Grossglockner – maj 2014 r.

     (wszystkie zdjęcia dostępne są w Galerii: Grossglockner 2014)

   

        Pomysł na wycieczkę majową zrodził się pod wpływem ogłoszenia na forum internetowym. Ktoś się wybierał na Grossglocknera, ale miał już skompletowaną ekipę, a ja wróciłem myślami do chwil spędzonych na tej Górze w roku 2010, gdy szczyt był w zasięgu ręki, ale jednak nie dał mi satysfakcji zdobycia go. Było to więc niezrealizowane zamierzenie. Szczyt piękny, ze wspaniałymi widokami na Wysokie Taury. Budził we mnie szacunek i trochę obaw, tym bardziej, że tym razem próba miała odbyć się o ponad miesiąc wcześniej, niż za pierwszym razem.

            Trochę bijąc się z myślami ogłosiłem na forum o moim zamiarze i wkrótce miałem już sporą grupę chętnych. Jak to w życiu bywa, z wielu zostało ostatecznie sześciu:
Dwóch Rafałów, Piotr, Olek, Tomek, Arek i ja.

           Niektórzy wystraszyli się prognozy pogody – rzeczywiście, była bardzo pesymistyczna. Ja jednak byłem pełen wiary, że mimo tego zdarzy się mały cud i uda nam się zdobyć szczyt w sprzyjających warunkach – wspominałem o tym nawet w korespondencji z ekipą – mam szczęście do pogody w Górach!

 

   

Środa - 30 kwietnia (Krzycko koło Leszna – Lucknerhaaus - Lucknerhutte)

            Do Wrocławia docieram ok. 15 już z Rafałem, którego zabrałem po drodze, tutaj dosiadają się jeszcze Olek, Piotr i Rafał. Pomimo sporego bagażnika, trochę gimnastyki było z upchnięciem 5 chłopa ze sporymi plecakami (namioty, śpiwory, karimaty, liny… itd. – sporo się tego jednak uzbierało).

            Pomykamy autostradą przez Niemcy do Kals. Teraz dopiero mamy możliwość poznania się bliżej, do tej pory znajomość była tylko internetowa. Już od pierwszych chwil czuje się, że mamy świetną ekipę. Fakt faktem, że dla niektórych będzie to pierwszy tak wyskoki szczyt, do tego zdobywany w warunkach zimowych, więc emocji na pewno nie zabraknie.

            Niestety pod koniec podróży pogoda psuje się radykalnie i jedziemy w deszczu i chłodzie. W Kals jesteśmy krótko po północy i rozglądamy się niepewnie jak tu dotrzeć do Lucknerhaus, gdy niespodziewanie spotykamy w całkiem pustym miasteczku gościa, który wskazuje właściwą drogę – dobry znak na początku wycieczki.

            Ok. godz. 1 w nocy parkujemy auto przy schronisku w Lucknerhaus. Na szczęście nie pada. Krótkie przepakowanie, zarzucamy plecaki i ruszamy w górę wyraźną szutrową drogą. Narzucamy dość szybkie tempo i pomimo sporych plecaków w niecałą godzinę pokonujemy drogę do nieczynnego o tej porze roku schroniska Lucknerhutte (2 200 m n.p.m.). Niewiele brakowało, a z powodu mgły minęlibyśmy schronisko bokiem! Tu już śniegu jest po kolana, ale wyszukujemy dogodne miejsce i rozbijamy nasze dwa namioty. Kilka godzin wcześniej przybył tu Arek ze swoją koleżanką i widzimy ich namiot rozbity tuż obok. Staramy się ich nie zbudzić. Jest 3 w nocy, gdy zasypiamy po męczącej podróży.


ruszamy w Góry z parkingu przy Lucknerhaus

Czwartek – 1 maja (Lucknerhutte 2 200 m n.p.m. - schronisko Studlhutte 2801 m n.p.m.)

Budzimy się niepewni pogody, ale szybkie wychylenie głowy z namiotu wystarczy, aby poderwać się na nogi, bo widzimy błękit nieba i błyszczący od słońca śnieg – rewelacja!

