Autostopem w Dolomity 2008
(zdjęcia z galerii umieszczone są pod dniowymi relacjami w postaci łącz, lub zapraszam do osobnego ich oglądnięcia w ramach galerii, obok umieściłem miniaturki dodatkowych fotek, bardziej osobistych - wszystkie zdjęcia i łącza otwierają się w osobnych oknach)
na biało - informacje z przewodnika Tkaczyka (UWAGA! niestety nr tras w Tkaczyku mają się nijak do nr tras w terenie i na mapach, są zupełnie inne!!)

   

Pomysł, a właściwie marzenie, aby pojechać w Dolomity zrodził się ok. 1 miesiąc przed wakacjami. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności ciągle trafiałem na zdjęcia z Dolomitów: w necie, w gazetach… no jak się oprzeć takim widokom?! Strzeliste, jasne szczyty przekraczające 3 000 m n.p.m., zielone doliny…. Zapał wzrósł we mnie jeszcze bardziej, gdy trafiłem na rewelacyjną stronę prawdziwego pasjonata Dolomitów, z fantastycznymi zdjęciami i opisami http://www.wdolomitach.pl/index.html . Był jednak jeden szkopuł, wyprawa wydawała się dość kosztowna. Na forum Bezdroży umieściłem więc ogłoszenie, że chętnie dołączę do jakieś ekipy, współuczestnicząc w kosztach. Wyjazd zaplanowałem na sierpień – bo studiując przewodnik po Dolomitach Tkaczyka i inne źródła wyczytałem, że wówczas pogoda jest najbardziej sprzyjająca. Tuż przed wyjazdem na Ukrainę skontaktował się ze mną jeden chłopak z Wrocławia. On, i jego kolega, wybierali się swoim autem w Dolomity. Telefonicznie umówiliśmy się odnośnie wyjazdu, że dołożę się do kosztów i mogę się z nimi  zabrać w jedną stronę – powrót jakoś miałem sobie zorganizować. Ok. – może być i tak. Wyjazd ustaliliśmy na niedzielę 3 sierpnia z Wrocławia. Przed wyjazdem musiałem jeszcze zaopatrzyć się w uprząż i lonżę. Kask zaoferowali mi w ramach pożyczki przyjaciele, od nich też miałem pożyczonego Tkaczyka (przewodnik po Dolomitach z dokładnie opisanymi trasami). Nie tak łatwo wybrać jakie szlaki przejść w Dolomitach, nie mając pojęcia, jak wygląda rzeczywiście ferrata. Jak sobie poradzę z przejściem via ferraty o stopniu trudności np. trudna, czy bardzo trudna? Poza tym czytając opisy tras, chciałoby się przejść niemal wszystkie. Koniec końców, wybór padł na grupę Marmolady (czas najwyższy wdrapać się na 3 tys. metrów!) i na Tofane.

           Jest piątek 1 sierpnia późno wieczorem, gdy dzwoni moja komórka i dowiaduję się, że chłopaki w Dolomity nie jadą! Ja mam już prawie spakowany plecak, a z wyjazdu nici L. Nie ma rady, decyduję się na wyjazd autostopem. Nie mam doświadczenia w tej formie podróży, ale właściwie nie mam wyboru, za bardzo się nastawiłem na te Góry, żeby teraz zrezygnować.
   

4 sierpnia (poniedziałek)

Krótko przed 9:30 wysiadam z pociągu w Bolesławcu. Stwierdziłem, że tutaj będzie najłatwiej złapać „stopa” do Włoch. Pomimo usilnych starań mój plecak jest znów ciężki okrutnie i wielki. Mam sporo jedzenia – właściwie, oprócz pieczywa, mam prowiant na całe 12 dni, oczywiście namiot, śpiwór itp. Nie zapomniałem o bloku i grubym markerze do pisania nazw dokąd chcę dojechać.
               Z dworca muszę przejść kilka kilometrów za miasto, żeby znaleźć dogodne miejsce na zatrzymywanie aut. Po drodze wstępuję do sklepu i kupuję kilka bułek, chleb i coś do picia. Niestety nie za bardzo mam gdzie to już wcisnąć, cóż - przypinam siatkę do plecaka. Nareszcie dochodzę do odpowiedniego miejsca, gdzie można zatrzymywać samochody, wyciągam blok z napisem ITALY i stoję… . Mijają mnie dziesiątki aut, ale efekt jest marny – strasznie to deprymuje i zniechęca. Po godzinie zastanawiam się, czy nie stanąć w przeciwnym kierunku i nie wracać do domu, ale gdy tak sobie właśnie myślałem, zatrzymuje się koło mnie czarny van i sympatyczny Niemiec zabiera mnie do Drezna. Gość mówi bardzo dobrze po polsku i sympatycznie mija nam dobra godzina jazdy.
            Wysiadam na parkingu i próbuję złapać coś dalej. Po kilkunastu minutach zabieram się z kolejnym Niemcem, jadącym ciężarówką, do Norymbergii. Rozmawiamy trochę po angielsku. Wysiadam na parkingu przed Norymbergą ok. 17. Pogoda się psuje
L, zaczyna trochę padać i wieje paskudnie. Stoję i stoję i nic L. Wygląda, że utknąłem na dobre. Zbliża się godzina 21 i robi się ciemno. Już zamierzam rozbijać namiot, gdy niespodziewanie zatrzymuje się przy mnie fokus kombi na polskich numerach. Bardzo sympatyczna dziewczyna z chłopakiem zabierają mnie aż do samego Bolzano i wysadzają ok. 5 nad ranem na wylocie drogi w Dolomity – jest to przystanek autobusowy Cardano. (Bardzo jeszcze raz dziękuję tym, którzy mnie zabrali – jakoś tak można odzyskać wiarę w człowieka… - mam nadzieję, że udał się Wam urlop we Włoszech).

