek, który powinien być widoczny. Nie widzimy go jednak, bo Góry spowite są posępną mgłą. Dobrze, że chociaż widać malowniczy kościół na szczycie wzgórza górującego nad wioską.
           Pytam o stację benzynową, bo potrzebuję z litr benzyny do mojej maszynki. Okazuje się jednak, że stacja benzynowa jest z 2 km przed wsią. Uczynny Gruzin podwozi mnie zdezelowanym autem do czegoś co nazywa stacją benzynową, a tak w rzeczywistości jest wężem zawieszonym na siatce ogrodzeniowej obok rozsypującej się budki. Jednym słowem - stacja dla wtajemniczonych, bo absolutnie nie ma niczego co wskazywałoby na jej tu istnienie. (Gwoli ścisłości - nieco dalej, w trakcie budowy, jest nowoczesna stacja benzynowa, więc pewnie niedługo ta oryginalna - z wężem na siatce -  przestanie funkcjonować). Wracam do mojej ekipy i szukamy jakiegoś baru i sklepu. Obok mamy kiosk, w którym kupujemy mapę masywu Kazbeka (szkoda 10 lari - mapa jest bardziej szkicem, no ale zawsze to coś, bo nie mamy nic). Teraz ruszamy do wypożyczalni sprzętu turystycznego. Dopytujemy się o koszt wypożyczenia liny, a Kamila pyta o raki i czekan, bo nie zabrała swojego sprzętu. Okazuje się, że nie ma sensu wypożyczać sprzętu tutaj, bo na górze w stacji meteo (to już nie jest oczywiście stacja, tylko budynek po niej, a w nim schronisko - schron...) można wypożyczyć za podobne pieniądze, a przynajmniej nie trzeba tego dźwigać na lodowiec.
            Tuż obok jest mały bar, zamawiamy chinkali i w czasie jego przygotowania idziemy do sklepu żeby uzupełnić zapasy. Szacujemy nasz wypad na Kazbeka na ok. 4 dni, a w razie niepogody nawet do 7. Kupujemy chleby, trochę owoców (brzoskwinie, pomidory). W sklepie spotykamy małżeństwo z Polski z 5 letnim chłopcem. Okazuje się, że byli również pod Kazbekiem. Według ich relacji do szczytu zabrakło im niewiele, ale i tak nie możemy wyjść z podziwu, że wchodzili tam z tak małym dzieckiem. Mówią nam, że w drodze na szczyt nie ma szczelin i w sumie lina jest niekonieczna - super!, a trasa jest dość czytelna - oczywiście pod warunkiem sprzyjającej pogody. Podbudowani tymi wieściami idziemy na nasz obiad - najadamy się do granic nieprzyzwoitości i w końcu ruszamy w kierunku Kazbeka.
        Odrzucamy propozycje podwiezienia autem pod sam kościół, bo ceny maja tu słone, a poza tym, mamy sporo jeszcze czasu i wejście na wzgórze śmieje się do nas zachęcająco pomimo otaczającej Góry mgły.
      
   Przechodzimy przez mostek, później wchodzimy w uliczkę prowadzącą w górę pomiędzy zabudowaniami Stepancminda i trochę klucząc na skróty trafiamy na stromą ścieżkę prowadzącą na szczyt wzgórza. Po godzinie (z małą przerwą przy źródle) dochodzimy do sławnego kościoła św. Trójcy (Tsminda Sameba). Ścieżka wyprowadza nas tuż przy źródle z cudowną wodą (całe to miejsce jest bardzo czczone i święte dla Gruzinów). Nieopodal pasą się krowy, ale miejsce jest przecudne. Szkoda tylko że tego naszego Kazbeka nie widać, choć gdzieniegdzie prześwituje słońce.
         Miejsce wydaje się doskonałe na biwak. Zostawiamy plecaki i podchodzimy do samego kościoła. Tutaj okazuje się, że wejścia strzeże Gruzin, który nie pozwala wejść do środka w niewłaściwym stroju. Jest jednak na to sposób. Z boku świątyni jest wnęka, gdzie można ubrać szerokie sukienki na gumkach. Tak ubrany mogę wejść do wnętrza kościoła. Cała budowla jest położona niesamowicie malowniczo. Przecudny widok na Góry i dolinę. No i ten wiek kościoła. Robi wrażenie! Kościół i usytuowana obok dzwonnica zbudowano z dużych kamiennych bloków. Otoczone są murem. Gdy tak kontemplujemy wewnątrz murów, ktoś pyta nas, czy tam niżej przypadkiem nie są nasze rzeczy, bo krowy wyjadają coś z plecaków! - jasne, że nasze! gnamy co sił w nogach, żeby ratować nasze zapasy, ale jest już za późno! właśnie na naszych oczach krowa dojada ostatni bochenek chleba. Oby was nigdy nie wydojono! oprócz chleba zżarły nam brzoskwinie.
      Miny mamy nietęgie - pal licho brzoskwinie, ale bez chleba raczej się nie da. Damian poczuwa się  do winy (bo to on niósł główne zapasy chleba) i postanawia na lekko wrócić do miasta i ponownie dokonać zakupów pieczywa. Kurcze - tyle energii na marne przez krasule!. Udaje się jednak wybrać wariant bardziej przyjazny - obok nas zatrzymuje się Gruzin w mocno sfatygowanym Ułazie - opowiadamy o krowach złodziejkach, no i Damian ma już transport do miasta, powrót z resztą też. Tak więc dzięki życzliwości ludzi, udało się w miarę bezboleśnie uzupełnić prowiant.
      Okazuje się, że miejsce obok źródła jest na tyle niezwykłe, a wręcz święte, dla Gruzinów, że nie można tutaj rozbić namiotów - trochę szkoda, bo cudny stąd widok. Przenosimy się z 300 metrów dalej, niedaleko  kępy brzózek i tam rozbijamy obóz (czyli dwa namioty). Niestety, nawet to miejsce nie ustrzegło sie sterty śmieci - szkoda.
       Kazbek w dalszym ciągu jest w chmurach, a po przeciwnej stronie widzimy fantastyczną grań sięgającą 4 000 m n.p.m. Wstępuje w nas nadzieja, że może jutro jednak pogoda będzie bardziej dla nas łaskawa.
     Robi się chłodno, a miejsce jest idealne do rozpalenia ogniska. Co prawda trochę mało drzewa, ale udaje się rozpalić niewielkie ognisko, no i nareszcie robi się klimatycznie i tak bardziej górsko.

           

 
Droga Wojenna

 

 

 

 

 


stacja benzynowa

 


kościół w Kazbegi

 


Pierwszy biwak przy
Tsminda Sameba

 

20 lipca – piątek

            (Tsminda Sameba - przed lodowcem Ortsveri)

         Plan jest taki, żeby dojść nawet do stacji meteo, ale nie za wszelką cenę - zobaczymy co dzień przyniesie. Budzę się o 6 czasu miejscowego (u nas w PL jest 4). Natychmiast wychylam głowę z namiotu żeby sprawdzić jaka pogoda i czy widać nasz szczyt. Aż mnie przytyka z wrażenia! Nad nami majestatycznie góruje błyszczący w słońcu szczyt Kazbeka. Nasze namioty są jeszcze w cieniu potężnej grani na wschodzie, ale Kazbek, oświetlony jak główny aktor w teatrze, zachwyca swoją dostojnością. Dookoła soczystą zielenią rozpościerają się fantastyczne połoniny, popękane skalnymi ostrogami, a z tej zieleni wyrasta skalno-lodowy szczyt Kazbeka. Już chciałoby się tam iść, bo jest tak na wyciągnięcie ręki. Podrywam, swoim zachwyconym wrzaskiem, towarzystwo i już wszyscy razem podziwiamy ten fantastyczny widok.
        Kilka minut po 8 wychodzimy w trasę. Droga jest doskonale widoczna. Z prawdziwą rozkoszą podążamy w kierunku przełęczy na wyniosłej grani zielonej połoniny. Idziemy w słońcu, mając z jednej strony błyszczący szczyt Kazbeka, a za sobą coraz bardziej oddalający się kościół, który wygląda niesamowicie na tle potężnej grani i doliny. Idziemy pełni werwy i zapału po trawach wyniosłej hali, ciągle zachwycając się widokami. Nie spieszymy się w tej wędrówce, bo aż szkoda byłoby zbyt szybko wędrować w tym miejscu... - zbaczamy nieco z wydeptanej drogi i idziemy bardziej granią połoniny (choć to droga dłuższa i bardziej energochłonna), ale za to mamy widok na Kazbeka i dolinę tuż przy nim, no i w ogóle więcej widać z tej perspektywy - warto.
       Kilkanaście minut po 11 docieramy do przełęczy. Jest tutaj krzyż - kapliczka ułożona z kamieni. Widać też dalszą część naszej trasy, już nie tak połoninną. Widać więcej głazów, kamieni. Kazbek zaczyna zasłaniać się chmurami, ale widać doskonale lodowiec, a nawet mikroskopijną stację meteo. Kontemplujemy widoki i po dobrej godzinie podążamy na drugą stronę przełęczy, żegnając się z przecudną zielenią połonin i widokiem na kościół na tle Gór.
       Dochodzimy do rzeki. Jej wygląd wzbudza grozę. To nie woda, lecz pędzący w dół potok brązowo-brunatnego błota. Strach byłoby w to wpaść. Z oposów wiem, że należy przejść tę rzekę i że im wyżej tym łatwiej o dogodne miejsce na przeprawę. Nic bardziej mylnego! Rzuciło nas trochę za wysoko, ale nie chcąc tracić wysokości idziemy wyżej licząc, że znajdziemy miejsce na przeskoczenie na drugi brzeg (trochę poniżej - jak później się okazało - jest miejsce, w którym przeskoczenie na drugi brzeg nie sprawia specjalnych trudności nawet z ciężkim plecakiem).  Kluczymy pomiędzy głazami, mozolnie pnąc się w górę, ale jest tylko gorzej. Koryto rzeki się zwęża, a nurt staje się bardziej rwisty, ale my nie dajemy z wygraną i ciągle idziemy w górę po lewej stronie błotnego strumienia. W końcu dochodzimy do rozwidlenia. Na lewo mamy mniejszy strumień, który wypływa z pola śnieżnego, a na prawo szalejącą błotem rzekę. Przy czym zrobiło się tak stromo, że dalsza wędrówka tą stroną doliny nie ma sensu. Niestety - próby przejścia z ciężkimi plecakami na drugą stronę kończą się niepowodzeniem. Próbujemy zorganizować sami przeprawę. Wrzucamy do wody potężne głazy, ale siła nurtu porywa je jak małe kamyki. Aleśmy się wpakowali! Co prawda możemy zejść niżej, ale szkoda nam wysokości i nie chce się nam znów kluczyć wśród głazów. Spoglądamy na zegarki, na widoki, na miejsce w którym jesteśmy i decydujemy, że w sumie to możemy tutaj przenocować, a bardzo wcześnie rano pewnie woda będzie miała niższy poziom, to uda nam się w końcu przeskoczyć rzekę.
       Jest ok. 16 gdy mamy już rozbite namioty na małej platformie w widłach strumieni. Słońce przygrzewa, a Kazbek znów odsłania cały swój majestatyczny szczyt. Tak więc miejsce jest fantastyczne. Z lewego strumienia woda jest czysta i można dogadzać sobie kulinarnie, a także zażyć kąpieli (co prawda woda wypływa z pola śnieżnego więc nieźle orzeźwia:). No to mamy znów czas na wchłanianie Gór na spokojnie, przy fajeczce i rozmowach. A tym czasem ośnieżony szczyt Kazbeka zabarwia się na czerwono zachodzącym słońcem i znów mamy spektakl zapierający dech w piersiach.