Trochę schodzi nam czasu na poranne pozbieranie się – śniadanie, pakowanie, no i poznajemy w końcu Arka. Ruszamy ok. 10. Po kilkudziesięciu niemal metrach wędrówki w śniegu zakładamy raki i rozbieramy się do krótkich rękawów, bo słońce grzeje bezlitośnie. Nastroje mamy doskonałe, bo widoki są fantastyczne i pomimo ciężkich worów na plecach idzie się nam doskonale. Po drodze spotykamy kilka osób: Polaków, Czechów – widać, że ruch będzie spory. Nie spieszymy się w tej wędrówce, przysiadamy nawet chwilę na przekąszenie batona i łyk gorącej herbaty. Mamy zamiar dojść do schronu  Erzherzog-Johann-Hutte, ale nie jest to cel bezwzględny na dziś.

            Ok. godz. 12 jesteśmy przy schronisku (Studlhutte 2801 m n.p.m.) – jestem zaskoczony, że jest czynne. Cztery lata wcześniej, w czerwcu, był otwarty tylko schron z kominkiem. Wchodzimy do ciepłego wnętrza i z ciekawości pytamy o cenę noclegu. Bez zniżki 22 €, ze zniżką 12 €, piwo 4 €.
              Mamy ładne widoki, miłe schronisko i sporo czasu – składamy te elementy do kupy i modyfikujemy plany. Postanawiamy nocować tutaj, a jutro rano iść do schronu  Erzherzog-Johann-Hutte, lub nawet zaatakować szczyt. Ruch w schronisku jest spory, spotykamy też wielu Polaków.
             Ja z Rafałem postanawiamy rozbić wieczorem namiot w pewnej odległości od schroniska, a reszta grupy szaleje i nocuje w schronisku. Tymczasem jednak, po szybkim posiłku, idziemy ponad schronisko, żeby trochę poćwiczyć asekurację na lodowcu. Bawimy się świetnie zjeżdżając z czekanem i doskonaląc sztukę hamowania nim. Na przemian mamy trochę słońca, trochę chmur. Grossglockner ukrywa się jednak przed nami, ale i tak jest pięknie. Idziemy na grań w kierunku lodowca, tak aby już zaliczyć 3 000 m n.p.m. – ot taka aklimatyzacja i zaspokojenie ciekawości jak wygląda lodowiec. Robimy kilka fotek, ciesząc się, że pogoda jest taka zaskakująco przychylna w stosunku do zapowiedzi – oby tak dalej!
              Wracamy po zaśnieżonym dość stromym stoku w kierunku schroniska, gawędząc sobie o tym i owym…, dostrzegam nierówność terenu i mówię, że tu jest taki mały uskooo… i zapadam się w szczelinę! W ułamku sekundy ląduję w głębokiej na ok. 3 m szczelinie śnieżnej. Nawet nie zdążyłem się przestraszyć, ale moi koledzy są przerażeni – nagle zniknąłem im z oczu – zapadłem się pod śnieg! Nawołują wystraszeni, ale spokojnie odpowiadam, że nic mi nie jest. Szczelina jest dość długa. Za plecami mam skałę, nad głową śnieżny nawis, a przed sobą śnieżną ścianę. Jest dość wąsko, ale udaje się manipulować czekanem. Chłopaki obchodzą szczelinę, żeby pomóc mi się wydostać, a ja w tym czasie próbuję wyrąbać sobie jakieś stopnie i chwyty. Trochę się to obsuwa, ale w końcu o własnych siłach wychodzę na powierzchnię. W sumie mamy niezły ubaw, ale też dobrą nauczkę, żeby nigdy nie lekceważyć nawet tak wydawałoby się bezpiecznego terenu i podejrzanych form na nim.

Rozemocjonowani idziemy do schroniska. Siadamy w ciepłej jadalni popijając doskonałe piwo i rozmawiamy o naszych przygodach, gdy nagle siedzący obok chłopak zagaduje do nas – okazuje się, że to Tomek – kolejna osoba naszej ekipy, który dojechał później niż my swoim autem i właśnie doszedł do schroniska. Arek z koleżanką, ze względu na złe samopoczucie, musieli niestety zejść na dół. Rozważamy plany na następny dzień – wygląda na to, że mamy dwa zespoły trzyosobowe.