 

   

5 sierpnia (wtorek)

Trochę kimam na ławce, bo wokół pustka i ciemność. Na przystanku jest światło i odczytuję, że nie ma żadnego autobusu w zaplanowanym przeze mnie kierunku, czyli do Canazei. Ok. 6 robi się jasno i dostrzegam nawet już strzeliste szczyty przedmurza Dolomitów – ale to jeszcze bardzo i tak daleko. Próbuję łapać stopa, ale bez efektu, bo ruch jest jeszcze bardzo mały. Na przystanku zatrzymuje się autobus, wypytuję kierowcę o Canazei, radzi, żebym pojechał z nim do St. Christina, a tam złapię autobus do Canazei. Pakuję się do prawie pustego autobusu i jadę na gapę, bo kierowca nie ma biletów, a przy przystanku nie ma gdzie kupić L. Nie sądziłem, że będę jechać, aż ponad 1,5 godz. Okazało się, że wjechaliśmy już w Dolomity – ależ cudne widoki z okien autobusu! aż chciałem pstrykać zdjęcia zza okna. Pogoda przepiękna, słońce i błękit nieba i te niesamowite jasne szczyty! Cudo.
            Wysiadam z autobusu, przechodzę na sąsiednią ulicę i po 45 min. wsiadam do kolejnego do Canazei. Droga wiedzie przez przełęcz Sellajoch na wysokości 2 244 m n.p.m! Ależ serpentyny!, a jakie widoki! Przejeżdżam przez serce grupy Sella. Niesamowite skalne szczyty powyżej 3 000 m n.p.m. na wyciągnięcie ręki! ale wszędzie strasznie dużo ludzi, zapewne związane jest to z tym, że sporo jest tu kolejek linowych, więc łatwo „zdobywać” takie szczyty. W końcu zjeżdżamy do Canazei. Wysiadam koło stacji kolejki linowej. Jest godz. 9:50. Słoneczno pięknie przygrzewa, wokół istne Krupówki, gwar i kolorowy tłum. Zarzucam plecak i idę do Alby, skąd chcę wyjść na szlak nr 602 do schroniska Contrin pod Marmoladą. Liczę na to, że po drodze kupię w sklepie jakiś chleb i coś do picia, bo zamierzam pozostać przy Contrin przez 3 dni. Idę, idę, ale oprócz hoteli i pensjonatów nie ma żadnego sklepu, w końcu jest kilka, ale żadnego spożywczego - zaczynam powątpiewać, czy uda mi się kupić chleb, ale nareszcie, niedaleko stacji kolejki na Ciampac, napotykam mały sklep samoobsługowy, kupuję chleb i wodę.
           Tuż ponad stacją kolejki jest wyjście na szlak z wyraźnym szlakowskazem. Odpoczywam chwilę i nareszcie ruszam w górę. Czuję jednak spore zmęczenie – w końcu od ponad 24 godz. jestem w podróży i właściwie nie spałem, ani nic konkretnego nie jadłem. Zastanawiam się też, czy uda mi się rozbić namiot przy schronisku, czy nie lepiej może rozbić namiot gdzieś tu, w malowniczej dolinie Contrin, przy szumiącym potoku. Idę jednak dalej w górę, bo schronisko Cortin wydaje mi się być najlepszym miejscem na bazę wypadową w grupie Marmolady. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę na urokliwej polanie z cudnymi widokami na otaczające mnie szczyty. Robię sobie coś do jedzenia i próbuję zdrzemnąć się trochę.
           Do schroniska wiedzie wyraźna droga i podąża nią dość sporo ludzi, ale nie są to tłumy. Mijam mostek, później bufet i po niecałej pół godzinie jestem przy schronisku Cortin – jest godzina 14:10. Schronisko składa się z 2 budynków, a obok jest ładna kaplica. Całość sprawia dość sympatyczne wrażenie, choć ludzi jest tu sporo – nic dziwnego – wokół dumnie wznoszą się strzeliste szczyty z Marmoladą w roli głównej. Co prawda nie widać jej wierzchołka, ale skały wznoszą się prawie tuż obok, ponad schroniskiem.
          W schronisku pytam, czy mogę gdzieś obok rozbić namiot – uzyskuję zgodę, więc ze spokojnym sercem wyszukuję w miarę zaciszne miejsce. Nie jest to łatwe, bo wszędzie chodzą ludzie, a na dodatek kilka koparek ryje wokół jakieś wykopy. W końcu rozstawiam namiot niedaleko strumienia, choć w dość widocznym miejscu. Wodę biorę jednak z wylewki koło schroniska, bo na polanie wokół schroniska pasie się spore stado krów. Wszystko zafajdane jest ich plackami
L. Niedaleko jest dość duże gospodarstwo, gdzie można nawet kupić jakieś sery, ale mam na tyle dużo swojego jedzenia, że nie korzystam.
           Dziś nie zamierzam już nigdzie iść więcej. Gotuję obiad, później jakiś deser, kawa… , później jeszcze pykam fajeczkę w zadumie pod najwyższym szczytem Dolomitów, zastanawiam się jak jutro będzie na szczycie. Nie ukrywam, że odczuwam też sporą satysfakcję, że jednak udało mi się tu dotrzeć i to chyba w całkiem niezłym czasie – po półtorej doby z Wrocławia dostałem się w same serce wymarzonych Gór.