 

 
ranek pod Kazbekiem

ruszamy w kierunku lodowca

widok na
Tsminda Sameba

na przełęczy z widokiem na Kazbek

błotna rzeka

obóz u podnóża lodowca

Kazbek w zachodzącym słońcu
 

21 lipca – sobota

            (przed lodowcem Ortsveri - stacja meteo Betlemi Hut 3652 m n.p.m)

         Trochę po 5 rano zrywamy się na nogi. Pogoda znów fantastyczna, a Kazbek wita nas czerwonawym blaskiem wschodzącego słońca. To ta dobra wiadomość, zła jest taka, że poziom wody prawie wcale się nie obniżył :(.
Zwijamy jednak namioty i szukamy najdogodniejszego miejsca na przeprawę. Wojtek ma zdecydowanie najlepszą skoczność i w pewnym miejscu przeskakuje bulgoczące błoto. Decydujemy, że właśnie w tym miejscu razem z Damianem przerzucimy, na zasadzie wahadła, nasze plecaki - Wojtek będzie je chwytać po drugiej stronie, a później już na lekko damy radę przeskoczyć na drugi brzeg. 1-2-3 i plecaki fruwają nad szalonym błotnym strumieniem, mały włos a Damian wpadłby do rzeki przy zamachu, no ale skończyło się na niegroźnym obsunięciu do wody.
              Niestety, okazuje się, że Damian ma jakąś niezaleczoną kontuzję kręgosłupa i po nocy, na niezbyt równym podłożu, nie czuje się na siłach, aby dalej z nami kontynuować wędrówkę na szczyt. Postanawia, że zejdzie na dół i pozwiedza trochę inne regiony Gruzji (pojedzie nad Morze Czarne m.in. do Batumi), a później spotkamy się w Górnej Swanetii w Mesti (stolicy regionu)
              Z poczuciem ulgi, że w końcu jesteśmy po właściwej stronie strumienia, pniemy się po stromych piargach i natrafiamy na ścieżkę w kierunku lodowca. Fantastycznie idzie się o tak wczesnej porze w kierunku szczytu. Co prawda przeciwległą grań spowija mgiełka ograniczając widoczność, ale powietrze jest rześkie, a słońce i widniejący na tle błękitnego nieba Kazbek, rozgrzewa nasze nastroje.
              Trochę za długo trzymamy się lewej strony moreny. Wędrówka staje się coraz trudniejsza. Pod rumoszem skalnym zalega czysty lód i łatwo o upadek, bo kamienie obsuwają się wraz z nogami po lodzie. Gdy robi się już bardzo mało przyjemnie, stromo i ślisko (czekan nie pomaga) wycofujemy się niżej. Przekraczamy groźnie wyglądającą szczelinę i wchodzimy na lodowiec. Na początku jest kilka szczelin, ale nie tak trudno je ominąć lub przeskoczyć. Teraz kierujemy się na wprost widocznego schroniska (dawna stacja meteo). Lodowiec jest gładki, gdzieniegdzie trzeba uważać na niewielkie raczej szczeliny. Idzie się całkiem łatwo, po ukosie ze stosunkowo niewielkim nachyleniem. Idziemy bez raków - nie są konieczne. Zastanawiamy się z Kamilą i Wojtkiem, z której strony skalnej grzędy jest podejście do schroniska. Na wprost się nie da, bo jest stroma skała.
             Znów za długo trzymamy się naszego kursu na wprost. Niepotrzebnie wchodzimy na kopczastą morenę, w której aż roi się od szczelin. Trochę bezradnie kluczymy w tym labiryncie kamieni i lodu, ale z góry otrzymujemy pomoc. Ktoś przy schronisku zauważył nasze błądzenie i krzyczą do nas, którędy należy iść. Niby OK. ale wskazywany przez nich kierunek zagradza nam potężna szczelina. Stajemy zdezorientowani, ale widzimy, że z góry biegnie dwóch chłopaków i po chwili są już niedaleko nas i pokazują nam drogę. Dziękujemy im serdecznie - znów możemy przekonać się jak życzliwi są Gruzini. Okazuje się, że należało po lodowcu wejść wyżej, ponad strome piargi moreny bocznej i dopiero wówczas kierować się do schroniska. Wówczas wystarczy przeskoczyć tylko jedną szczelinę i już bezpiecznie idzie się po skalno-piarżystym zboczu dość stromo na grzędę ze schroniskiem.
             Krótko po dwunastej jesteśmy przy wielkim gmachu schroniska. Wokół, wśród głazów, rozbitych jest sporo namiotów. Wybieramy miejsce bezpośrednio przy skałkach, niedaleko ścieżki "wejściowej" na wypłaszczenie przy schronisku - mamy stąd fantastyczny widok na lodowiec, dolinę i grań przeciwną, a także na przedwierzchołek Kazbeka. Pomimo noclegu w namiocie należy się zameldować w schronisku. Okazuje się, że za namiot trzeba zapłacić 10 lari za dobę. W pomieszczeniu schroniska nocleg kosztuje 10 lari za osobę na noc. Do dyspozycji jest kuchnia z kranem (nocą i rano woda może nie lecieć, bo zamarza), jest nawet dostępna kuchenka gazowa. Na dobrą sprawę, gdyby ktoś przyszedł bez prowiantu, to z pozostawionych tu przez turystów rzeczy mógłby spokojne sobie przygotować niezły obiad. No i pogadać można tutaj z różnymi ludźmi. Spotykamy więc Polaków, Gruzinów, Ukraińców, Rosjan. Miejsce biwaku pozwala nam również obserwować kto przychodzi z dołu do schroniska i kto schodzi na dół. Częściej są to jednak osoby wchodzące na lekko. Czyli tacy, którzy wynajmują miejscowego przewodnika z koniem. No ale taka przyjemność to koszt ok 100 $ od osoby.
             Mamy sporo czasu na przygotowanie posiłku, na pogawędki, a przede wszystkim na wchłanianie groźnego majestatu tych Gór. Co chwilę słychać łoskot schodzących żlebami małych lawin. Wokół skalne i lśniące w słońcu lodowe szczyty. W dole zieleń doliny. Jest cudnie. Wyszukuję miejsce dobrze nasłonecznione i trochę wśród skał - tu mniej wieje i jest ciepło, choć w cieniu czuje się chłód. W końcu to
3652 m n.p.m. Pykam fajeczkę rozkoszując się chwilą... jest niesamowicie. W głowie kołacze się myśl o wejściu w śnieżny świat powyżej 5 tyś. metrów. Czuję, że jestem w samym sercu Gór.
           Niestety, pogoda wyraźnie się psuje. Noc wita nas chmurami i deszczem. Z żalem chowamy się do namiotów chroniąc się przed padającym coraz mocniej deszczem i śniegiem. Opatulam się ciepłym śpiworem z niepokojem wsłuchując w szarpany wiatrem tropik - czy Kazbek dopuści nas na swój wierzchołek?

           

 
schronisko pod Kazbekirm

 



wchodzimy na lodowiec

 



Kazbek i jego lodowiec

 



biwak przy schronisku

 


kuchnia w schronisku

 

22 lipca – niedziela

            (stacja meteo Betlemi Hut 3652 m n.p.m plateau lodowca pod Kazbekiem ok. 4 200 m n.p.m.)

         Budzę się nasłuchując odgłosów z zewnątrz. Co za ulga, nie pada. Doliny opanowała mgła, ale nad nami dostrzec można nawet czasami błękit nieba. Nie ma więc co się zastanawiać - idziemy na rekonesans w kierunku szczytu, tak aby w nocy łatwiej było się zorientować w terenie i żeby złapać trochę więcej aklimatyzacji. Okazuje się jednak, że Wojtek miał ciężką noc. Miał sensacje żołądkowe i nie czuje się dobrze. Twierdzi, że mu coś zaszkodziło, ale wg mnie jest to problem z wysokością. Kamila narzeka na ból głowy. Ja czuję się dobrze i mam wielką ochotę na szybkie wyjście w górę. Po naradzie decydujemy, że jednak idziemy w kierunku szczytu tak długo jak siły, czas i warunki pozwolą i wrócimy do namiotów. Mamy nadzieję, że w ten sposób uda nam się bardziej zaaklimatyzować na wysokości.
         Kilka minut po 9 ruszamy wyraźną ścieżką w kierunku Kazbeka. Idziemy w 5 osób. Oprócz mnie, Kamili i Wojtka idzie jeszcze, poznana wczoraj, para Polaków: Hania i Paweł (sympatyczni studenci, przyjechali do Gruzji autostopem). Idziemy trochę skalistym, trochę piarżystym trawersem. Pogoda napawa optymizmem, choć czasami otaczają nas mgły. Stopniowo zdobywamy wysokość i dochodzimy do białego krzyża. Tutaj zatrzymujemy się na chwilę wśród skał i kamieni. Piękny stąd widok! szkoda, że w dolinach mgły. W dole widzimy pokaźny budynek naszego schroniska przypominający lotniskowiec. Widzimy nawet maluteńkie punkciki naszych namiotów. Po prawej (patrząc w dół) mamy widok na spływające strome cielsko lodowca. Ruszamy dalej. Ścieżka prowadzi nas pomiędzy wielkimi kamieniami, po śniegu i piargu, aż dochodzimy (po ok. 20 min. od białego krzyża) do niepozornego czarnego krzyża. Po chwili mamy już pod stopami więcej śniegu i lodu. Mamy też problem z orientacją. Generalnie wiemy jak iść, ale możemy wybrać wariant bardziej na prawo, na wprost lub nieco bliżej lewej. Wybieramy bardziej z prawej, ale chyba łatwiej byłoby jednak na wprost, bardziej środkiem doliny. Teraz dopiero zaczyna się jazda. Najpaskudniejsza część drogi: strumyki, śnieg, szczeliny i usypane stromo na lodowcu stożki kamieni, głazów i całego rumoszu skalnego z ukrytymi i przysypanymi szczelinami. Można się w tym pogubić. Kluczymy w tym labiryncie stromych, śliskich i wrednych kopczyków, gór kamieni i lodu, aż w końcu wychodzimy ok. godz.  14 na, w miarę czysty, lodowiec. Po naszej prawej stronie ciągle wznosi się bardzo stroma skalno-lodowa grań z której, z częstotliwością niemal karabinu maszynowego, spadają mniejsze i większe skalne pociski. Ma to związek z coraz wyższą temperaturą. Rzeczywiście jest coraz cieplej. Niebo staje się błękitne i słońce ostro przygrzewa. Trzymamy się w miarę w bezpiecznej odległości od bombardującej grani, ale czasami energia spadających kamieni sprawia, że mam obawy czy przypadkiem nas nie dosięgną. Idziemy bez dodatkowego sprzętu. W sumie na tym etapie nie potrzebne są ani raki, ani czekan. Lina i kask w ogóle nie są konieczne przy wejściu na Kazbeka.
        Śnieg staje coraz bardziej mokry i grząski. Co prawda podejście nie jest zbyt strome, ale zapadanie się w śniegu po kolana staje się żmudne i mało atrakcyjne. Wojtkowi dokucza ciągle żołądek, jest osłabiony i tak szacunek dla niego wielki, że dotarł na taką wysokość. Docieramy prawie do pierwszego plateau. W sumie orientacja w terenie jest dość prosta. Dobrze widać wydeptaną w śniegu ścieżkę prowadzącą na szczyt. Po drodze spotykamy kilka osób, które wracają ze szczytu. Gratulujemy im serdecznie i pytamy o szczegóły. W końcu decydujemy, że na dziś wystarczy podejścia - szkoda przemoczyć buty - do nocy na pewno nie zdążą wyschnąć, a to w końcu będzie najważniejsza wędrówka - bo na szczyt. Wracamy.
         Przy namiotach szykujemy obiad i przygotowujemy się do nocnego ataku szczytowego. Wojtek w dalszym ciągu ma kłopoty żołądkowe i postanawia, że jutro rano zejdzie, z kilkoma osobami poznanymi tutaj, do doliny. Wygląda na to, że na szczyt będziemy szli w 4 osoby.  Wieczorem dogadujemy się jeszcze z grupą Ukraińców, którzy również idą na szczyt. Ok. 22 idziemy spać.

