Grossglockner – czerwiec 2010

Galeria zdjęć z wyjazdu: http://picasaweb.google.com/halicze/WysokieTauryGlocknerCzerwiec2010R#  (otwiera się w osobnym oknie)

 

 
 

      Pomysł wyprawy na najwyższy szczyt Austrii - Grossglocknera 3798 m n.p.m. - wyszedł od moich przyjaciół, którzy w ten sposób chcieli podszlifować kondycję przed dłuższą wyprawą w Himalaje, a ja zaliczyłem to w poczet przygotowań do wdrapania się na Mt. Blank’a, które planuję w czasie najbliższych wakacji.

       Jakoś tak całkiem niechcący prawie złożyła się nam ekipa ośmioosobowa, czyli ekonomiczna opcja na 2 auta. Założyliśmy, że będziemy wchodzić w dwóch zespołach 4-osobowych.

 
 

2-06 - środa

Wyjeżdżamy wcześnie rano we środę. Prognozy pogody są mieszane, ale liczymy się z tym, że we środę i czwartek może padać, później powinno być lepiej – zobaczymy.

Rzeczywiście – podróż utrudnia mniej lub bardziej intensywny deszcz. Jedziemy prawie cały czas autostradą przez Niemcy, w Austrii kierujemy się na Lienz (nie potrzeba winiety). Co prawda musimy zapłacić za przejazd tunelem 10 euro, no ale w końcu ok. 18 jesteśmy na kempingu w Kals (za Kals w górę – są znaki).

            Kemping jest zupełnie pusty, wisi tylko kartka żeby dzwonić, to ktoś przyjedzie. Dzwonimy, a właściwie robi to Krzysiek, który radzi sobie świetnie nie tyko z chodzeniem po Górach wszelakich, ale także dość swobodnie radzi sobie z kilkoma językami obcymi.

Schronieni pod wystającym dachem budynku kempingu smętnie patrzymy na nisko zawieszone chmury i ciągle padający deszcz. Gdzieś tam, całkiem przecież niedaleko, wznoszą się majestatyczne szczyty, a my widzimy tylko mgłę i jakoś tak mało optymistycznie jest.. . Po cichu liczymy, że skoro nikogo nie ma na kempingu, to może uda nam się nie rozbijać namiotów w tym deszczu, a skorzystamy z estetycznych i ciepłych pomieszczeń łazienek, które jednak są na razie zamknięte.

            Po ponad godzinie przyjeżdża w końcu pani i rzeczywiście godzi się na nocleg w łazienkach (hura!), ale sceptycznie słucha naszych planów wejścia na Grossglocknera. Sprawdza pogodę – jest zgodna z wcześniejszą: czwartek trochę deszczu (śniegu) i słońca, a w piątek raczej słonecznie. Pocieszamy się, że będzie ok. szykujemy się do noclegu. Mamy komfort niebywały, bo rzeczywiście jest sucho i ciepło. Prawie idealnie, gdyby nie automatyczne oświetlenie, które daje po oczach przez całą noc.

 

 
 

3 – 06 – czwartek

            Budzimy się pełni nadziei o 6:30, ale za oknami leje w najlepsze. Już zastanawiamy się, czy może nie lepiej pojechać gdzieś dalej, gdzie jest lepsza pogoda… , ale patrząc na niebo zaczynamy dostrzegać symptomy poprawy aury. Zaczynają pojawiać się okoliczne masywy i szczyty, a nawet niebieskie dziury nieba. Postanawiamy jeszcze trochę poczekać i w końcu ok. 10 wyjeżdżamy.

            Jedziemy ok. 9 km płatną drogą (9 euro) do Luckherhaus. Przestało padać! Przepakowujemy się, zabierając odpowiedni ekwipunek i zaczynamy wędrówkę w górę. Najpierw wyraźną drogą, a później ścieżką wydeptaną w śniegu. Pogoda wyraźnie się poprawia, a z nią widoki i nasze humory. Jeszcze nie widać najwyższych szczytów – chmury nie zamierzają tak szybko odpuścić, ale te najbliższe, przysypane świeżym śniegiem już zaczynają razić w oczy. Słoneczko przedziera się coraz odważniej przez mleczną zasłonę i robi się upał trudny do zniesienia. Śnieg coraz głębszy jest mokry, czasami zapadamy się w nim do pasa. Co chwilę dobiegają nas odgłosy mniejszych lub większych lawinek osuwających się z okolicznych urwisk skalnych…

            Trochę już zmęczeni dochodzimy do schroniska Studlhutte (2 800 m n.p.m.), odpoczywamy chwilę i wspinamy się wyżej. Przy wyraźnym kopczyku, na wypłaszczeniu zakładamy uprzęże i wiążemy liną – wchodzimy na lodowiec. Naszym celem jest schronisko, a właściwie w tym okresie „pozasezonowym” schron Erzherzog-Johann-Hutte na wysokości 3 454 m n.p.m. Tam chcemy dziś dotrzeć, spędzić noc, a jutro zaatakować szczyt i zejść. To jest oczywiście wariant optymistyczny, ale jak na razie mozolnie zdobywamy wysokość.