1, 2,

T382 Alba - dolina Val Contrin - schronisko Contrin: bez trudności, 2 h, 570 podejścia

 


wejście na szlak do Contrin


schronisko Contrin


szlakowskaz przy Contrin


na pierwszym biwaku z Marmolada w tle

6 sierpnia (środa)

Budzę się przed 6 rano. Pogoda zapowiada się pięknie. Szybkie mycie, śniadanie, pakowanie plecaka i tuż przed 7 wychodzę w trasę. Szybko podchodzę na przełęcz Marmolada (trasa 606). Im wyżej, tym coraz rozleglejsze widoki.. jakaś lekkość w sercu i dawno nie odczuwana radość, nie mogę doczekać się już ferraty i widoków z niej na drugą stronę masywu Marmolady. Trudno też powstrzymać się od ciągłego fotografowania, a to tuż obok spore stado kozic na skałce, a to mała kaskada, no i słońce mieniące się w załomach skał i oświetlające coraz głębsze zakamarki dolin. Później łapię się na tym, że jeden widok fotografuję kilka razy, ale za każdym razem inaczej wygląda! Raz słońce oświetla szczyty od wschodu, a później, gdy wracam już od zachodu, innym znów razem gdy niebo jest zachmurzone… - trudno nasycić się tym Górami.
            Tuż przed przełęczą zaczyna się ferrata. Stalowa lina przymocowana do skały pnie się pionowo w górę. Zakładam uprząż, wpinam lonżę karabinkami do stalówki i nareszcie czuję skałę w dłoniach. Idzie się doskonale i ta niesamowita ilość przestrzeni wokół, cudo. Na przełęczy otwierają się wspaniałe widoki na PN stronę Gór, bezkres niesamowicie malowniczych, niebosiężnych pasm i szczytów górskich. Widać też północny zalodzony stok Marmolady. Niestety zaczynają napływać zwały chmur i zasłaniają częściowo widok :(. Świadkiem walk z I wojny światowej jest tu wykuty w skale bunkier. Po chwili kontemplacji ponownie wpinam się w linę i wspinam się w kierunku szczytu. Trasa nie jest trudna i nie dostarcza jakichś specjalnych emocji, widoki są za to niezapomniane. Teraz idę północną stroną stoku, więc mogę napatrzeć się do woli na Góry tej części Dolomitów. Poniżej lodowca widzę schronisko i połyskujące w słońcu ciemnogranatowe jezioro zaporowe, ponad nimi soczysto-zielony długi grzbiet ze szczytami Sas de Ciapek, Belvedere i wieloma innymi powyżej 2500 m n.p.m., a ponad nimi w dali, skalne turnie i piramidy znacznie wyższych, częściowo skąpanych w chmurach, częściowo jasno osłonecznionych grup górskich. Na samym horyzoncie wysokie szczyty całe ośnieżone. Na nic tu moje opisy, widomo – to trzeba doświadczyć samemu.
              Moja ścieżka wiedzie częściowo przez mokry i ubity śnieg, później trochę piargu, dochodzę do masztu antenowego, obok mijam bufet, a kilkadziesiąt metrów dalej jest już najwyższy wierzchołek Marmolady – Punta Penia 3 343 m n.p.m. ze stalowym krzyżem. Mało oryginalnie, ale robię sobie przy nim fotkę, w końcu to mój najwyższy szczyt w życiu
J. Jest godzina 11. Na szczyt dochodzą coraz to nowe grupki ludzi, nie ma jeszcze tłumu, ale siedzę tam dość długo – chłonę te Góry, oczami, dłońmi, nogami, płucami… pewnie i sercem. Szkoda, że chmury przesłaniają widoki, na szczęście przetaczają się pod podmuchami wiatru, tak że czasami otwierają się widoki na wszystkie świata strony.
            Schodzę do ławek przy bufecie, tu gotuję wodę i robię sobie gorącą herbatę i kanapki. Trochę wieje, ale nie jest specjalnie zimno. Pewną ciekawostką jest tu umiejscowienie toalety – niemal wisi nad samą krawędzią turni
J.
             Warto wiedzieć, że jest tu też schron mogący pomieścić kilka osób, nie udaje mi się zobaczyć jego wnętrza, bo jest zamknięty, ale ponoć po sezonie można z niego korzystać.
           Cóż, czas na powrót w dolinę. Zastanawiam się jak tam mój samotny namiot, pozostawiany zupełnie bez opieki w ruchliwej dolinie, ale wierzę, że nikt się nim nie będzie interesować zanadto. Schodzę szybko, ciesząc się, że pogoda wytrzymała i że przygrzewa jednak słońce. Już poniżej piargów, na zielonej trawie, gdy wyraźnie widzę schronisko, a nawet mój namiot, zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Wygrzewam się na słoneczku i wypatruję naprzeciwko jutrzejszej trasy, na Colac. Po za tym jest dopiero 15, więc mam sporo czasu. Zjadam jakieś słodycze, wypalam fajkę i spokojne schodzę do namiotu. Biorę kąpiel w strumieniu, gotuję obfity obiad i zalegam na karimatce. Nagle zaczyna gwałtownie wiać, w chwilę po tym z nieba lunęło. Ledwo zdążyłem powrzucać wszystko do namiotu. Zaczęła się niezła burza. Niestety do nocy nic się nie zmienia i zasypiam przy akompaniamencie bębniącego deszczu na tropiku.