 


Grossglockner z okolic Lucknerhutte


w drodze do Studlhutte

Schronisko Studlhutte

na grani

jestem w środku tej szczeliny

Piątek – 2 maja (schronisko Studlhutte 2801 m n.p.m. - schron  Erzherzog-Johann-Hutte 3 454 m n.p.m. - Grossglockner 3 798 m n.p.m. - schronisko Studlhutte)

Noc nie jest bardzo zimna, ale pruszy śnieg i rano mamy zasypany namiot. Zbieramy się jednak szybko.

Decydujemy, że jednak ruszamy na lekko, postaramy się wejść na Grossglocknera i wrócić tego samego dnia do Studlhutte. Pogoda początkowo jest słoneczna, ale widać nadciągające chmury i to one dziś zadominują. Ruszamy o godz.  8 na lodowiec. Z opowieści schodzących wczoraj osób wiemy, że lodowiec jest dość bezpieczny i nie ma szczelin (choć wspomnienie wczorajszej przygody wciąż we mnie żywe). Idziemy niezwiązani – dzięki temu idzie się jednak szybciej i wygodniej. Jeszcze świeci słońce, ale ponad nami tylko chmury i celu wędrówki nie widać – ja jednak powtarzam, że na pewno na szczycie będzie słońce.
           Po dwóch godzinach jesteśmy na grani. Widać poprowadzoną tutaj ferratę. Większość stalowej liny jest przysypana śniegiem, więc najlepszym sposobem asekuracji jest posługiwanie się czekanem. Po krótkim odpoczynku i ok. 20 min wspinaczki ferratą jesteśmy przy schronie  Erzherzog-Johann-Hutte 3 454 m n.p.m. Spotykamy dwóch Polaków, którzy wycofują się na dół – narzekają na pogodę, twierdząc, że jest zbyt niebezpiecznie i nie ma szans na widoki – ja przekonuję, żeby poczekali chwilę z nami – na pewno wyjdzie jeszcze słońce, ale nie chcą mi wierzyć i schodzą.
           My wchodzimy na chwilę do środka schronu – pomimo, że jest nieogrzewany, to jednak zawsze to przyjemniej niż na zewnątrz. Posilamy się nieco i gawędzimy z kilkoma osobami, które są wewnątrz – oni już byli na szczycie.
           Kilkanaście minut przed 13 wychodzimy ze schronu i podążamy w kierunku Małego Glocknera. Mgła mocno ogranicza widoczność, ale na szczęście na śniegu są wyraźne ślady i nie mamy kłopotu z orientacją. Wiążemy się linami i teraz już, w odpowiednich odstępach, żmudnie pniemy się po stromym śnieżnym stoku na szczyt Kleinglocknera 3 778 m n.p.m. Tuż przed granią Kleinglocknera musimy dłuższą chwilę odczekać, bo z góry wolniuteńko schodzą trzy zespoły. Nie są zadowoleni, bo nic nie widzieli. Dobrze, że mam kask, bo spadają na mnie grudy śniegu, które mogą nawet wybić z równowagi. W końcu ruszamy dalej i już pniemy się po bardzo stromej i wspaniale eksponowanej grani Kleinglocknera. Owijamy liny wokół stalowych słupków, służących do asekuracji i za chwilę jesteśmy na zczycie Kleinglocknera. Jak na zamówienie, niebo przeciera się, chmury się rozwiewają i naszym oczom ukazuje się Grossglockner w pełnej okazałości – cóż za widowisko! Chciałoby się już być na jego wierzchołku, ale przed nami jeszcze strome zejście na bardzo wąską i krótką przełęcz łączącą obydwa Glocknery. Jest trochę zabawy przy asekuracji i emocji podczas pokonywania tej kładeczki, ale jeszcze chwila wspinaczki po skalno-śnieżnym, stromy stoku Grossa i jesteśmy na jego wierzchołku! Jest godzina 14:50. Dotknięcie krzyża jest prawie magiczne – mamy niesamowitą satysfakcję i radość z naszego wejścia tutaj. Gratulujemy sobie wzajemnie, pstrykamy zdjęcia. Jesteśmy oświetleni pięknym słońcem. Co prawda nie mamy bardzo przestrzennych widoków, bo mgła je ogranicza, ale gdzie niegdzie widzimy rozległe łańcuchy  ośnieżonych szczytów, pełznący w dole lodowiec i błękit nieba.
            Czekamy na drugą naszą trójkę – w końcu i oni docierają do krzyża. Dobywam z plecaka piersiówkę i tradycyjnie częstuję każdego kielonkiem własnej wiśniówki – wznosimy toast za odniesiony sukces i szczęśliwe zejście. Aż nie chce się schodzić, tyle emocji, radości, zachwytu, ulgi… - i pewnie można byłoby wymienić wiele jeszcze innych uczuć, bo każdy przecież szedł tu z bagażem myśli i pragnień. Ja znów utwierdzam się w przekonaniu, że tam nade mną w górze czuwa Ktoś wyjątkowy… bo to kolejny wyskoki szczyt, który udaje mi się zdobyć wbrew nieprzychylnym prognozom pogody, czy ostrzeżeniom innych.
              Wracamy. Niby powinno być łatwiej, ale jest na tyle stromo, że schodzimy przodem do stoku i tempo nie jest oszałamiające. Nie spieszymy się z resztą tak bardzo. Do nocy jest jeszcze sporo czasu. Pogoda znów nieco nam utrudnia, bo ponownie pojawiła się mgła, wieje, a nawet sypie śniegiem. Znów jest trochę emocji przy pokonaniu przełęczy i grani Kleinglocknera, ale w końcu zbiegamy prawie z końcówki Małego Glocknera i ok. godz. 18 znów jesteśmy przy schronie Erzherzog-Johann-Hutte. Czekamy kilkanaście minut na drugi zespół linowy, który dociera cały i szczęśliwy. W dół ruszamy o 18:30 – zrobiło się zimno i wietrznie, czas uciekać do namiotów. Droga powrotna mija szybko, po godzinie jestem już w schronisku Studlhutte.
               Czuję spore zmęczenie, doskwiera mi potężne pragnienie i głód. Jak na złość zaczyna padać śnieg i dokucza zimny wiatr. Mimo tego cierpliwie z Rafałem przygotowujemy na zewnętrznych ławkach posiłek i wypijamy po prawie 2 litry herbaty. Jest już całkiem ciemno gdy dołączamy do pozostałej części grupy w schronisku. Pijemy w ciepłym pomieszczeniu fantastyczne piwo i w końcu ewakuujemy się do namiotu na zasłużony odpoczynek.