           

 
Biały krzyż


Czarny krzyż


zdradliwa morena


"bombardująca" grań


blisko plateau

 

23 lipca – poniedziałek

            (stacja meteo Betlemi Hut 3652 m n.p.m – Kazbek 5 047 m n.p.m. – stacja meteo Betlemi Hut 3652 m n.p.m)

Już po pierwszej w nocy rozpoczyna się ruch. My również wstajemy. Mimo, że się nie chce jeść, wmuszam w siebie paskudną kaszkę z różnymi bakaliami. Do termosu wlewam gorącą herbatę, a do camelbaka wodę z jakimiś witaminami. Camelbaka zakładam pod goretexa, dopiero na to zakładam plecak. Bardzo skuteczny patent - ani woda, ani rurka nie zamarzły. Kamila jakoś długo się zbiera. Wszyscy już wyszli, a my jeszcze ciągle jeszcze jakoś nie. Okazuje się, że Kamila walczy ze sobą. Bardzo dokucza jej ból głowy i w ogóle złe samopoczucie. W końcu wychodzimy. Jest ciemno okrutnie, ale nad nami błyszczą gwiazdy. Daje to nadzieję na przychylną pogodę. Trochę przyduszam tempo marszu - początek nie jest trudny, no i znamy go z wczorajszego spaceru. Zatrzymuję się przy białym krzyżu i czekam na Kamilę, Hanię i Pawła. Kamila jest bardzo zawiedziona, ale jednak rezygnuje z dalszej wędrówki. Myślę, że to dobra decyzja - nie na sensu na siłę pchać się w górę, skoro już teraz ma kłopoty z oddychaniem. Na szczęście do namiotów nie jest daleko i Kamila może spokojnie i bezpiecznie zejść do bazy, a rano z Wojtkiem zejdzie do miasteczka Stephantsminda - czyli Kazbegi.
          Teraz więc idziemy w trójkę. Narzucamy dość szybkie tempo i wkrótce doganiamy dwie grupy, które wyszły przed nami. Zastajemy je, gdy przed wrednymi kopczykami i górkami z lodu i kamieni wiążą się linami. Oni idą z przewodnikami, ale nie martwi nas to zbytnio. Dobrze zmrożony śnieg trzyma świetnie. Tym razem idziemy zdecydowanie dalej od prawej grani i jakoś udaje nam się nawet mniej kluczyć pomiędzy tymi spiętrzonymi kopcami ze szczelinami. Z ulgą wychodzimy na śnieg lodowca. Idziemy dobrze widoczną, wydeptaną ścieżką - idzie się fantastycznie. Czuję silny mróz - myślę, że było dobrze poniżej -10 stopni. Tempo mamy świetne i również samopoczucie. Niebo zaczyna przybierać kolory wschodu słońca... - który to już magiczny wschód słońca w drodze na szczyt? za każdym razem to uczucie pełne wzruszenia i zachwytu. Staram się to zapamiętać, wryć w swoją pamięć. Uwieczniam to robiąc zdjęcia, ale to przecież nie tylko obraz, to głównie stan ducha, uczucia, myśli....
          Docieramy do plateau, w dole majaczą sylwetki dwóch grup, wiją się świetlistym wężem swoich czołówek. W górze już bieleją oświetlone słońcem szczyty. Teraz łagodnym łukiem skręcamy w prawo, omijamy wielką i dobrze widoczną szczelinę i zaczyna się ostre podejście na szczyt. Zakładam raki, wydobywam czekan, bo stok robi się poważnie stromy. Śnieg trzyma dobrze i można piąć się w górę, w kierunku błękitnego nieba. Zaczynam odczuwać coraz bardziej wysokość. Moje tempo wyraźnie spada. Hanka z Pawłem są przede mną. Zakładam sobie, że nie ma sensu się spieszyć, tym bardziej, że widoki stają się coraz bardziej przestrzenne. Przystaję więc co kilka kroków, zachwycam się... i pomalutku pnę się w górę. W dolinach zalega gęsta mgła, ale to co powyżej ok. 4 tyś. metrów, majestatycznie góruje nad śnieżnymi polami, skałami i chmurami. W dali, na Pd-zach - widnieje najwyższy szczyt Kaukazu - Elbrus. Czuję już wyraźne zmęczenie, ale w końcu docieram do górnego plateau. Jest to właściwie przełęcz pomiędzy Małym a właściwym Kazbekiem. Jest ok. 9. - czyli ok. siedem godzin wędrówki za mną.
           Odpoczywam z ulgą na przełęczy w pełnym słońcu i ze wspaniałymi widokami. Podejście z tego miejsca na sam szczyt Kazbeka, niby bliskie, ale jest potężnym wyzwaniem. Lśniąca w słońcu, stroma biała czapa. Przez moment zastanawiam się, czy nie odpuścić sobie tego wysiłku, ale wiem, że żałowałbym tego do końca życia! choćby na kolanach, ale tam się wdrapię!. Próbuję coś zjeść, bo czuję osłabienie i głód, ale baton z trudem przechodzi mi przez gardło. Na siłę coś tam przełykam, popijam gorącą herbatą i ruszam. Pomalutku, krok po kroku, zdobywam tę szklaną górę. Choć ciężko, ale już czuję, że za chwilę będę na szczycie! i w końcu jest! dochodzę do grupy Ukraińców, do Hanki i Pawła. Gratulujemy sobie ściskając serdecznie.
        Znów jestem niesamowicie wzruszony, trudno powstrzymać łzę.... Jestem na 5 047 m n.p.m. mam fantastyczną pogodę, pełnia słońca na błękitnym niebie i całą panoramę na wszystkie strony świata! Jest godzina 10. Rozglądam się w zachwycie - zapominam o zmęczeniu. Doskonale widać, że w pobliżu nie ma nic wyższego. Niesamowite uczucie - satysfakcji, radości, ulgi... drgające struny w ludzkim sercu...
       Robię mnóstwo zdjęć, kręcąc się w kółko. Robimy też zdjęcia grupowe i w przeróżnych konfiguracjach. Wszyscy są roześmiani, radośni, pełne braterstwo na szczycie.
         Z żalem zaczynam zejście. Jeszcze na chwilę zatrzymuję się na przełęczy i szybkim krokiem wracam po wydeptanych śladach w dół. Zaczyna doskwierać niezły upał. Dochodzę do dolnego plateau nieźle upocony. W końcu mogę zdjąć raki i przebieram się na lekko. Byłoby całkiem nieźle, gdyby nie to, że zaczynam zapadać się w rozmiękłym śniegu, czasami nawet powyżej kolan. Strasznie to uciążliwe. Zaczynam odczuwać niezłe zmęczenie. Niestety, przede mną jeszcze najgorszy fragment drogi - te cholerne skalno-kamienne-lodowe pagórki ze szczelinami. Wszędzie płynie woda, lodowiec topi się jak masło na patelni. Nie ustrzegłem się kilku wywrotek - to zapewne wynik zmęczenia. W końcu docieram w mokrych już butach do czarnego krzyża, później białego i nareszcie, po prawie 12 godzinach, jestem przy swoim namiocie. Pogoda w dalszym ciągu jest doskonała. Przy schronisku jest sygnał GSM, udaje mi się wysłać kilka sms-ów oraz chwilę porozmawiać z żoną.
          Zjadam nareszcie szybki obiad z liofila i mogę wyciągnąć się beztrosko w namiocie. Chwilę zastanawiam się, czy nie pokusić się o zejście w dolinę, ale odczuwam zbyt duże zmęczenie, i najzwyczajniej nie chce mi się ruszać. Zostawiam to sobie na jutrzejszy dzień. W końcu i tak mam niezwykłe szczęście - wszystko ułożyło się pięknie - pogoda, widoki, samopoczucie. Szkoda tylko, że Kamila i Wojtek nie zobaczyli z wierzchołka tego wszystkiego..., cóż może będzie jeszcze okazja jakoś to sobie zrekompensować w przyszłości.
        

 
wschód słońca podczas podejścia na Kazbek


ostatni odcinek podejścia - kopuła szczytowa Kazbeka


na szczycie z Hanią


na szczycie z grupą Ukraińców


widok ze szczytu w dolinę


widok ze szczytu w kierunku Elbrusa

 

24 lipca – wtorek

(stacja meteo Betlemi Hut 3652 m n.p.mKazbegi (Stephantsminda))

Budzę się rano. Nie spieszę się zbytnio. Dzisiaj schodzę tylko do miasteczka. A tu cudna pogoda. Zwijam spokojnie namiot. Jeszcze raz rozglądam się uważnie wokół całej bazy, jeszcze raz zachwycam się fantastycznymi widokami, które dzisiaj są chyba najbardziej przestrzenne, bo nad głową czysty błękit nieba i słoneczko grzeje. Któryś raz pstrykam fotki dookoła. W końcu idę uregulować rachunek za rozbicie namiotu, żegnam się z obsługą schroniska i zaczynam zejście. Jest bardzo ciepło i lodowiec cały "płynie". Zejście nie sprawia większych kłopotów - w takich warunkach, to prawie spacer w dół. Docieram do niemiło wspominanego błotnego strumienia. Tym razem trzymam się wyraźnie wydeptanej ścieżki, ale i tak nie mam pewności, czy trafię na dogodną przeprawę. Siadam na chwilę przed strumieniem i obserwuję, jak wracający z konikiem miejscowy chłopak przeprawi się na drugą stronę. Niestety, nie na wiele mi się do zdało. Chłopak próbuje przeskoczyć po kamieniach, ale źle trafia i po pas prawie ląduje w błotnistej kipieli. Trzyma jednak wodze konia, więc udaje mu się szybko wydostać i, z niezbyt cenzuralnymi pewnie słowami na ustach, idzie dalej. Wyszukuję najwęższego miejsca i udaje mi się, z plecakiem na plecach, bezpiecznie przeskoczyć na drugą stronę - nie było tak źle.
         Nareszcie wkraczam w zieloność połoniny. Upał doskwiera coraz mocniej, a zejście jest długie i strome. Znów widzę jeden z najbardziej znanych  symboli Gruzji - przecudny obrazek - kościół Tsminda Sameba na tle Gór. Trochę poniżej przełęczy urządzam sobie dłuższy postój na wypalenie fajki. Miejsce wymarzone na pykanie i kontemplację. Za mną ośnieżony szczyt Kazbeka na tle błękitnego nieba, przede mną rozległa, zielona dolina z kościółkiem na tle przeciwległej, wysokiej grani. Po dobrej godzinie idę dalej. Krótki przystanek przy tryskającym źródle przy kościele i na skróty, prosto w dół do Kazbegi. Jeszcze przejście obok małego, zarośniętego cmentarzyka i ok. 15 jestem w centrum. Upał okrutny.
         Mimo dość wygórowanej ceny, kupuję zimne piwo w barze, obiad i jeszcze jedno piwo. Gawędzę z kilkoma Polakami o naszych doświadczeniach z pobytu w tym przecudnym kraju. Po godzinie przyjeżdżają na rowerach Kamila i Wojtek. Na szczęście ich dolegliwości minęły wraz z zejściem na dół. Wypożyczyli rowery w pobliskiej wypożyczalni i zrobili sobie wycieczkę na granicę z Rosją i okolicę. Są zachwyceni trasą i widokami. Znaleźli kwaterę za 13 lari od osoby. Idziemy więc wyboistymi uliczkami rozglądając się ciekawie, aż dochodzimy do Guest House "Taliko" - czyli naszej kwatery (Taliko to chyba imię właścicielki, nazwisko to Kazalikashvili - jest nawet tutaj dostęp do internetu). Ni to wieś, ni to miasteczko. Tu kury, tam świnie i bydło. Akurat przy naszej kwaterze dorodna maciora ułożyła się prawie na środku ulicy - ponoć to stały element tej drogi.
         Dom jest dość duży. W naszym pokoju upchanych jest z 6  łóżek, ale są tu jeszcze 2 inne pokoje. Mamy dostęp do łazienki z prysznicem. Trochę to wszystko sklecone byle jak, ale i tak jestem zachwycony ciepłym natryskiem. Mimo różnych niedociągnięć, to niewątpliwie, co do jednego nie ma żadnych zastrzeżeń - widok z wąskiego tarasu jest fantastyczny! Przed nami otwiera się rozległy, przecudowny widok na cały masyw Kazbeka, a przed nim, na stromym wzgórzu widnieje kościół Tsminda Sameba. Zajadamy kupionego wcześniej arbuza i wymieniamy się naszymi wrażeniami z ostatnich dni.
         Postanawiamy jutro rano wypożyczyć na cały dzień rowery i zrobić sobie wycieczkę do Juta w dolinie Sno (ok. 25 km w jedną stronę).
         Bardzo miło jest zasnąć w pościeli na łóżku - co za komfort.