1, 2, 3, 4, 5, 6

T393 Schr. Contrin - przeł. Forc. Marmolada - bez trudności, 2h 30 , 890 m podejścia
T397 Wejście na Marmoladę granią zachodnią - trudno, 2h, 350 m podejścia

 
kozice na szlaku

lodowiec Marmolady

Piz Boe w chmurach

na Punta Penia

bufet na Marmoladzie

widok na Pd

WC nad przepaścią

Dolina Contrin z Marmolady

po zejściu z Marmolady na jej tle

7 sierpnia (czwartek)

Budzę się ok. 6 i nasłuchuję, czy nie pada, ale jest cicho, tylko słyszę dzwonki krów pasących się nieopodal. Wychylam głowę z namiotu i widzę błękit nieba i szczyty nade mną. Cudnie. Co prawda, z opisu trasy wiem, że via ferrata Finanzieri jest dość niebezpieczna gdy skała jest mokra, ale liczę na to, że zanim do niej dojdę, skała zdąży już wyschnąć.
            Wyruszam przed 7 trasą nr 608. Znów zachwycam się niesamowitymi widokami, tym razem głównie na grupę Sella. Szlak wiedzie mnie na grań naprzeciw wczorajszego wejścia na Marmoladę. Przede mną rozciąga się połogie zielone pasmo, trochę jak Tatry Zachodnie. Po 1,5 godz. dochodzę do małego schroniska Pas de S. Nicolo na wysokości 2 340 m n.p.m. Dalej podążam zieloną granią w kierunku Forcia Neigra (2509), czyli czarnej przełęczy – trasa 613. I rzeczywiście kolor skał jest tu ciemny – pochodzenia wulkanicznego i wyraźnie odróżnia się od jasnych masywów dolomitu. Przed przełęczą mijam leniwe stado koni – trochę przypominają mi stada z Ukrainy.
           Cały czas towarzyszą mi niesamowite widoki – bliżej masyw Marmolady i Ombretty, na południu strzelista grań z Cima Delluomo (3010), a dalej grupa Sella i wiele, wiele innych… . Za przełęczą odbijam na południe i schodzę do doliny ze schroniskiem Ciampac. Wyraźnie widać, że to teren typowo narciarski. Są tu wyciągi, a także charakterystyczne dla Dolomitów, gęsto poustawiane na stokach bariery antylawinowe. Schodzę w kierunku połyskującego jeziora i szukam wejścia na ferratę. Trochę się irytuję, bo nie mogę znaleźć, gdzieś tu musi być, a nie widać. Jest tu sporo wydeptanych ścieżek widocznych na piargach, ale która to ta właściwa? W końcu siadam na chwilę, zjadam batonika i czekam na potencjalnych górołazów. To była dobra decyzja, już po chwili widzę zbliżającą się dwójkę ludzi, a za nimi kolejnych. Mają ze sobą kaski, więc idą na ferratę. Ruszam za nimi i już po chwili zakładam uprząż bo zaczyna się wspinaczka. Via ferrata Finanzieri opisana jest jako trudna. Podczas wspinaczki rzeczywiście jest sporo powietrza wokół, ale bardzo mi to odpowiada. Gorzej tylko jest z tym, że skała jest zupełnie mokra. Trasa wiedzie zachodnią stroną turni, więc ciągle jestem w cieniu i czasami nawet po ścianie spływa woda. Skała jest zimna i bardzo śliska. Mimo wszystko idzie się cudnie! Widać coraz więcej i dalej, aż po ośnieżone szczyty dalekich Alp. Po drodze zamieniam kilka słów z parą Słowaków. Na szczyt wdrapuję się o 13:20. Podobnie jak  na innych ważniejszych szczytach, tu też jest metalowy krzyż, a także książka wejść – można się wpisać, co też czynię. Teraz mam czas na dłuższą kontemplację, którą umilam sobie gorącą herbatą, kanapkami, słodyczami, a nawet częstuję moich Słowaków i kilka jeszcze innych osób, nalewką z wiśni, którą mam w piersiówce – smakuje wybornie. Na Colac’u spędzam trochę ponad godzinę i zaczynam zejście w kierunku Forcia Neigra. Zejście jest trochę uciążliwe, bo trasa prowadzi wśród skał stromo w dół po luźnych piargach. Za to widoki rekompensują wysiłek. Widać wyraźnie szczyt Marmolady, choć znów zaczynają pojawiać się chmury. Wracam do namiotu tą samą trasą, którą przemierzałem rano. Generalnie nie lubię takich wariantów, ale teraz zachwycam się ponownie widokami, bo słońce oświetla inne skały niż rano – doskonale widać jasny szczyt Marmolady i całej najbliższej grupy. Aż żal schodzić w dolinę Contrin. Przy namiocie melduję się o 17.
            Chodzenie pojedynczo po Górach ma swoje dobre i złe strony. Odpowiada mi samotne chodzenie po szlakach, ale po zrobieniu trasy jest trochę samotnie. Trzeba samemu gotować i jeść, no i spędzać samemu popołudnie i wieczór. Czytam jakąś gazetę i oczywiście planuję następne dni mojej wędrówki. Plan mam taki, aby jutro wyjść jak najwcześniej na via ferratę Ombretta, zejść do namiotu, obiad, zwinąć obóz i zdążyć jeszcze dojechać w Tofane i  wejść gdzieś w okolice schroniska Dibona.