            Tempo marszu nie jest zbyt duże, przed nami wolno idzie jeszcze jedna dość liczna grupa Polaków. Mamy za to czas i możliwość podziwiać wspaniałe widoki, cała masa wysokich turni przysypanych śniegiem na tle niebieskiego nieba… . Fakt, musimy przecierać szlak, no i może zaczyna działać już wysokość i dlatego idzie się tak jakoś leniwie..

Do wyboru mamy dwa warianty: jeden szlak bardziej na lewo przez lodowiec w górę, drugi szlak w kierunku przełęczy w skalnej grani – bardziej na prawo. Idziemy za wspomnianą grupą, bo wiemy, że już niektórzy z nich na Gloku byli. Docieramy do skał. Zakładamy lonże i zwijamy linę. Jakoś tak strasznie długo to trwa, zanim wpinamy się w stalową linę.

            Z naszej 8 zostaje 5 osób. Wcześniej wycofała się Dorotka, a teraz źle czuje się Andrzej i razem z Bożeną wracają do Studlhutte. Grupa przed nami strasznie mozolnie pnie się granią w górę, trochę to irytujące, bo czas płynie nieubłagalnie, ale cóż zrobić, na ferracie wyprzedzenie 7 osobowego zespołu jest niemożliwie. Tymczasem pogoda znów zmienia się na coraz gorszą. Nadciąga mgła, zaczyna dość mocno wiać i siec drobnym śniegiem. Przemoczone ubrania i buty (moje na szczęście były w miarę suche) działają jak zimny kompres, co zaczyna być bardzo nieprzyjemne. Do tego dochodzi głód i zmęczenie, i mamy komplet, żeby pragnąc już końca wspinaczki. Nie jest to jednak takie proste. Stalowa lina ferraty  znika pod grubą warstwą śniegu, mgła całkowicie uniemożliwia orientację w przestrzeni, tak że właściwie to nie wiadomo dokąd iść? Dochodzimy do małej przełęczy, chwilę odpoczywamy i ubieramy cieplejsze rzeczy i w pewnym momencie widzę osuwający się po śniegu kask.. to Robert nieuważnie strącił go sobie z głowy przy zakładaniu kaptura. Kilka sekund i kask znika we mgle i ciemnościach – żal kasku, ale nie ma szans na jego odnalezienie.

Trochę na wyczucie, trochę dzięki GPS-owi (udało mi się przed wyjazdem wgrać mapę Wysokich Taurów) brodząc czasami po uda w śniegu pniemy się coraz wyżej. Krzysiek idzie pierwszy wyszukując drogę, ja podążam za nim – idziemy bez asekuracji polegając tylko na czekanach, choć mokry śnieg nie jest zbyt pewny.  Za nami idzie cała, połączona liną, grupa. Robi się zupełnie ciemno, a końca wspinaczki ciągle nie widać. Nie chce się wierzyć, że tak dużo czasu zajmuje nam ta droga. Zaczynamy powątpiewać czy przypadkiem nie idziemy już na szczyt… Wieje, jest zimno i mokro, głodno i strasznie późno, a schronu Erzh. Johann-Hutte jak nie było tak nie ma L. Coniektórzy z grupy za nami chcą się nawet wycofać, ale przecież gdzieś niedaleko musi być ten schron! Wreszcie za kolejnym załomem skalnym jest! Z olbrzymią ulgą wychodzę na małe wypłaszczenie przed dość dużym drewnianym budynkiem. Widać niewiele, tyle na ile światło czołówki zdoła przebić mgłę i ciemność, ale jest nareszcie schron gdzie można będzie odpocząć. Jest godzina 23:30.