 

 
widok na Tsminda Sameba podczas zejścia z Kazbeka do Kazbegi

 


kwatera "U Taliko"

 


widok z kwatery Taliko na Kazbek przy wschodzącym słońcu

 

25 lipca – środa

 (Kazbegi (Stephantsminda) - Juta -  (Kazbegi (Stephantsminda)) - wycieczka rowerowa

Budzę się bardzo wcześnie - przed szóstą. Wychodzę na zewnątrz i widok zapiera mi dech. Szczyt Kazbeka oświetlony wschodzącym słońcem. Kamila i Wojtek podrywają się również na nogi i chłoną widok. Zapowiada się fantastyczny dzień.
        Na śniadanie przydałby się świeży chleb..., wychodzę na poszukiwanie sklepu, po drodze pytam przechodzącą osobę gdzie tu można kupić chleb i zostaję skierowany do pobliskiej piekarni - zapach już z daleka powoduje, że czuję się jeszcze bardziej głodny. Kupuję gorący chleb, wracam na kwaterę, szybkie śniadanie, wrzucam coś do prawie pustego plecaka na drogę (rowery nie mają bagażnika ani żadnych sakw) i ruszamy do wypożyczalni. Wybieramy trzy rowery typu "górskie" - wyglądają dość solidnie. Jako wyposażenie dodatkowe otrzymujemy komplet naprawczy (pompka, łatki i klej + jakieś klucze) i ruszamy w kierunku Sno.
           Jedzie się fantastycznie - całkiem niezła droga, no a widoki takie, że szyja boli od ciągłego kręcenia głowa na wszystkie strony. Za nami fantastyczny Kazbek, przed nami długa, zielona dolina ze stromymi zboczami połonin - istna bajka. Dojeżdżamy do Sno. Z daleka już widzimy malowniczą wieżę w środku miejscowości. Podjeżdżamy pod nią. Wieża wybudowana jest na skale. Zostawiamy rowery i pniemy się ścieżką na górę. Okazuje się, że można bez przeszkód wejść na czubek wieży. Korzystamy oczywiście z tej okazji. Wcale nie jest łatwo przecisnąć się w wąskich otworach pomiędzy kondygnacjami wieży, ale udaje się wspiąć na jej szczyt. Podziwiamy widoki roztaczające się z wieży. Sama wieża jest zadbana i przygotowana do zwiedzania - wstęp wolny. Schodzimy i ruszamy dalej. Nasza droga wije się przy płynącej wartko rzece, możemy więc od czasu do czasu przepłukać spocone czoła, bo pogoda sprzyja nadzwyczajnie. Ciągle z zachwytem rozglądam się  dookoła, w myślach chodzę po otaczających nas szczytach zastanawiając się jakie stamtąd są widoki i jak przebiegałaby wędrówka granią stromych połonin.
         Ok. 11 jesteśmy przed Juta - przed nami wije się stroma droga do wioski, która wciśnięta jest w zieloną dolinę, pełną szumu płynących strumieni i rozkołysanych traw. Musimy prowadzić rowery, co w upale jest dość żmudne, ale po drodze mijamy urokliwe źródło. Bardzo zadziwia nas fakt, że do tak odległej od cywilizacji małej miejscowości, doprowadzony jest gaz ziemny. Co prawda cała ta infrastruktura (rury gazowe, linia elektryczna) są w stanie jakby agonalnym - powykrzywiane, jak po kataklizmie, ale działa! Widzimy, że Juta zaczyna dostrzegać możliwości rozwoju, bo zaraz na początku wsi powstaje duży pensjonat. Cóż, co prawda droga się tu kończy (droga przez ostatnie kilka kilometrów to bardziej polny trakt), ale w niedalekim tle fantastycznie górują szczyty o wysokości ponad 3800 m n.p.m. Juta jest więc fantastycznie położoną miejscowością - widoki bajkowe!
         Czujemy już spory głód i rozglądamy się, czy nie udałoby się czegoś tu zjeść. Pozdrawiamy koszącego niedaleko Gruzina o możliwość kupienia czegoś do jedzenia - nawiązujemy, jak tu często - rozmowę. Niestety nie ma tu sklepu ani baru, ale zostajemy zaproszeni do domu gościnnego Gruzina. Po chwili na stole pojawiają się najróżniejsze smakołyki, które wręcz pochłaniamy. Jest jajecznica, naleśniki, miód, pomidory, chaczapuri..., smakuje doskonale! najadamy się do syta, że aż trudno się nam ruszyć. Trochę rozmawiamy z rodziną zamieszkującą tutaj. Okazuje się, że nie mieszkają tutaj na stałe - przyjeżdżają z Tblisi na wakacje. Wokół nas kręci się mała, śliczna dziewczynka - ma 6 lat, trochę się nas wstydzi, ale ciekawość jest silniejsza i bawi się z nami. Częstujemy ją słodyczami. Po uczcie pytamy ile mamy zapłacić za gościnę, bo zjedliśmy na prawdę dużo. Widać, że pytanie ich trochę krępuje i odpowiadają, że według naszego uznania. Każdy z nas wyciąga po 5 lari - myślę, że to godziwa zapłata.
        Po prawie dwóch godzinach żegnamy się serdecznie i postanawiamy wspiąć się ścieżką po połoninie w kierunku majestatycznych skalnych szczytów - gdzieś tam ma być malownicze górskie jezioro. Wędrujemy wśród traw połonin pnąc się w górę - idziemy wzdłuż strumienia, ale połonina ciągnie się hen i raczej nie mamy szans, aby dojść do wspomnianego jeziora. Po niecałej godzinie zawracamy i schodzimy do rowerów - czas na powrót. Tym razem mamy z górki, trochę mamy kłopoty z hamulcami w naszych rowerach, ale udaje się szczęśliwie zjechać do Step
hantsminda.
       Jest dopiero ok. 16, więc postanawiamy trochę zwiedzić miasteczko. Objeżdżamy je z Wojtkiem rowerami, a w końcu serwujemy sobie po lodzie i oddajemy rowery. Koszt całodziennego wypożyczenia roweru to 20 lari od sztuki.

 

 
jedziemy do doliny Sno

wieża w Sno

w wieży

w dolinie Sno

w dolinie Sno

w dolinie Sno

w dolinie Sno

tuż przed Juta

Juta

Gruzińska dziewczynka

obiad u gościnnych Gruzinów

wychodzimy ponad Juta
 

26 lipca - czwartek

 (Kazbegi (Stephantsminda)) – Tbilisi – Zugdidi - Mestia)

         Wstajemy wczesnym rankiem. Musimy szybko zjeść śniadanie, spakować się i złapać busa do Tbilisi. Schodzimy do centrum, ale okazuje się, że jest problem ze zmieszczeniem się w trójkę w busie. Zostajemy więc czekając na następny. Tym razem mieścimy się, co prawda z trudem, ale jakoś się upychamy z naszymi plecarami. Żal opuszczać ten region - na pewno jest tu mnóstwo możliwości trekingownia z zapierającymi dech widokami - chyba trzeba będzie tu wrócić w przyszłości - ale teraz chcemy dotrzeć do Swanetii, aby zobaczyć sławne wieże i najwyższy szczyt Gruzjii - Szcharę.
         Docieramy do dworca Didube, a stąd metrem do stacji Vagzlis Moedani (tuż obok głównego dworca kolejowego). Szukamy informacji o busach odjeżdżających do Zugdidi - jest za godzinę! Lecimy więc, sapiąc w upale, do Iryny. Wpadamy, witamy się, szukamy swoich maneli, przepakowujemy plecaki zostawiając to czego nie będziemy potrzebować podczas trekingu (raki, kaski, kurtkę puchową itp.). Dopakowujemy jedzenie i ruszamy z powrotem pod dworzec centralny, gdzie czeka już prawie zapełniony bus. Kupujemy bilety do Zugdidi po 15 lari od głowy i ruszamy w kilkugodzinny, lepki od gorączki i duchoty kurs. Dojeżdżamy na granicę z Abchazją, tutaj wysiadają prawie wszyscy, w busie zostajemy w trójkę i jeszcze dwoje młodych gości, jeden z RPA, a drugi chyba Belg. Ich bagaże są bardzo skromne, myślę, że bardziej liczą na swoje "magic plastick card". Oni też chcą dostać się do Mestii. Kierowca busa informuje nas, że do Mestii już dziś nic nie jedzie i może nas za 500 lari tam zawieźć. Cena jest dla nas zaporowa, ale negocjacje niewiele dają - wysadza więc nas przy dworcu kolejowym, a jednocześnie autobusowym w Zugdidi.
        Rzeczywiście - nie mamy dziś już żadnego połączenia do Mestii. Postanawiamy przenocować na dworcu do następnego dnia, aby rano ruszyć pierwszym busem, ale niespodziewanie zjawia się taksiarz i proponuje nam kurs za 100 lari. Pomimo że jest nas 5 osób, a do tego 3 spore plecaki pakujemy się do jego opla astry kombi. Ja mam ten komfort, że siedzę obok kierowcy, a pozostała czwórka jedzie w ścisku na tylnej kanapie. Zadecydowały o tym trochę moje gabaryty, ale przede wszystkim z całej grupki to ja najsprawniej władam j. rosyjskim, który teraz przydaje się rewelacyjnie. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że znajomość tego języka tak mi się przyda (wyjazdy na Ukrainę, ale w Gruzji nagadałem się po rosyjsku jak nigdy wcześniej).
       Taksówkarz ostro pędzi swoją astrą po krętych drogach, a urwiska są takie, że można mieć obawy o swoje życie. Szczególnie przeżywa to Wojtek, prosi mnie, abym kierowcy przekazał, że my się niegdzie nie spieszymy. Gruzin uspakaja nas mówiąc, że trasę zna doskonale, bo był kierowcą autobusu i codziennie jeździł przez kilka lat tę trasą... - no i po ponad 3 godzinach wyścigu i jednym postoju po drodze przy rwącej rzece - szczęśliwie docieramy do centrum Mestii.
       Jest już ciemno, po godzinie 22. W centrum jest jeszcze spory gwar. W parku siedzą liczni ludzie, podobnie jak w knajpkach - popijają piwo i życie toczy się jak w typowym wczasowym mieście. Nie za bardzo mamy ochotę na wędrówkę poza miasto w celu znalezienia miejsca na rozbicie namiotów, a nie mamy zamiaru wydawać kasy na kwaterę. Zaglądamy przez murek na podwórko tuż przy samym rynku i podoba nam się miejsce, które według nas jest bardzo dogodne na rozstawienie 2 namiotów. Wchodzimy, pukamy i pytamy, czy można się rozbić, ale przy okazji czy jest możliwość skorzystania z łazienki i wody. Kobieta zgadza się za 5 lari od głowy - super! Możemy się nareszcie wykąpać w gorącej wodzie pod natryskiem - cały dzień w upale i podróży umęczył nas okrutnie. Szykujemy kolację i wychodzimy za bramkę na mały spacer po rynku i okolicy. Wokół rynku widać wytężone prace budowlane i remontowe. Wygląda na to, że już nie długo Mestia stanie się kurortem turystycznym - fakt ma ku temu jak najlepsze warunki, bo miasto jest na pewien sposób magiczne. Wciśnięte w dolinę pomiędzy malowniczymi grzbietami gór, z niesamowitymi wieżami (chyba jest ich tu ze sto!) w tle wysokie, ośnieżone szczyty w tym sławna skalista Uszba. Centrum - czyli rynek z parkiem w środku, wokół którego dość dobrze komponuje się nowoczesna i tradycyjna zabudowa. No i nie można zapomnieć, że funkcjonuje tu lotnisko. Tak, Mestia zapewne skazana jest na los naszego Zakopanego, ale póki co można jeszcze, na szczęście, rozbić namiot w centrum za murkiem.
         Nareszcie można odpocząć po długim dniu w swoim śpiworze - noc jest bardzo ciepła.
        