           Wieczorem idę do schroniska i udaje mi się wziąć gorący prysznic – ale rozkosz! Staram się zasnąć wcześniej, pobudkę planuję na 5 rano.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

T408 - Colac - Via ferrata dei Finanzieri: trudno, 2h 30 z Ciampac
 

 
Col Ombert(2670)

na Forcia Neigra

La Crepa Neigra

Via Ferrata Finanzieri

na Colac'u na tle Marmolady

Marmolada z Colac

widok w str. Pas de Nicolo

krzyż na Colac'u

Colac widziany z zejścia

Marmolada z drogi zejściowej z Colac

         8 sierpnia (piątek)

Niestety – nad ranem budzi mnie gwałtowny podmuch wiatru, grzmoty i flesze błyskawic. Wicher tarmosi moim namiotem, a ulewa niweczy moje plany wczesnego wyjścia. Dopiero ok. 7 uspokaja się i można wyjść z namiotu. Jest trochę ponuro, chmurnie i zimno, ale mimo tego decyduję się trzymać swojego planu. Kilka minut po 8 jestem na szlaku 607 w kierunku Pas de Ombretola. Po 1,5 godz. jestem pod ścianą, gdzie zaczyna się via ferrata Ombretta. Niby też trudna, ale wspinaczka trwa raptem ok. 20 min. Wychodzę na piargi wielkiego kotła polodowcowego, z resztkami śniegu pod Ombrettą i Sasso Vernale. Krajobraz jest dość posępny, a i pogoda też raczej chmurna, choć czasami przebłyskuje nawet słońce. Widzę za to bardzo wyraźnie za sobą wczorajszą trasę, a przede mną ścianę Marmolady. W kotle długi czas idę sam, później dostrzegam dwie postaci idące za mną. Spotykamy się już na samym szczycie Ombretty (3011). Okazuje się, że są to dwaj Czesi. Bardzo sympatyczni – ojciec z synem. Robimy sobie wspólną fotkę, trochę rozmawiamy w językach różnych (angielski, rosyjski, czeski, polski), wymieniamy się adresami @, częstujemy nawzajem mocniejszymi napitkami z naszych piersiówek i ja schodzę w kierunku Zime de Ombreta, a dalej po stromym, nieprzyjemnym piargu, na przełęcz Pas de Ombreta. Obok jest znana kapsuła biwakowa M. Dal Bianko. Zaglądam do środka i robi na mnie miłe wrażenie, rzeczywiście można tu wygodnie i bezpiecznie przenocować w 9 osób.
           Prawie zbiegam do Contrin. Po drodze prawie potykam się o świstaka, pstrykam  mu fotkę i o 13 jestem przy namiocie. Szybkie mycie, obiad i pakowanie obozu. Ledwo się spakowałem – rozpoczyna się burza
L. Leje, pada grad i jest do bani. Chowam się do schroniska i czekam na poprawę pogody, choć zależy mi bardzo na czasie. W końcu ok. 15:30 trochę się rozpogadza – lecę na dół do Canazei.
          W Albie wstępuję, do znanego już sklepu, na małe zakupy i na przystanku autobusowym koło stacji kolejki w Canazei jestem ok. 17,. Niestety pada.

         Nie za bardzo wiem jak dojechać do Cortiny, a właściwie do miejsca, z którego mógłbym najszybciej dojść do schroniska Dobona. Rozkład jazdy autobusów jest dość trudny do rozszyfrowania i to nie tylko dla mnie. Po ok. 40 min wsiadam do autobusu do Arabba, ale kierowca mówi, że stąd nie ma połączenia do Cortiny, i lepiej żebym jechał z nim do Corvara , ale i tak nie złapię już dziś żadnego autobusu w stronę Cortiny. Cóż, choć wydaje mi się to zupełnie nie po drodze idę za radą kierowcy i ląduję w gwarnym i dużym mieście w Corvara. Obok stoi autobus – od kierowcy dowiaduję się, że jedzie w kierunku Passo Falzarego – czyli kierunek mi odpowiada – chcę uciec z tego gwarnego, wielkiego miasta. Autobus dowozi mnie do miejsca Prati di Sare
L. Zawraca, a ja zostaję na drodze. Jest godz. 20, ponuro  bardzo i wietrznie. Stoję i usiłuję złapać stopa, ale mija prawie godzina i nic. W międzyczasie przechodzi koło mnie grupa polskich turystów, którzy są rozbici tuż obok, na kempingu Sas Dacia i zachęcają do przenocowania obok nich. Wolałbym być bliżej Tofan… i stoję w nadziei na okazję. Nagle zaczyna ostro padać – nie mam wyboru, ruszam na kemping i rozbijam się już prawie w ulewie i burzy. Wskakuję do namiotu i tutaj robię kolację. Dopiero ok. 23 przestaje lać, mogę wyjść z namiotu żeby się wykąpać w ciepłej wodzie. Niestety pada prawie całą noc.