 Krzysiek poszedł poszukać wejścia, a ja oświetlam tym z tyłu ostatnie metry podejścia, trochę to trwa, więc kolejnej osobie z grupy – Tomkowi przekazuję rolę witającego, a sam idę do Krzyśka. Okazuje się, że znalezienie wejścia wcale nie jest takie łatwe. Należy iść w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara tuż przy ścianie schronu. Budynek jest mocno zasypany śniegiem, a wejście osłonięte daszkiem ma wysokość może ok. 50 – 60 cm. Przez kilkanaście minut, za pomocą czekanów i kasku odśnieżamy wejście (rano okazało się, że obok była łopata, ale w nocy jej nie zauważyliśmy), tu akurat nawiany śnieg jest twardy, z resztą panuje tu mróz, co prawda niewielki, ale śnieg jest twardy i trochę się namęczyliśmy. W końcu udaje się nam wczołgać do środka – uff ale ulga!

            Pomału docierają do nas wszyscy. Nie ma szans na wysuszenie czegokolwiek. Schron jest oczywiście nieogrzewany, ale ma tę niewątpliwą zaletę, że jest dość duży, i ma ubikację w środku!

            Zaczyna się gwar i zamęt związany z rozpakowywaniem plecaków, gotowaniem posiłku, wyszukiwaniem miejsca do spania. Topimy śnieg i staramy się uzupełnić stracone, aż w nadmiarze, dzisiaj kalorie. Od buzujących kartuszy i naszych oddechów w schronie robi się nieco cieplej. W końcu, po napiciu się do syta i najedzeniu można iść spać. Prycze są dość krótkie i nogi trochę zwisają, ale to nic – to wspaniałe uczucie zaszyć się w ciepłym śpiworze i w końcu odpocząć.

            W nocy jest mi okrutnie duszno, myślałem, że będzie zimno, a tu muszę się rozbierać!

 

 
 

4 – 06 – piątek

            Rano wiercę się niecierpliwie, wszyscy jeszcze śpią, a ja już chciałbym zobaczyć jak jest na zewnątrz. Okna są zasypane śniegiem i zaszronione, więc nic nie widać. W końcu ubieram się i wyczołguję na powierzchnię. Właściwie niepotrzebnie L. Wokół kompletne mleko i silny wiatr – w takiej pogodzie nie ma sensu na jakiekolwiek wychodzenie w Góry.

Nie pozostaje nam nic innego jak oczekiwać na poprawę pogody. Trochę jemy, trochę śpimy i czekamy.

            W pewnym momencie do schronu wchodzi jeden gość – Francuz z nartami – i twierdzi że ok. 14 ma być słońce! No to mamy sporo czasu – śpimy. Nagle krzyk Francuza – blue skay!, blue sky! podrywa nas na nogi. Rzeczywiście! Słońce i cud widoki. Najpierw seria zdjęć, później szybkie pakowanie plecaka i ruszamy na podbój szczytu.

            Powtarza się historia z wczorajszego dnia – słońce grzeje niemiłosiernie i wszystko topi się błyskawicznie. Pniemy się w górę za Francuzem, Polakami i grupą Austriaków, którzy zdążyli podejść z dołu. Wejście jest bardzo strome, ale idzie mi się świetnie, te widoki!! Przed wejściem na grań Kleinglocknera długi przestój. Co jest?? Okazuje się, że nasza znajoma grupa Polaków postanawia się wycofać, wg nich jest zbyt niebezpiecznie, lawiniasto, trwa to strasznie długo, oni w dół – my w górę. No ale jakoś idziemy dalej. Za nami kolejna grupa, bardzo niecierpliwa, na siłę chce nas wyprzedzić depcząc nam rakami prawie po dłoniach – miejsca jest niewiele i robi się trochę niebezpiecznie, proszę ich żeby szli spokojnie za nami, ale facet który ich prowadzi (też grupa Polaków) to jakiś zarozumiały patafian – pcha się na siłę, choć miejsca na szczycie Kleinglocknera (3 778 m n.p.m.) nie ma za wiele. Tym bardziej, że czekamy na wracającego już ze szczytu Francuza, bo to chyba jedyne miejsce gdzie można się w tych warunkach w miarę bezpiecznie wyminąć.