 
uliczka w Kazbegi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


w Mestii - centrum


biwak w Mestii

 

 

27 lipca – piątek

(Mestia - przełęcz w kierunku do Adishi)

Wstajemy przed ósmą rano. Słońce już zaczyna przygrzewać. Bardzo ciekawy jestem jakie widoki są wokół, bo wieczorem było zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Wyskakuję z namiotu i oczywiście wpadam w zachwyt, bo nad nami górują szczyty - najpierw te strome zielone, a za nimi skaliste i ośnieżone. W planie mamy spotkanie z Damianem (z którym rozstaliśmy się przed Kazbekiem) i dalszą wspólną wędrówkę Górami do Ushguli do podnóża Skhary (5068 m n.p.m. - najwyższego szczytu Gruzji).
           Zwiedzamy Mestię. Jak wspomniałem wyżej, jest tu z setka wież, które wyrastają z zabudowań, wspinają się po stromych zboczach i ciągną się wzdłuż całej doliny. W centrum wre praca remnotowo-budowlana, jest spory ruch i gwar. Kamila z Wojtkiem bardziej dociekliwie zwiedzają różne zakamarki miejscowości, ja zaś siadam w cieniu parkowych drzew, niedaleko tryskającego w centrum parku wodopoju, i pykam fajeczkę rozglądając się uważnie na toczące się życie. Właśnie niedaleko posterunku policji odbywa się egzamin na prawo jazdy - nie wygląda zbyt skomplikowanie - kilka pachołków, przy których trzeba zaparkować przodem i tyłem. W parku zbiera się coraz więcej ludzi, noszą flagi, głośno dyskutują, niektórzy się kłócą - o co tu chodzi? W końcu dowiaduję się, że dzisiaj po południu ma tu przylecieć sam prezydent Gruzji Sakaszwili. Ma to związek z wielkim świętem religijnym, które przypada na jutro - św. Kwiryka.
         Damian jakoś nie dociera, pomimo zapewnień że jest w drodze. Upał atakuje nas nieznośnie, gęstnieje tłum, chałas, demonstracje, policja... - mamy tego serdecznie dość! Postanawiamy ruszyć w trasę w trójkę, a w razie czego Damian będzie łapał nas po drodze.
        Ok. 16 zarzucamy plecaki i ruszamy na przełęcz. Na początku widzimy nawet szkalkowskaz z czerwonymi znakami, ale nie cieszymy się długo tymi znakami - giną po kilkudziesięciu metrach i mamy kłopot z orientacją, którędy iść. Trochę mylimy drogę, zawracamy - dopytujemy się o szlak miejscowych, ale nie wiedzą, dopiero jakiś dziadek wskazuje nam właściwy kierunek. Pomału zdobywamy wysokość i możemy podziwiać okolicę. Mestię położoną w dolinie i potężne szczyty wokół z opadającymi lodowcami, no i niesamowicie malowniczą i sławną Uszbą, na której co roku giną dziesiątki wspinaczy. Niestety widoczność ograniczają zbierające się ciemne chmury, zaczyna grzmieć i spadają na nas pierwsze krople deszczu, a grzmoty przewalają się nad naszymi głowami. Szybko wydobywamy odpowiednie ubrania i pałatki na plecaki. Czekamy aż burza przejdzie i rzeczywiście po kilkunastu minutach ulewa przechodzi w niewielki deszcz, a grzmoty cichną. Idziemy dalej, choć wcale nie mamy pewności, że idziemy dobrze. Wychodzimy na stromą łąkę i widzimy zbliżającego się samotnego turystę. Okazuje się, że to gruziński turysta. Wskazuje dokąd iść, a nawet ofiaruje nam swoją mapę, bo to co mamy to bardziej szkic niż mapa. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Musimy iść ostro w górę, ale zanim to robimy schodzimy poprzez gęste zarośla i strome zbocze nad rzekę żeby uzupełnić zapasy wody, bo wyżej nie ma szans na jej uzupełnienie. Woda ma szalenie rwisty nurt i jest dość mętna - wypływa z lodowca, ale nie mamy wyboru i nabieramy ile tylko jesteśmy w stanie. Wracamy na ścieżkę w górę i posuwamy się w kierunku przełęczy, której jeszcze nie widzimy bo poruszamy się w lesie. Po kilku trawersach wychodzimy na fantastyczną, szeroką, trawiastą przełęcz. Z jednej strony Mestia, Uszba i cała ściana skalistych  i ośnieżonych szczytów, a z drugiej olbrzymia zielona dolina z rozsianymi osadami, z kamiennymi wieżami, a pond nią oczywiście korona gór: strzeliste zielone połoniny, a dalej skaliste i rażące jasnością śnieżnej bieli szczyty sięgające 5 tyś. m n.p.m. Czy można wymarzyć sobie bardziej malownicze miejsce na biwak? Szkoda tylko, że nie ma tu jakiegoś źródła, czy strumyka.
       Po godz. 21 mamy rozbite namioty i rozpalone ognisko. W dole gdzieniegdzie widać oświetlone domy, nad nami rozgwieżdżone niebo, a koło nas małe stadko pasących się koni. Ot - takie klimaty. Siedzimy dość długo przy ognisku, trochę śpiewamy, trochę rozważamy co nam przyniosą następne dni. Wznosimy toast czaczą, którą otrzymaliśmy jeszcze od Iryny.

 

 
rynek w Mestii

 

 

 

 

 


widok na Mestię

 

 

 


Uszba w chmurach

 

28 lipca – sobota

(przełęcz nad Mestią - Kakhiri - Zhamushi - Cholashi - Chvabiani - Adishi) )

Zrywam się krótko po szóstej, gnany ciekawością jakież to widoki są dookoła przy wschodzącym słońcu. Tak naprawdę dopiero teraz doskonale widać Uszbę w całej okazałości, bo do tej pory cały czas jej szczyt spowity był chmurami. Teraz jednak pyszni się dumnie na tle niebieskiego nieba, z resztą nie tylko Uszba! Widok zapiera (nie pierwszy i nie ostatni raz) dech w piersiach. Latam z aparatem z jednego krańca polany na drugi i staram się uwiecznić te obrazy. Kamila i Wojtek idą w moje ślady. W końcu robimy śniadanie, a głowa mi się kręci na boki żeby zapamiętać i wchłonąć te niesamowite krajobrazy.
         Krótko po godz. 9 opuszczamy przełęcz i schodzimy w kierunku miejscowości poniżej. Trzymamy się dość wyraźnej, polnej drogi. Nie idziemy prosto w dół, tylko trawersujemy zbocze doliny. Przechodzimy niedaleko kilku zabudowań. W jednym z nich prosimy o wodę i chwilkę rozmawiamy. Zostajemy przyjęci sympatycznie. Tutaj też jest wieża kamienna, ale jej stan raczej nie zachęca do zwiedzania. Uzupełniamy zapasy wody i w coraz większym upale zmierzamy ku następnej wiosce. Idziemy zakurzoną drogą schodząc do dna doliny. Po drodze mijamy sklepik - można kupić słodycze, chleb. Przechodzimy po moście przez rzekę na drugą stronę doliny i zaczynamy podejście na strome zbocze. Początkowo prowadzi nas wyraźna droga, późnie ścieżka, a w końcu gubimy się w gęstych zaroślach i wśród drzew. Idziemy na wyczucie, ale po krótkim czasie ponownie trafiamy na ścieżkę. Pot leje się z nas litrami, bo upał nie słabnie, a plecaki ważą jakby coraz więcej, no i ciągle pniemy się w górę. Na szczęście natrafiamy na cudowny, zimny strumień i z rozkoszą robimy dłuższy popas na widokowej polanie. Mamy ciągle widok na Uszbę i wyniosłe, niebosiężne połoniny. Cóż, jeśli chcemy dotrzeć do Adishi to ta błoga chwila nie może trwać zbyt długo. Z żalem zbieramy się i znów pniemy mozolnie w górę. Jest już po godz. 15, a my do celu mamy jeszcze spory kawał drogi. Nasz ścieżka znów ginie wśród gęstych zarośli rododendronów. Na Ukrainie chodzi się po pas wśród krzaków jagód, tutaj do pasa sięga gęsty kobierzec rododendronów. Wygląda to niesamowicie - już sobie wyobrażam jak musi tu wyglądać wiosną, gdy kwitną, ale chodzi się w tym fatalnie. Drapią spocone nogi, bo mamy oczywiście krótkie spodenki. Idziemy zdeterminowani "na  krechę" w kierunku wierzchołka zbocza, w tle wynurza się ośnieżona, niemal idealna piramida, Tetnuldi. Natrafiamy na jakąś śladową ścieżkę i w końcu wychodzimy na drogę.
      Widok z niej dostarcza kolejnej porcji zachwytu i uniesienia niemal. Nie za bardzo wiemy którędy teraz mamy iść. Wybieramy jedną z polnych dróg, ale w tym czasie przejeżdża niedaleko nas terenowe auto (lada niva) i nawiązujemy rozmowę - pytamy o drogę. Okazuje się, że kierunek jest dobry, według słów przejezdnych do wioski mamy już bardzo blisko, tak z 2, 3 km. No to luzik!
         .....na usta już mi się cisną przekleństwa! mija godzina solidnego marszu, a wiochy nie ma! Już jesteśmy nieźle wymęczeni i z całą pewnością przeszliśmy ponad 4 km, bo tempo mamy całkiem niezłe, a po drugie jest lekko z górki nawet, więc co jest z tą wioską? Na pewno idziemy dobrą drogą, bo co jakiś czas znów pojawiają się czerwone znaki szlaku. Wkurzony już jestem nieźle, ale nareszcie po 1,5 godzinie marszu od spotkania na drodze, widzimy niesamowicie malowniczy widok. Mała wioska jakby przyklejona do zbocza potężnej góry. Kamienne budynki i wieże. Jak z innej epoki. Obraz kojarzy mi się z Machu Piccu w Peru (tak jak zapamiętałem ze zdjęć).
       Już widzę, że z rozbiciem namiotów może być problem, bo znalezienie tam w miarę płaskiego skrawka wydaje się mało prawdopodobne. No ale ulga, że w końcu doszliśmy. Dochodzę do wniosku, że na wschodzie ludzie mierzą odległości i czas jakimiś innymi miarami, te ich godziny i kilometry koniecznie trzeba mnożyć co najmniej razy dwa. Wchodzimy do Adishi. Już na wstępie dostajemy propozycję noclegu na kwaterze, ale cena jest jakaś kosmiczna. Nie po to targamy namioty, żeby teraz płacić za kwatery. Jedzenia też mamy sporo więc dziękujemy i pytamy gdzie można rozbić namioty. Jakiś chłopak mówi, że  200 metrów  za wioską jest polana i tam można. Znów naiwnie uwierzyłem! Przeciskamy się obok schodzących do wioski krów, ja jakoś tak już ledwo powłóczę nogami. To oczywiste, że idziemy co najmniej dobry kilometr zanim znajdujemy w miarę dogodne miejsce na rozbicie obozu. No ale mamy piękne, malownicze miejsce obok ruin wieży tuż obok sporego potoku.
          Zrobiła się prawie 9 godzina wieczorem - czyli cała trasa zajęła nam prawie 12 godzin w upale - niezła wyrypa. Na domiar złego zbiera się na burzę. Grzmi, a niebo rozświetlają potężne błyskawice. Na szczęście nie dzieje się to bezpośrednio nad nami, więc staramy się szybko ustawić w zapadających ciemnościach namioty i w końcu coś ugotować. Trochę pokropiło, ale burza w całej swojej grozie, oświetlając sąsiednie szczyty przeszła bokiem. Mamy więc czas na kąpiel i małe pranie nawet. Nie mamy już sił na ognisko. Z olbrzymią ulgą wciskam się w swój śpiwór.        