T376 Cima Ombretta Orientale - podejście ferratą od południa: dość trudno, 2h 15 z przeł. Passo Ombrettola lub z trasy T384 (odcinek wspinaczkowy ok. 20 min.), 400 m podejścia

 
początek Via Ferraty Ombretta

kocioł polodowcowy pod Ombrettą

z Czechami na Ombretta(3011)

Biv. M.Dal Bianco

wnętrze schronu

Passo Ombretta

świstak na szlaku

          9 sierpnia (sobota)

Budzę się ok. 6. Uff, nie pada. Co prawda mgły snują się wokół, ale jest nadzieja na lepszą, niż wczoraj, pogodę. O 9:20 mam autobus do Passo Falzarego, ale chcę wyjść godzinę wcześniej, licząc na złapanie stopa. Mój namiot jest zupełnie mokry, ale nie mam czasu na suszenie – zwijam go takim jaki jest, choć to dodatkowe z 2 kg. Wychodzę na drogę i szczęście mi sprzyja. W chwilę później jadę terenówką do Passo Falzarego. Słońce przedarło się przez mgły i znów zachwycam się widokami.
          Wysiadam na przełęczy. Sporo tu ludzi, bo to dogodne miejsce na wycieczki na okoliczne szczyty, jest tu także stacja kolejki linowej na Lagazuoi (2752). Teraz próbuję zjechać w dół z przełęczy w kierunku Cortiny,  nie mam jednak szczęścia na stopie, ale po kilkunastu minutach widzę autobus do Cortiny – jadę nim ok. 6 km i wysiadam na przystanku, z którego wychodzi szlak do Dibony.
          Ścieżka jest mokra i śliska, a momentami dość stroma, ale widoki stają się coraz bardziej niesamowite. Po ok. 40 min. podejścia jestem przy schronisku Dibona. Z jednej strony nad schroniskiem górują potężne skalne szczyty, a z drugiej niesamowita, szeroka panorama na całe morze szczytów i grani.
         Niestety wszędzie widnieją tabliczki informujące o zakazie biwakowania. W bufecie dowiaduję, że nie można nigdzie w pobliżu się rozbić, bo przyjeżdżają strażnicy i karzą wysokimi grzywnami
L. Nie za bardzo stać mnie na nocleg w schronisku – może nie jest szczególnie drogo, ale za nocleg z pełnym wyżywieniem chcą 40 €.
         Schodzę trochę niżej i w lesie wyszukuję małą polanę z pięknym widokiem na turnie i rozbijam namiot. Miejsce jest cudne, nie ma jednak wody – trudno muszę sobie jakoś poradzić i będę korzystać z wody w schronisku (6 min. drogi).
        Przepakowywuję plecak i ufny, że nikt się nie zainteresuje moim namiotem, ruszam ponownie do Dibony i dalej do Pomedes. Zajmuje mi to ok. pół godziny. Schronisko jest dość duże, dochodzi tu również kolejka linowa, ale ruch nie jest zbyt duży. Powyżej schroniska robię sobie herbatę i kanapki i ruszam na via ferratę
Olivieri – opisywaną jako bardzo trudna. Przy wejściu w skałę napotykam grupkę Polaków i dalej idziemy razem. W sumie nawet miło usłyszeć znów swoje imię od kogoś wiszącego powyżej mnie J. Pogoda sprzyja, widoki – cóż – jak zwykle – powalające! Blisko nad nami dominuje Tofana di Rozes. W dali widać malowniczą dolinę Cortiny i skalne gniazda grup górskich, po przeciwnej stronie Marmolada, która nie wygląda teraz na jakoś specjalnie wysoką. Trasa jest przepiękna. Pionowa skała, dużo przestrzeni, niezłe chwyty, choć czasami trzeba trochę kombinować czego tu się chwycić.
          Na szczycie Punta Anna jestem krótko przed 15, sama ferrata zajmuje więc ok. 2 godzin. Teraz zasłużony, dość długi odpoczynek, a jest na co patrzeć! Szczyt może nie tak wysoki, bo 2 731 m n.p.m., ale jest to jedna z najpiękniejszych tras, którą przeszedłem. Zastanawiam się, czy iść dalej ferratą na Tofanę di Mezzo, czy jednak zejść już w dolinę. Czuję jednak, że jestem trochę zmęczony dzisiejszym dniem, no i godzina jest już raczej trochę późna. Postanawiam schodzić. Moi znajomi schodzą na przeciwną stronę do Pomedes - żeby zjechać kolejką w dół. Ja idę jeszcze chwilę ferratą, a później bardzo stromym piargiem prosto w dół do szlaku nr 403. Początkowo mam trochę obaw, ale wystarczy tylko założyć stoptuty, żeby kamienie nie wpadały do butów i można śmigać w dół. Podpieram się kijkami, bardzo się przydają do takiego zbiegania. Zanurzam się po kostki w luźnym piargu, prawie jak w śniegu, nawet kolor podobny. Ścieżka do Dibony dostarcza niesamowitych wrażeń, teraz słońce oświetla szczyty z innej strony niż rano, znikła też wcześniejsza mgiełka i widoki znów zapierają dech w piersiach – aparat rozgrzewam do czerwoności ;).
             W Dibonie nabieram wodę do butelek i kieruję się do namiotu, gdy spotykam parę z Polski. Rozmawiamy chwilę, okazuje się, że też chcą wracać do Polski stopem. Są pod wrażeniem, że tak szybko dotarłem w Dolomity, oni zakładają taką podróż na 2 dni. Hmm, jeśli tak długo miałbym wracać, to muszę zmodyfikować moje plany, bo w domu muszę być najdalej 13 sierpnia wieczorem. Nie mam na razie pomysłu jak wracać, gdzie stanąć na stopie?, ale jednak muszę zacząć powrót wcześniej niż początkowo planowałem.
            Namiot stoi nienaruszony. Pięknie wysechł. Nareszcie robię obiad, a później, przy fajce, popadam w zadumę wpatrzony w ostre turnie, zabarwione na pomarańczowo zachodzącym słońcem.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