            Prowadzący naszą grupę Krzysiek dochodzi do przełęczy łączącej Glocknery i ma poważne wątpliwości co do dalszej wspinaczki. Rzeczywiście, podejście na Grossglocknera wygląda nieciekawie. Ani to wejście po śniegu, bo ten jest mokry i wyjeżdża, ani po skale, bo przysypana jest tym mokrym śniegiem. W naszej grupie nastroje mało waleczne i nie ma odważnego, który chciałby iść pierwszy, a raczej nawet chcą się wycofać.., mi żal, tak blisko szczyt, ale z tej grupy, to ja mam najmniejsze doświadczenie… cóż, zawracamy, ciesząc się, że mamy chociaż wspaniałe widoki i że dotarliśmy na wysokość 3 778 m n.p.m.(dla mnie to rekord życiowy wysokości, ale pozostali byli już na Blanku, czy w Himalajach)

            Schodzimy do schronu, a tu teraz jeden wielki zamęt – doszło sporo ludzi, a my musimy pozbierać swoje rzeczy i szybko zejść na dół. Trochę to trwa, pomimo że nawet nic nie robimy do jedzenia. Wychodzimy o 18 – znów późno. Tym razem po zejściu częściowo ferratą schodzimy na lodowiec, no ale teraz mamy doskonałą widoczność i przetarty szlak.

            Robię zdjęcie za zdjęciem, bo cudnie jest! W pewnym momencie dostrzegam w odległości ok. 300 m kask Roberta! Podchodzimy niepewnie do zguby i rzeczywiście – jest! No to Robert jest usatysfakcjonowany, a ja „zarabiam” piwo J.

            Przy samochodach jesteśmy dopiero po 22, znów zmoczeni od topniejącego, głębokiego śniegu i zmordowani 1 800 m zejściem.

            W ciemnościach jedziemy na nasz kemping, ale tu nikogo nie ma i wszystko pozamykane, a pani nie chce przyjechać. Cóż – rozbijamy namioty, i idziemy spać bez mycia, bo nie ma wody, dobrze, że chociaż mamy jakieś zapasy w aucie do picia i jedzenia.

 

 
 

5 – 06 – sobota

            Uwielbiam takie ranki – budzi nas słońce i przecudne widoki na ośnieżone, błyszczące w słońcu szczyty!

            Planujemy wycieczkę tak na 2 500 m, taką bardziej rekreacyjną, żeby wykorzystać pięknie dzień. Trochę suszymy na słońcu ubrania, głównie buty i w końcu ruszamy autami do Kals. Tu sporo czasu zajmuje nam zorientowanie się dokąd iść. Na szczęście znajdujemy sklep turystyczno-sportowy, gdzie kupujemy mapę i otrzymujemy wskazówki od uczynnego pana jak wejść na Blauspitz (2 575 m n.p.m.)
            Podjeżdżamy dość wysoko autami, bo aż do pośredniej stacji kolejki, tu parkujemy i idziemy spokojne dalej podziwiając fantastyczne widoki dookoła z Grossglocknerem w roli głównej. Sceneria niesamowita: zieleń olbrzymiej doliny, a nad nią dookoła biel ośnieżonych ostrych szczytów na tle niebieskiego nieba – rewelacja!
            Pniemy się w ostrym słońcu coraz wyżej przy akompaniamencie gwiżdżących świstaków. Nie napotykamy żadnego turysty, choć to przecież weekend, cudna pogoda i wspaniała trasa widokowa – jak to możliwe??
            Trochę po śniegu, trochę po skale docieramy do wysokiego krzyża na Blauspitz. Prowadzi tu też szlak typu via ferrata, ale my szliśmy zwykłym szlakiem, co prawda ten też był ubezpieczony stalowymi linami, ale nie był zbyt trudny.
            Znów podziwiamy niesamowite widoki – zaprawdę powiadam wam – warto, warto tu wejść! Kręcę się w kółko pstrykając zdjęcia, no ale w końcu trzeba schodzić. Znów trochę skały, trochę śniegu i w końcu ok. 18 jesteśmy przy autach, a niecałą godzinkę później na naszym kempingu.
            Upał jest okrutny i mamy sporo w nogach, ale na kempingu mamy komfort, bo zażywamy natrysków i mamy schłodzone w lodówce piwo! J.

            Teraz nareszcie mamy czas żeby omówić nasze przeżycia, odpocząć i najeść się do syta. Wszyscy uważamy, że wyprawa była udana i choć nie weszliśmy na sam szczyt Grossgloknera, to niewątpliwie warto było tu przyjechać.

 

 
 

6 – 06 – niedziela

            Powrót do domu (ok. 1 100 km).

 

 
 

Myślę, że warto tam pojechać żeby pochodzić po tych przepięknych Górach, nie tyko dla zdobycia najwyższego szczytu Austrii.

 Koszty wyprawy: nocleg w schronie bezpłatny, nocleg na kempingu po ok. 9 euro/os/noc, tunel 2 x 10 euro, płatna droga 9 euro, koszt benzyny (gazu) ok. 620 zł, mapa 9 euro.

 

 

Wyprawa na Grossglockner