 

 
widok z przełęczy na Uszbę i Mestię

ranek na przełęczy

śniadanie z Uszbą w tle

dolina do której zmierzamy

Widok na Zhamushi

odpoczynek z widokiem na Uszbę

podejście wśród rododendronów na przełęcz

Tetnuldi

w drodze do Adishi

Adishi

Wojtek na tle Adishi

Adishi
 

29 lipca – niedziela

(Adishi - przeł. Chkhunderi 2722 - dolina rzeki Khaldeschala)

Wstajemy krótko po siódmej. Niebo znów jest pogodne, więc szykujemy się do wymarszu. W pewnym momencie widzimy zbliżającego się gościa. Proponuje nam transport na przełęcz swoim koniem. Twierdzi, że stan rzeki jest taki, że nie damy rady przeprawić się przez nią, a on nas przewiezie koniem. Trochę się targujemy i zgadzamy się na jego propozycję. Chce 50 lari. Stwierdzamy, że jest niedziela, znów żar leje się z nieba, znów musimy piąć się w górę doliny, więc w sumie możemy sobie na taki luksus pozwolić. Swan zaprasza mnie do siebie do domu. Chcę kupić świeży chleb i wino. Idę więc za Gruzinem do wsi. Większość domów tutaj nie nastraja optymistycznie. Wyglądają niewiele lepiej niż te średniowieczne kamienne wieże. Sprawiają wrażenie skleconych z tego co akurat pod ręką. Dom naszego przewodnika jest w nieco lepszym stanie. W środku zaskakuje ładem i przestronnością. Poznaję rodzinę gospodarza i zostaję poczęstowany serem, chlebem, fantastycznym winem. Gospodarz pokazuje mi na piętrze przygotowywane przez niego pokoje gościnne dla turystów, a także całkiem przyzwoitą łazienkę. Mają tu ludzie zmysł do interesów. Dla mnie cena, którą chce brać za udzielanie noclegów jest zbyt wysoka (o ile pamiętam to 50 lari, ale z wyżywieniem - czyli na nasze 100 zł).
         Wracam z winem, chlebami i serem do namiotów - zapłaciłem 5 lari. Wino jest doskonałe, a świeży chleb na śniadanie wzmaga apetyt. Umówiłem się z naszym Swanem że przyjdzie za godzinę. Przychodzi nawet wcześniej. Częstuję go resztką naszej czaczy. No i zostajemy kumplami. Już wiem, że jak przyjadę następnym razem, to nocleg i wyżywienie mam u niego bezpłatnie. W głowie mi trochę szumi, bo wino i czacza zrobiły swoje. W porywie serca darowuję gościowi mój dość pokaźny nóż, który od lat ze sobą wożę na górskie wędrówki.
       W końcu jesteśmy gotowi do drogi. Nasze plecaki wędrują na konika, ani koń ani jego właściciel nie sądzili chyba, że to będzie takie ciężkie. Idziemy więc na lekko rozmawiając z przewodnikiem. Okazuje się, że przyjeżdża tu tylko latem, a zimę spędza w Tbilisi.
       Po drodze wstępujemy do niepozornej cerkwi. Ze słów Swana wynika, że jest to miejsce darzone szczególną czcią. Przychodzą tu ludzie, którzy mają kłopoty z doczekaniem się potomstwa. Wystarczy więc tutaj się pomodlić i za 9 miesięcy na pewno rodzi się synek lub córeczka. Działa niezawodnie! a nie jakieś tam sztuczne in vitro.
       Idziemy brzegiem lodowcowej rzeki. Rzeczywiście jej nurt jest niepokojąco bystry i przeprawa na drugą stronę byłaby bardzo kłopotliwa. Podchodzimy lewym brzegiem dość blisko opadającego, potężnego lodowca. Tutaj spotykamy jeszcze jednego Swana na koniu - to znajomy naszego. Na dwóch koniach przeprawiamy się na drugą stronę. Woda sięga brzucha konia, ten potyka się, ale szczęśliwie przedostaje się na drugi brzeg - uff, nasze plecaki są suche. My mamy tyko zmoczone nogi, ale frajda jest niezła. Tutaj żegnamy się z naszym znajomym, trochę jestem niepocieszony, bo początkowo miał nas przetransportować aż na przełęcz, a tu już się żegna. Nie spieramy się jednak. Ścieżka jest wyraźna, a na przełęcz droga nie wydaje się aż tak bardzo długa. Poza tym, nasz konik chyba miał już dość dźwigania. Zakładamy buty (bo wcześniej szliśmy sobie na luzaka w sandałkach), zarzucamy plecaki i ruszamy na przełęcz. Widoki otwierają się coraz bardziej niesamowite. Góry otaczające dolinę to niesamowite, zielone kwitnące połoniny przekraczające 3 tyś. m n.p.m. Na końcu doliny zaś usadowił się potężny szczyt Janghitau 5 058 m n.p.m. z którego spływa potrzaskany lodowiec, dający początek rzece, którą właśnie przekroczyliśmy. Mozolnie zdobywamy wysokość, mamy wejść na przełęcz Chkhunderi o wysokości 2 722 m n.p.m. i jest to ciągle jeszcze połonina. Robi się okrutnie duszno, na domiar złego całymi chmarami atakują nas gryzące muchy. Z niepokojem spoglądam nie niebo. Robi się niewesoło. Prawie ze wszystkich stron napływają ciemne chmury i wygląda na to, że czeka nas niezła ulewa.
        O godzinie 13:45 jesteśmy na przełęczy. Strasznie szkoda, że najwyższe szczyty toną w chmurach. Teraz jednak nie mamy czasu na dywagacje, bo zaczyna grzmieć i kropić. Zgodnie ze wskazówkami naszego Swana kierujemy się w prawo dość wyraźną drogą. Po chwili zakładamy ubrania przeciwdeszczowe bo zaczyna padać coraz bardziej. Jakoś nie pasuje mi ta droga... - powinniśmy raczej schodzić, a tu jakoś ciągle droga prowadzi nas w górę. Mój wysokościomierz w zegarku wskazuje, że jesteśmy powyżej 3 tyś. m m.p.m., a w dole widzimy wyraźną ścieżkę w dolinę. Decydujemy się na powrót i trochę na skróty schodzimy ostro w dół. Tymczasem leje już na dobre i walą pioruny. Nie mamy wyboru - staramy się zejść ścieżką do doliny. Tak sobie po cichu marzę, że uda nam się może znaleźć jakąś chatę, w której będzie suchy kąt. W dole widzę kilka zabudowań. Nie wiem czy są to szopy, czy opuszczone domy i czy są otwarte.
       Pomimo kurtek przeciwdeszczowych potężna ulewa i tak nas zmoczyła i wymęczyła. Docieramy na dno doliny i zbliżamy się do pierwszych dwóch chat i tu miła niespodzianka - po sforsowaniu gąszczu pokrzyw - można się w nich schronić. Niespodziewanie spotykamy w tutaj jeszcze dwóch Gruzinów, którzy również schronili się przed deszczem, z tym że oni są całkowicie przemoczeni. Ciągle leje w najlepsze, więc nie ma sensu ruszać się stąd. Gruzini przenoszą się do drugiej chaty. Widzimy że rozpalają ogień w żeliwnym piecu - dym wali wszystkimi otworami. Próbują się wysuszyć. My w trójkę trochę porządkujemy naszą chatkę, bo brud tu okrutny, ale daje się jakoś to ogarnąć. Wydobywamy kuchenki i zaczynamy dogadzać sobie kulinarnie. Oczywiście humory dopisują, bo czegóż trzeba więcej? na głowę nie kapie, jest gdzie usiąść i możemy zjeść gorący posiłek. Deszcz nieco słabnie i widzimy, że Gruzini wyskakują z chaty - ponoć miał tu po nich przyjechać jakiś samochód. My idziemy zobaczyć jak wygląda chata obok, ta z piecem. Stwierdzamy że jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Jest w niej przede wszystkim cieplej, wiatr nie hula przez szpary w deskach.
       Deszcz i burza nie odpuszczają więc nie chce się nam opuszczać tak przytulnego lokum. Co prawda wali tu dymem, ale da się wytrzymać. Znów robimy porządki i decydujemy się, że spędzimy tutaj noc. Mamy trochę opału, który podkładamy do pieca i suszymy mokre buty i ubrania, a całkiem niedaleko płynie strumyk, gdzie można nabrać wody i się umyć. Pora też jest już dość późna, bo zrobiło się koło szóstej. Przez okno i otwór drzwiowy obserwujemy okolicę i nagle widzimy fantastyczną tęczę, a pod nią oświetlone słońcem połoniny. Dalej są ciemne chmury, ale widok jest jak z kiczowatego obrazka, aż mało realistyczny. W chwilę później naszym oczom ukazuje się majestatyczna Ściana Bezingi z Szcharą w roli głównej. Słońce aż skrzy się na ich lodowcach, co znów wprowadza nas w zachwyt, tym bardziej, że widzimy to dokładnie na wprost naszego małego okna. Co za miejsce! Niestety nie trwa to zbyt długo - deszcz, raz bardziej, raz mniej intensywny, pada przez całą noc. A my mamy swój mały zadymiony azyl. Coś tam pichcimy, dokładamy do pieca, słuchamy górskich piosenek. Nasza chatka ma nawet małą werandę! możemy więc z niej rozglądać się na okolicę. Ja pykam sobie fajeczkę i kontempluję widoczki. Dobrze, że mamy piec, bo noc jest bardzo chłodna.