T326 Parking przy szosie Cortina-Passo Falzarego- schronisko Rif. Dibona: bez trudności, 45 min., 350 m podejścia;
T328 schr. Rif. Dibona - schr. Rif. Pomedes: bez trudności, 30 min., 220 m podejścia;
T340 Via Ferrata Giuseppe Olivieri na Punta Anna: bardzo trudno, 2h od schroniska Rif. Pomedes, 430 m przewyższenia

 


tofane z podejścia do Dibony

Rif.A.Dibona

biwak koło Dibony

Rif. Pomedes

Croda da Lago

Via Ferrata G. Olivieri

na ferracie Olivieri.

pionowa wspinaczka
 

10 sierpnia (niedziela)

Dziś jest niedziela, ale plan, który wczoraj wydumałem, wcale nie jest ulgowy. Chcę przejść via ferratę Libella, zejść do Cortina d’Ampezzo, zdążyć na jakąś wieczorną mszę, i rozbić namiot na kempingu Olimpia.
            Wstaję jak zwykle i szybko wyruszam na Tofana di Rozes (3 225). Pogoda wspaniała, choć w dolinach trochę dużo mgieł. Na wprost mnie prawie błyszczy w słońcu lodowiec spływający z Marmolady, a nade mną dumnie wznosi się potężna turnia Tofany. Krótko po 8 jestem przy wejściu do sztolni (Gallerie Castelletto). Tunelem idzie się ok. 20 min. Najpierw są metalowe schody, później strome podejście zabezpieczone liną poręczową. Należy wziąć latarkę, bo jest tu zupełnie ciemno, warto też ubrać kask, bo tunel nie jest zbyt wysoki, choć i tak robi niesamowite wrażenie. Że też im się chciało ryć w tej skale, czego to ludzie nie zrobią, żeby zaszkodzić innym… bo oczywiście jest to pozostałość z I wojny światowej, wydrążyli go Włosi w celu zaatakowania Austriaków.
            Za tunelem zaczyna się, wg Tkaczyka, trudna via ferrata Lipella. Cała ferrata zajmuje ok. 3 godziny. Trasa jest przecudna. Trochę można się zmęczyć, bo trzeba pokonywać pionowe półki. Sama końcówka jest łatwa i bez problemów wchodzi się na sam wierzchołek. Jestem tam o 13. Widoki niesamowite! Po sam horyzont szczyty,  turnie, skały, granie, w dali ośnieżone, wysokie szczyty Alp. Niestety od południa i Pd-zach. widoki przesłania mgła, ale i tak jestem wzruszony i pełen zachwytu. Miałem zamiar nie zatrzymywać się tam dłużej, ale nie da się. Trzeba się jednak napatrzeć, choć trochę nasycić, na te długie dni, co na równinach później przyjdzie mi spędzać w tęsknocie za Górami.
            Zejście jest dość żmudne, nie można zbiegać, bo piargi są skąpe i ledwo pokrywają skałę, łatwo o wywrotkę na bardzo stromym zboczu. Przechodzę koło schroniska Giussani i dalej już zbiegam na skróty po piargach do Dobony i namiotu. Nie gotuję obiadu, szkoda mi czasu. Zwijam namiot i chwilę zastanawiam się co się bardziej opłaca – zbiec z ciężkim plecakiem do głównej drogi, czy spróbować złapać stopa już na drodze prowadzącej od Dibony do drogi głównej (przy schronisku jest duży parking i wjeżdża tu dużo aut po niezbyt solidnej szutrowej drodze, ale ludzi to nie zraża). Ryzykuję i idę na szutrówkę. Prawie natychmiast zabieram się w dół z dwoma chłopakami jadącymi golfem. Oni skręcają w prawo, a ja łapię stopa do Cortiny. Po ok. 15 min. łapię kolejne auto. Wysiadam w Cortinie, tuż obok kościoła o 17. Mam 2 godziny do mszy. Powinienem zdążyć rozbić się na kempingu, wykąpać i przebrać. Lecę. Na szczęście udaje mi się złapać autobus miejski i wysiadam tuż przy Olimpii. Jest to dobre 6 km od centrum miasta. Realizuję plan w 100%, tylko z goleniem się mam problem, bo w plecaku połamała mi się maszynka. Muszę ostrze trzymać w palcach i zacinam się kilka razy paskudnie.
              Wracam do Cortiny też autobusem – wysiadam tuż obok kościoła 10 min. przed 19. Słyszę obok głośną muzykę – zaglądam ciekawie na sąsiednią, główną ulicę i widzę kolorowy regionalny festyn, patrzę chwilę, ale nie mam już czasu.
              Co prawda nie znam włoskiego, ale msza jest dla mnie bardzo poruszająca – w kościele jest bardzo dużo ludzi, pięknie śpiewa chór… mam za sobą tyle przeżyć, mam za co dziękować, pomimo wszystko… .
               Wychodzę z kościoła po mszy i chwilę spaceruję po gwarnej ulicy, zaglądam do kilku sklepików, ale ceny są tu zabójcze, a pamiątki wątpliwej wartości. Wracam na kemping, ale nie ma już żadnego autobusu. Idę więc i staram się znów złapać stopa i ew. coś zjeść po drodze, ale właściwie nie ma żadnej knajpki. Głodny jestem okrutnie, od rana zjadłem tylko parę kanapek. Na szczęście ostatnie 2 km pokonuję stopem – chociaż tyle. Na kempingu jest pizzeria, a co tam – postanawiam zaszaleć i iść na pizze, ale nie udaje mi się. Jest tyle ludzi, że musiałbym czekać chyba z godzinę – rezygnuję. Już po ciemku gotuję jakieś piure – ależ to był dzień!