To był bardzo emocjonujący i męczący dzień.

ranek przed atakiem

śniadanie przy Studlhutte

na grani ponad lodowcem


przy Erzherzog-Johan-Hutte

Grossglockner z grani Kleinglocknera

na grani Kleinglocknera


na szczycie Grossglocknera

Sobota – 3 maja (schronisko Studlhutte 2801 m n.p.m. – Lucknerhaaus – Polska)

Wstajemy rano. Jest dość pochmurnie tak że  w sumie nie żal nawet opuszczać to miejsce. Postanawiamy już zejść do auta i wracać do domu. Bez większych przeszkód docieramy na parking i pakujemy się do auta. Tym razem jest nieco łatwiej się zapakować. Wyjeżdżamy o 11 przed południem. Do Wrocławia docieramy na 20:30 i tu już każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

Tylko kilka dni, a jednak tak wiele przeżyć! Wszyscy jesteśmy zgodni, że była to bardzo udana i piękna wycieczka. Znów poznałem świetnych ludzi, na których można polegać. Znów dane mi było pięknie zmęczyć się, przeżyć kolejną przygodę w niesamowitych Górach. Dziękuję całej mojej ekipie za te pięknie spędzone razem dni oraz tym, którzy trzymali za nas kciuki!


zejście w dolinę

przy parkingu

wyprawa na Grossglockner