 

 















widok na Szcharę
 

30 lipca – poniedziałek

(dolina rzeki Khaldeschala – Kala)

Nocą towarzyszy nam odgłos padającego deszczu, ale w naszej chatce jest przytulnie, ciepło i jakoś tak bezpiecznie. Ranek wstaje mglisty i jeszcze nieco deszczowy, ale widać, że pogoda się poprawia i możemy szykować się do wyjścia. Wychodzimy dość późno, bo po 10. Jest jednak chłodno, a chmury ograniczają widoki - szkoda. Idziemy wzdłuż rwącego potoku wyraźną drogą gruntową w kierunku Kala. Rzeka Khaldeschala bierze początek w lodowcach najwyższych szczytów, jest więc prawdziwie górską, żywiołową rzeką płynącą w głębokim jarze. Z okolicznych zielonych, stromych zboczy spływają dziesiątki strumieni. Cała dolina wypełniona jest szumem wody. Po około godzinie marszu przechodzimy przez małą osadę Khalde. Zabudowania są zrujnowane i wygląda na zupełnie opuszczoną, ale w dwóch budynkach zauważamy ślady życia, czyli jednak ktoś tu mieszka. Wygląda to dość romantycznie, te ruiny, fantastyczna okolica, ale mieszkać w takim miejscu da się chyba tylko latem?
        Po niecałej godzinie wchodzimy do Kala, które zajmuje głęboką dolinę. Z naszej drogi widać zabudowania wioski i górujący nad nimi sławny kościół św. Kwiryka. Zaraz na początku spotykamy dziewczyny, które oferują nam noclegi wyżywienie. Noclegu nie potrzebujemy, ale jakieś miejscowe smakołyki to chętnie. Wchodzimy do obszernej kuchni i zostajemy ugoszczeni doskonałą zupą z mięsem, chlebem - najadamy się do syta. Ceny nie pamiętam, ale na pewno nie była zbyt wysoka. Najedzeni do syta ruszamy w dół wioski. W planie mamy rozbicie namiotów i zwiedzenie Lagurki. Lagurka właśnie cerkiew św. Kwiryka.
        Dochodzimy do głównej drogi i kierujemy się w górę wsi. Po chwili widzimy potok dopływający z prawej strony. Przechodzimy na łąkę obok strumienia. Napotykamy biesiadujących w kręgu mężczyzn. Pytamy czy możemy się rozbić w pobliżu. Wskazują nam łączkę trochę wyżej. Miejsce jest świetne. Tuż obok potoku z fantastycznymi widokami. Rozstawiamy namioty i na lekko wracamy na drogę, aby zwiedzić cerkiew, a także - jeśli to będzie możliwe - zrobić zakupy, chodzi nam o chleb i może jakieś jajka.
        Dojście na szczyt z cerkwią św. Kwiryka zajmuje nam trochę czasu. Jest całkiem spora stromizna. Po drodze widzimy ślady obchodzonego dwa dni wcześniej święta. Pozostałości ognisk, stoły, śmieci. Wejście do cerkwi jest zamknięte, ale ciekawość i zachwyt nad  miejscem powodują, że dostajemy się do środka - niech nam wybaczone będzie. Dostajemy się tam zwyczajnie przez bramę, ale tylko przypadkowo odkrywamy sposób zamykania tej bramy. Po prostu z boku jest otwór, w którym tkwi belka. Można ją wysunąć i w ten sposób odblokować wrota. Wchodzimy na mały dziedziniec i rozglądamy się ciekawie. Z tego co wyczytałem w przewodniku, to cerkiew otwierana jest tyko raz w roku - właśnie 28 lipca, z okazji święta ku czci św. Kwiryka. Przewodnik podaje, że świątynia pochodzi z XI - XII wieku. Na przestrzeni wieków przynoszono tu przedmioty do poświęcenia, nie można ich jednak było wynieść - wszystkie zostawały w środku. Na coroczne święto przybywają tu tysiące wiernych. Zabija się tutaj wówczas byki i krowy i przygotowuje wielką ucztę. Podczas święta rozgrywane są różne zawody, np. kto najwięcej razy podniesie dzwon i nim zabije, kto dalej rzuci olbrzymim głazem. Mamy okazję widzieć i wielkie kotły, w których gotowane jest mięso ubitych zwierząt i wielki dzwon, który dźwigany jest przez świętujących, a obok spoczywają głazy, którymi miotają nie tyko mężczyźni, ale też kobiety. (Później okazało się, że Damian był tutaj podczas tego święta i widział jak te zawody wyglądają. Miał też okazję biesiadować z tysiącami świętujących). Miejsce robi niesamowite wrażenie! Widok na najwyższe szczyty dodaje magii temu miejscu. Rzeczywiście - w takim miejscu ręce same składają się do modlitwy, a myśli podążają do nieba. W rzeczywistości nie jest to typowa cerkiew. Jest tu kompleks budynków. Niektóre są otwarte, ale sama cerkiew jest zamknięta i tyko przez małe okienko możemy zaglądnąć do wnętrza. Co ciekawe wokół biegają trzy kozy i zastanawiamy się czy pozostaną tu do przyszłego roku? Staramy się nie naruszyć świętości miejsca, ale nie żałujemy sobie zdjęć. Przysiadamy na dłuższą chwilę, aby poczuć wzniosłość i niesamowitość tego miejsca. W sumie cieszę się, że nie przyszliśmy tu w tych świątecznych tłumach - jakoś tak nie potrafiłbym odczuć świętości tego miejsca w tym jarmarcznym zbiorowisku. Teraz, gdy jest tu całkowita cisza, panuje niesamowita atmosfera.
             Nie spiesząc się wracamy na drogę i pytamy o jakiś sklep. Niestety nie ma tu sklepu. Wpadamy na pomysł, aby wrócić do miejsca, gdzie jedliśmy obiad. Pytamy czy mogą nam sprzedać chleb i jajka. Chleb otrzymujemy za darmo, ale jajek nie mają i nie udaje się nam ich kupić u nikogo - ot taka wioska bez kur.
            Wracamy do namiotów. Biesiadujący Gruzini w dalszym ciągu wznoszą toasty i objadają się mięsiwem z kotła. Widząc nas, zapraszają do siebie. Z ciekawością podchodzimy no i zostajemy tam do późnej nocy. Polewają nam wino, częstują mięsem i chlebem. Przysłuchujemy się rozmowom i podziwiamy chóralne fantastyczne śpiewy. Nie ma kłopotów z dogadaniem się z nimi po rosyjsku. Gdy w głowie nieco szumi, z dogadaniem się tym bardziej nie ma kłopotów. Zrobiło się już późno i zamierzamy iść do namiotów, ale jeden z biesiadników - Gogi uparł się, żebym koniecznie z nim poszedł do domu na nocleg. Jak przygoda, to przygoda - idę. Ciemno całkowicie, ale po dobrym kilometrze docieramy do domu Gogiego. Tu oczywiście następuje dalsza część biesiadowania, ale już nie winem tylko czaczą. Czuję, że za chwilę padnę na amen i próbuję wymigać się od picia, ale nic z tego. Oczywiście gadamy jak najlepsi kumple. W końcu ostatkiem sił mówię gospodarzowi, że muszę jednak wracać do namiotu, bo będą się o mnie tam martwić i zostaję odprowadzony przez niego do obozowiska - myślę, że sam miałbym kłopot z trafieniem w tym stanie i w tych ciemnościach. Z trudem zasypiam, bo w głowie mam wesołe miasteczko z setką chyba karuzel i roller coasterów, ale na szczęście udaje bez sensacji.

 

 
kanion rzeki Khaldeschala

Khalde

Widok na Kala

Lagurka

Lagurka

zawody podczas święta św. Kwiryka





 

31 lipca – wtorek

(Kala - Ushguli - Kala - Mestia)

Rankiem budzę się z ciężką głową i zwiniętym w kłębek żołądkiem. Zimna kąpiel nieco pomaga i zaczynam nabierać życia. Zaczynamy zwijać namioty, gdy widzę, że przychodzi do nas Gogi. Wszystko byłoby OK, ale przynosi ze sobą butlę czaczy i oczywiście częstuje i raczej nie daje się znów od tego wymigać. Myślę sobie: może rzeczywiście klin klinem..., niemniej ze wstrętem wychylam z dwa solidne kielichy i kapituluję - trudno, najwyżej sie obrazi. Szczęśliwy nie jest, ale w końcu daje mi spokój. Dogadujemy się z nim, że pozostawimy u niego plecaki i na lekko pójdziemy do Ushguli, a później wrócimy i spróbujemy dostać się do Mestii.
          Zgodnie z zamierzeniami zostawiamy graty u Gogiego i wychodzimy na lekko na drogę, podążając w górę doliny. Przed nami jest do pokonania ok. 11 km. Liczymy, że może uda się złapać jakiegoś stopa, bo trochę pojazdów do tej sławnej wioski podąża. Rzeczywiście udaje się zabrać do busa z wycieczką gruzińskich pielgrzymów. Droga jest w tak fatalnym stanie, że co jakiś czas wszyscy muszą wysiąść z pojazdu, który na lekko ledwo pokonuje różne wyboje i dziury po czym znów ładujemy się do busa i wolniutko pniemy się dalej w górę. Po ok. półtorej godzinie dojeżdżamy do najwyżej położonej miejscowości w Swanetii - Ushguli. W miejscowości, która wygląda jakby czas zatrzymał się w miejscu gdzieś w średniowieczu, mieszka kilkaset osób. Z kamiennych zabudowań wciśniętych między wysokie zbocza gór, wyrasta pond 30 wież. Nad tym wszystkim króluje bariera niebosiężnych szczytów o wysokości ponad 5 tyś. m n.p.m. z Szcharą w roli głównej. Fantastyczne miejsce. Nic dziwnego, że wpisane jest do Światowego Dziedzictwa UNESCO.
        Ponownie wpadamy w zachwyt - który to już raz podczas tej wyprawy! Idziemy drogą w górę i zatrzymujemy sie w małym barze. Zamawiamy chaczapuri i delektujemy się widokami i jedzeniem. Siedzimy przy stoiku z widokiem na wioskę w dole i majestatyczne Góry za nią. Po zjedzeniu idziemy zwiedzać. Wędrujemy uliczkami wśród kamiennych, starych domów i wież. Wyczuwa się tu tę niesamowitą atmosferę Gór, historii, tradycji... chyba Gruzji właśnie.
        Po dwóch godzinach udaje się nam zabrać w tego samego busa ponownie do Kala. Nie chcą nas jednak zabrać ze sobą do Mestii. Trudno - będziemy musieli sobie jakoś poradzić. Idziemy do Gogiego, szkoda że nie zastajemy go w domu, zabieramy plecaki i wracamy na drogę, szukając zacienionego miejsca dogodnego na łapanie okazji do Mestii. Przystajemy niedaleko wejścia na ścieżkę do Lagurki. Kamila zajęła się twórczością artystyczną - rysunek na kamieniu - mam zachowany do dziś (swaneckie wieże na tle gór). Wojtek, jak zwykle manipuluje w swoim sprzęcie fotograficznym (a ma tego trochę: kamera, ciężki aparat - dzięki temu po powrocie do Polski otrzymaliśmy od niego bardzo ciekawe filmy i płyty ze zdjęciami). Czas płynie, a my ciągle pozostajemy w tym samym miejscu, ale w końcu po dobrej godzinie zatrzymujemy rozklekotanego busa i uzgadniamy, że za 60 lari zabierze nas do Mestii. Siadamy z Wojtkiem w kucki, bo na tyle nie ma foteli, ale droga jest tak wyboista i dziurawa, że obijamy sobie tyłki na dobre. Pomimo, że do Mestii jest ok 35 km podróż trwa dobrze ponad półtorej godziny. Nie ma co wybrzydzać - udaje się nam dojechać do Mestii, a droga jest niesamowicie widokowa - na pewno kiedyś będzie tu równa i dobrze utrzymana jezdnia, wówczas stawiam na to, droga uzyska miano jednej z najpiękniejszych dróg w Górach!
         Idziemy w miejsce gdzie mieliśmy rozbite namioty poprzednio i ponownie zostajemy tam na noc. Wieczorem kupujemy wielkiego arbuza i siedząc na ławeczce w centralnym parku, zajadamy smacznie, gdy niespodziewanie spotykamy  Damiana. Każdy z nas ma sporo wrażeń i historii do opowiedzenia, a Damian ma dar do opowiadania doskonały. Uzgadniamy, że następnego dnia wybierzemy się na wspólną wycieczkę gdzieś w okolice niedalekiego lodowca.