1, 2, 3, 4, 5, 6

T337 Via Ferrata Lipella na Tofanę di Rozes

 


wejście do sztolni

schody w tunelu

sztolnia z poręczówką

Marmolada-widok z wyjścia tunelu

początek Ferraty Lipella

fragment szlaku na półce

wierzchołek Tofana di Rozes

Rif. Giussani

festyn w Cortinie

11 sierpnia (poniedziałek)

Poniedziałkowy ranek budzi mnie słońcem. Dziś chcę przejść kolejną trudną ferratę Strobel w grupie Pomagagnon, wrócić, zwinąć namiot i wracać stopem do domu do Polski.
           Wychodzę o 7.  Idę raźnym krokiem i po niecałej godzinie jestem pod ścianą z początkiem ferraty. Wpinam się w linę i rozpoczynam wspinaczkę. Na trasie jestem zupełnie sam, idzie się wspaniale. Trasa jest bardzo przyjemna. Dobre, wyraźne chwyty, mocna skała, wspina się bardzo sympatycznie – trasa godna polecenia początkującym „ferratowcom”. Na szczycie Punta Fiammes (2 240) jestem o 10:10. Pomimo, że trochę się spieszę (muszę być na Kempingu przed 12, później jest sjesta i nie będę mógł zapłacić za kemping i dostać mojego paszportu) siedzę jak zwykle trochę dłużej, żeby choć trochę jeszcze wchłonąć w siebie przecudne widoki, które dookoła, i takie rozległe i strzeliste, jasne, pełne zieleni, błękitu, skał, piargów… .  Wpisuję się w książkę wejść, która ukryta jest pod skałką w szczelnym metalowym pudełku. Niestety, czas schodzić - pięknie, że mam tak wspaniałą pogodę na moim ostatnim szczycie Dolomitów tego wyjazdu.
            Zakładam stoptuty i szybko zbiegam stromym piargiem. Nie wszędzie się to udaje, bo początek jest skalisty i idzie się trawersem, ale za przełęczą można już ostro zbiegać. Na Olimpii jestem 5 min. po 12, ale jeszcze udaje mi się zapłacić i odebrać paszport. Biorę natrysk, robię obiad i zwijam namiot.
           O 14 wychodzę na drogę. Jest gorąco, a ja stoję z moją tabliczką POLAND, GERMANY w pełnym słońcu, cóż – nie może być lekko w życiu. Po ok., godzinie łapię stopa do Doobiaco. Tutaj mam do wyboru: stanąć na drodze do Austrii na Lienz, albo w kierunku Przełęczy Brener. Wybieram ten drugi wariant. Stoję długo, bo do 18. Już chciałem przenieść się na ten drugi kierunek, bo mijają mnie istne setki aut i nikt się nie zatrzymuje. Okazuje się, że jednak trzeba być cierpliwym i wytrwałym
J - zatrzymuje się koło mnie stara i załadowana do granic możliwości astra z dwójką młodych Niemców – chłopak z dziewczyną. Są trochę niepewni, czy się zmieszczę z moim plecakiem, ale nie ma takiej siły, żebym się nie wcisnął. Co prawda, nie siedzę na fotelu, bo ten jest złożony, ale upchałem się w kucki pomiędzy pakunkami i skrzynkami. Później jakoś udało mi się trochę rozlokować wygodniej ;). Zabieram się z nimi aż do Norymbergii. Szkoda tylko, że pada, a nawet leje.

T418 Via Ferrata Michielli Strobel: trudno, 2h 30 podejście i ferrata, zejście do Fiammes 1h 30

 
Cortina z Ferraty Strobel

drabina na szlaku

na Punta Fiammes(2240)

szczyt Punta Fiammes

       12 sierpnia (wtorek)

         O 1 w nocy wysiadam na parkingu za Norymbergą, godzinę późnej jadę już kolejnym autem – tym razem z rodakami do Wrocławia. We Wrocławiu jestem o 7 rano. Tak więc droga powrotna zajęła mi ok. 15 godzin.

   

Podsumowanie:

Po pierwsze – Dolomity są przepiękne! i na pewno warto tam jechać.

Cały wyjazd kosztował mnie ok. 50 € w tym były przejazdy autobusami, 2 noclegi na kempingach (odpowiednio: 14 € i 10 €), zakup mapy – 10 €.

Warto mieć ze sobą przewodnik Tkaczyka – opisy są dość dokładne i obrazowe. Mapy można kupić bez problemu na każdym kroku, ale są dość drogie – ok. 10 €.

Na pewno pojadę jeszcze w te niesamowicie malownicze, cudne Góry, czy autostopem? nie wiem, jest to jednak dość duży dyskomfort, choć na pewno jest to najtańszy z możliwych sposobów dojazdu, no i wyrabia w człowieku cierpliwość i upór J.

   

opis wyprawy w Dolomity, relacja z wyprawy w Dolomity