 

 
biwak w Kala z widokiem na Szcharę

Ushguli







w busie do Mestii
 

1 sierpnia – środa

(Kala - wycieczka w góry - Kala)

Zwijamy się przed 9 i idziemy z Damianem na jego kwaterę, i zostawiamy swoje bagaże. Na lekko przechodzimy ciągnącą się strasznie długo Mestię i podążamy na południe. Niestety, popełniamy błąd i nie przechodzimy na drugą stronę rzeki, tylko trzymamy się lewego brzegu. Gdy to spostrzegamy jesteśmy na tyle daleko od mostu, że nie mamy już ochoty na wycofanie się. Brniemy dalej. Najpierw jest to wyraźna droga, później ścieżka, która wyprowadza nas na połoninę i w las, a później kombinujemy sami. Stromizna staje się coraz ostrzejsza, a las gęsty i nie ma szans na dotarcie w okolice lodowca z tej strony. Nasza wola walki nie jest zbyt wielka - zalegamy na malowniczej polanie z widokiem na okoliczne szczyty i Mestię i mamy czas na rozmowy, kontemplację i zwyczajne poleniuchowanie. Zaczyna się chmurzyć, więc zbieramy się po dłuższym czasie i wracamy na kwaterę do Damiana, robiąc po drodze zakupy.
           Za niewielką stawkę mamy nocleg z wyżywieniem (nie ma miejsca na łóżkach, więc śpimy na karimatach, bo pokój jest olbrzymi). Kolacja, a właściwie obiado-kolacja jest doskonała i obfita. Fundujemy sobie jeszcze gruzińskie wino i w ten sposób podsumowujemy naszą górską wprawę. Jutro rano o 7 wracamy do Tbilisi. Jeszcze wybieramy się nocą na rynek - zobaczyć jak toczy się tutaj nocne życie i w końcu idziemy spać.

 

   
 

2 sierpnia – czwartek

(Kala - Tbilisi - Tbilisi)

Rano pakujemy się do busa. Jedziemy jeszcze na rynek, gdzie dosiada się jeszcze spora grupa ludzi i ruszamy do Tbilisi. Po drodze jest ok. półgodzinna przerwa przy jakimś barze, więc można coś zjeść i wypić, bo upał jest tradycyjny. W stolicy lądujemy o 15. Idziemy do Iriny, ale okazuje się, że jest tu istne zatrzęsienie ludzi i nie ma wolnych miejsc. Nie ma rady - zabieramy wszystkie swoje bagaże, które tutaj zostawiliśmy i idziemy z Kamilą do niedalekiego hostelu o nazwie Gold Town. Damian i Wojtek już nie szukają noclegu, bo nocą lecą do Polski, a ja z Kamilą mamy lot dopiero w piątek wieczorem.
          Gold Town nie jest tak klimatyczny jak u Iriny, ale jest tu schludnie i czysto, a gospodarze również sympatyczni. Ponadto, jesteśmy tu jedynymi nocującymi. Szykujemy sobie jedzenie a po chwili przychodzą Wojtek z Damianem i wspólnie wybieramy się na dalsze zwiedzanie Tbilisi. Jedziemy metrem na Liberty Square - czyli do centrum i kluczymy uliczkami. Dochodzimy do stacji kolejki gondolowej na ul. Czonkadze. Jedziemy przeszkloną kabiną na wzgórze Mtacminda (Święta góra). Ma ona wysokość 727 m n.p.m. i jest dobrze widoczna ze wszystkich części miasta. Na jej zboczu usytuowany jest kościół Mama Dawiti (Ojca Dawida). Uwagę zwracają kamienne mury twierdzy Narikala, no i oczywiście błyszczący metalicznie w słońcu, wyniosły posąg statuy Kartlis Deda - strażniczki Tbilisi. Jest to postać gruzińskiej matrony symbolizującej Gruzję. W lewym ręku kobieta trzyma wielki dzban wina, którym wita przyjaciół,  a w prawej dłoni ściska nagi miecz, którego smak poznają wrogowie. W ten sposób Gruzini pokazują światu swoje umiłowanie przyjaźni oraz silne pragnienie wolności i niezależności.
        Zapada zmierzch i mamy możliwość podziwiania panoramy oświetlonego miasta. Rozgwieżdżone niebo zlewa się ze światłami miasta i jakoś tak jest, "jakby gwiazdy schodziły do Tbilisi" (cytat z przewodnika).
       Już w ciemnościach schodzimy do centrum i metrem wracamy do hostelu. Żegnamy się z Wojtkiem i Damianem - przeżyliśmy razem wspaniałą przygodę i mamy nadzieję, że jeszcze uda się nam razem na wspólną wyprawę wybrać - może znów do Gruzji... - szczęśliwego lotu i do zobaczenia! Dziękuję za te fantastyczne, razem spędzone dni.

 

 
Mtacminda

widok z Mtacminda



Kartlis Deda
 

3 sierpnia – piątek

(Tbilisi - Tbilisi - lot do Kijowa)

Wstajemy rano i mamy czas do 14, bo o tej godzinie musimy jechać na lotnisko. Postanawiamy więc powłóczyć się jeszcze trochę po mieście. Jedziemy ponownie metrem do centrum i wędrujemy do ogrodu botanicznego założonego w 1845 roku. Ogród rozpościera się na powierzchni 128 ha, na tym samym wzgórzu co twierdza Narikala. Wstęp kosztuje chyba ok. 2 lari, więc nie jest to wielki wydatek. Sam ogród raczej rozczarowuje, chociaż oczywiście ma swój klimat. Widoki na miasto w dole, ciekawa roślinność. Wędrujemy alejkami szukając cienia, bo upał jak zwykle daje w kość. Natrafiamy na rewelacyjny wodospad pod którym kąpie się kilka osób. Schodzę tam z Kamilą i również korzystamy z możliwości pluskania się pod tryskającą kaskadą - miejsce jest fantastyczne i daje niesamowitą ulgę podczas upału.
        Wracając do hostelu szukamy najdogodniejszego dojazdu na lotnisko. Idziemy na dworzec licząc, że dojedziemy tam pociągiem podmiejskim, ale to kiepski pomysł, bo jeździ bardzo rzadko. Tuż obok dworca kolejowego (Vagzlis Moedani) jest dworzec autobusowy i stąd najłatwiej dostać się na lotnisko. Wystarczy wsiąść w autobus nr 37, który kursuje średnio co 15 minut i wysiada się przy samym lotnisku. Idziemy do hostelu, pakujemy się i ruszamy autobusem na lotnisko. Zajmuje to prawie godzinę, bo autobus przemierza chyba całe Tbilisi, a lotnisko jest jeszcze sporo kilometrów za miastem.
       Lot przebiega zgodnie z planem. Siedzę przy oknie i mam frajdę z oglądania z góry Kaukazu, nad którym lecimy. Lądujemy w Kijowie, jest ósma wieczorem  - mamy tutaj ponad 12 godzin do odlotu do Warszawy, a że jest już ciemno, postanawiamy zaadoptować do snu dość wygodne kanapy w poczekalni tranzytowej.

 

 
w ogrodzie botanicznym


kąpiel pod wodospadem

 

4 sierpnia – sobota

(Kijów - Warszawa)

Wsiadamy planowo do samolotu o godzinie 8 rano. Start i po półtorej godzinie lądujemy w Warszawie. Tu żegnam się z Kamilą. Ona wraca do Krakowa, a ja w prawie biegu wskakuję w pociąg do Poznania.

 

   
  Podsumowując całość wyprawy:

           Jestem zachwycony Gruzją. Górami, widokami, przyrodą. ludźmi. Mogłoby być trochę taniej, ale w sumie nie mogę narzekać. Nie mogę się nadziwić, że w sumie tak niewielki kraj ma aż tyle ciekawych regionów. Nie pozostaje nic innego, jak pojechać tam jeszcze raz, albo i więcej i zwiedzić pozostałe regiony.
        Dziękuję moim współkompanom wyprawy: Kamili, Wojtkowi i Damianowi za wspaniałe, spędzone razem chwile.

Trudność tras: przebyte przez nas trasy nie przedstawiały większych trudności technicznych. Problemem może być wysokość (w Swanetii do ok 3 tyś. m n.p.m.), upały, burze i trudności orientacyjne, które jednak zawsze udawało się pokonać dzięki pomocy spotkanych osób, lub analizy terenu i mapy.

Koszty: oczywiście najdroższy był dojazd (lot 1300 zł). W sumie całkowity koszt wyprawy wyniósł mnie ok. 2,2 tyś. zł

Sprzęt: niepotrzebnie zabrałem kask wspinaczkowy i uprząż - na Kazbek można bez obaw wejść bez tego. Wbrew powszechnym opiniom uważam, że do wejścia na Kazbek wystarczą raki i czekan - nie ma sensu targać liny czy inny szpej. Jest to po prostu tylko dość uciążliwa i mozolna trasa kamienno-lodowcowo-śnieżna bez zdradliwych szczelin. Oczywiście wysokość robi swoje i należy dobrze przeprowadzić aklimatyzację. Na pewno należy zabrać odpowiednią odzież. W nocy na podejściu na szczyt temperatura spadła do ok - 10o C.

Język: dobrze byłoby umieć język rosyjski, bez problemu można się w tym języku dogadać ze wszystkimi. Młodzi raczej bez większych kłopotów posługują się angielskim.

Linki:
http://www.kaukaz.pl - najwięcej konkretnych informacji, opisy wypraw, forum ludzi, którzy znają się na rzeczy
http://www.odkryjgruzje.pl/ - ciekawa strona, ale bardziej dla zwiedzających z grubszą kasą i wygodniejszych turystów
http://backpackersi.blogspot.com/ - również opis podobnej trasy, skany map, współrzędne GPS
https://picasaweb.google.com - galeria zdjęć Kamili
https://picasaweb.google.com/111885956475576244591/Gruzja2012 - galeria zdjęć Damiana
Korzystałem z przewodnika wydawnictwa Bezdroża "Gruzja i Armenia oraz Azerbejdżan" - ale prawdę mówiąc szkoda na niego wydawać 50 zł, bo zawarte tam informacje nie na wiele przydadzą się podczas trekingu (zawiera dużo nieistotnych szczegółów o zabytkach).

Więcej informacji kolejnej mojej relacji z roku 2014

 
mapa Kazbegi

mapa Kazbek

mapa Mestia

Swanetia